Maj 2018

Strajk kierowców w Brazylii przerodził się w protest antyrządowy. Ludzie domagają się przewrotu wojskowego

Kierowcy ciężarówek kontynuują strajk, choć rząd zgodził się obniżyć nieco cenę paliwa na okres 60 dni. Protest sparaliżował całą Brazylię i wyrządził ogromne szkody tamtejszej gospodarce. Nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się poprawić, a tymczasem coraz więcej ludzi domaga się przewrotu wojskowego.

 

Strajk wciąż kontynuowany jest przez setki kierowców ciężarówek, którzy blokują ulice między innymi w mieście portowym Santos i w pobliżu Rio de Janeiro. Protestujący twierdzą, że tymczasowe obniżenie cen paliwa to za mało i zaczynają wymieniać wszystkie problemy, które trapią państwo. Wśród nich są także zwolennicy dyktatury wojskowej, który wzywają armię, aby ta obaliła obecny rząd.

 

Wielki strajk kierowców ciężarówek rozpoczął się 21 maja. Gospodarka Brazylii liczy teraz straty, które są ogromne. Ze względu na zastój w transporcie podjęto decyzję o uśmierceniu około 70 milionów kurczaków, dla których zabrakło paszy. Farmerzy ponieśli straty w wysokości ponad 1,7 miliarda dolarów. W całym kraju funkcjonują tylko dwa spośród ponad stu zakładów przetwórstwa wołowiny. W wielu miastach i na lotniskach brakuje paliwa, a w sklepach nie ma żywności. Liczne zakłady produkcyjne zawiesiły działalność, a od początku strajku wstrzymano eksport około 120 tysięcy ton żywności.

 

Rząd nakłada kary finansowe na firmy transportowe, których kierowcy biorą udział w strajku i ogłosił, że będzie karać z jeszcze większą siłą tych, którzy nawołują do przewrotu wojskowego. Nie jest to jednak wykluczone, że obecny skorumpowany prezydent Michel Temer zostanie obalony. Przy jego popularności, która jest na poziomie około 5%, wszystko jest możliwe.

 


Naukowcy po raz pierwszy zaobserwowali niezwykłą aktywność neuronalną w jelitach, naszym drugim mózgu

Naukowcy po raz pierwszy bezpośrednio zaobserwowali aktywność neuronów, ale nie w mózgu, lecz w jelitach. Jelitowy układ nerwowy, tzw. drugi mózg, zawiera miliony neuronów i odgrywa w naszym organizmie bardzo ważną rolę, której jeszcze do końca nie poznaliśmy.

 

Układ jelitowy jest bardzo często opisywany jako drugi mózg, ponieważ funkcjonuje niezależnie od naszego „głównego” mózgu. Jest to także drugie największe w naszym organizmie skupisko komórek nerwowych i podobnie jak nasz „pierwszy” mózg, układ ten pozostaje dla nas tajemnicą.

Naukowcy z Flinders University z pomocą nowo opracowanej techniki obrazowania powiadomili o przełomowej obserwacji aktywności neuronalnej w jelitach. Po raz pierwszy udało się zobaczyć wypalanie się neuronów podczas pracy mięśni jelit. Tego ważnego odkrycia dokonano na myszach.

 

Niestety wciąż dokładnie nie wiadomo, jak wielki wpływ układ jelitowy może wywierać na nasze samopoczucie i zdrowie psychiczne. Nie wiemy również jak może wyglądać współpraca pomiędzy tymi dwoma mózgami. Ciekawostką jest, że jelitowy układ nerwowy wytwarza i pochłania aż 95% serotoniny i 50% dopaminy. Jeszcze kilka lat temu nikt nie spodziewał się, że układ jelitowy może być aż tak złożony. Dziś okazuje się, że określanie go mianem drugiego mózgu wcale nie jest przesadą

 

Wyniki badań zostały opublikowane w czasopiśmie Jneurosci.

 

Wiadomość pochodzi z portalu tylkonauka.pl

 


Chmura w kształcie grzyba po eksplozji atomowej pojawiła się nad Belgradem

Kilka dni temu w Belgradzie, stolicy Serbii, zaobserwowano dziwną chmurę, która wyglądała tak, jakby była skutkiem odpalenia bomby jądrowej. Skojarzenia takie powstały z powodu jej kształtu, przypominającego grzyb atomowy.

Do obserwacji doszło 26 maja bieżącego roku. Chmura w kształcie grzyba była dobrze widoczna zarówno z serbskiej stolicy, ale też i z całej jej okolicy. Niektórzy widząc taki spektakl zaczęli się zastanawiać czy może to być skutek uruchomienia broni atomowej.

Foto: Anej Milanko

Jednak były to tylko skojarzenia, bo wyjaśnienie tej niezwykłej anomalii tkwi w prawidłach meteorologii.

Ogromna chmura w kształcie grzyba atomowego należała do rodzanu cumulonimbusów. Wyróżniały ją jednak zdecydowanie jej monstrualne rozmiary. 

 

 


Dziwaczne zabójstwo którego nie było. Zabili go i uciekł

Żyjemy w świecie, w którym ukuto termin fake news i na tej podstawie władza uważa, że ma prawo do uznawania co jest prawdą, a co kłamstwem. Wczoraj "prawdą" przez wiele godzin było to, że zły Putin zabił w Kijowie rosyjskiego opozycyjnego dziennikarza. Wieczorem okazało się, że jest to fake news, a rzekome zabójstwo to inscenizacja ukraińskich służb.

 

Wiadomo to, bo ukraińskie SBU przyznało się do mistyfikacji. Zorganizowało specjalną konferencję prasową, na której zaprezentowano rzekomo zamordowanego przez siepaczy Putina rosyjskiego dysydenta dziennikarza. Poinformowano, że przeprowadzono prowokację, aby uratować Arkadija Babczenko. 

 

Jej celem było rzekomo ujęcie grupy osób, które byly zamieszane w organizację zamachu na Babczenkę. Na konferencji prasowej tłumaczono mętnie, że dowodem na to, że to Putin stoi za tym zamachem, którego nie było, jest to, że rzekomo przygotowujący go rosyjscy najemnicy dysponowali zdjęciem paszportowym Babczenki. 

 

To zdumiewające, że posługiwali się zdjęciem sprzed 20 lat zamiast użyć kadrów z licznych wystąpień telewizyjnych niedoszłego nieboszczyka, którego jeszcze wczoraj opłakiwał szef jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych. 

 

Ta dziwaczna akcja SBU spowodowała, że ludzie poczuli się oszukani. Oszukane zostały dziesiątki redakcji, kolportujących fake news, aplikując go jako sensację i kolejny dowód zbrodniczego działania Rosjan. Odwołanie wszystkiego wieczorem w oczywisty sposób prowadzi do refleksji - w nic nie można wierzyć, a media to tylko przekaźniki, które rano twierdzą, że ktoś zginął, a wieczorem okazuje się, że zabili go i uciekł. 

 

Mistyfikacja SBU prowadzi również do tego, że teraz rosyjskie służby będą mogły za każdym razem po dokonanym zamachu, twierdzić, że to nie oni tylko ukraińskie służby i nie będzie to już wcale nieprawdopodobna teoria. Patrząc na to z tej perspektywy można powiedzieć, że to ostateczny blamaż SBU, ukraińskiej służby celowo rozsiewającej antyrosyjskie fake newsy.

 

 

 

 


George Soros ostrzega przed wielkim kryzysem finansowym i upadkiem Unii Europejskiej

Znany amerykański „filantrop”, George Soros zaalarmował, że światu grozi wielki kryzys finansowy. Bankier uważa, że Unia Europejska zmaga się z zagrożeniem egzystencjalnym, co widać na przykładzie Brexitu, czy sytuacji politycznej we Włoszech.

 

We wtorek w trakcie przemówienia przed Europejską Radą Spraw Zagranicznych w Paryżu, Soros powiedział, że Europa zmierza w złym kierunku. Jego zdaniem Unia Europejska zmaga się z trzema głównymi problemami – są to rozpad terytorialny (Brexit), kryzys migracyjny i kryzys gospodarczy, spowodowany polityką oszczędnościową.

Żydowski miliarder wskazał, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie przysłuży się żadnej ze stron. Dla Unii oznacza to dezintegrację terytorialną. Kolejna kwestia to kryzys z uchodźcami. Zdaniem George'a Sorosa, UE powinna była pilnować swoich granic zewnętrznych, a teraz nie może zmuszać poszczególnych państw do przyjmowania imigrantów. Ruchy antyimigracyjne wykorzystują to, aby przejmować władzę w kolejnych krajach. Ostatnio populiści zwyciężyli we Włoszech, a w przyszłości mogą odnosić sukcesy w następnych państwach.

Według „filantropa”, także decyzja Donalda Trumpa o wycofaniu się z umowy nuklearnej z Iranem zepsuła relacje na linii USA-Europa i może pogrzebać sojusz transatlantycki. Soros twierdzi, że Unia Europejska powinna przyjąć „Plan Marshalla dla Afryki” - przeznaczać każdego roku około 30 miliardy euro, aby ograniczyć migrację. Europa musi również wykonać jakiś drastyczny krok, aby wyjść z sytuacji kryzysowej.

 


USA grożą zerwaniem współpracy z Indiami i Turcją, które rozważają zakup nowoczesnego uzbrojenia z Rosji

Stany Zjednoczone mogą stracić kolejnych sojuszników w Azji. Okazuje się, że Indie i Turcja są coraz bardziej zainteresowane kupnem rosyjskich systemów zbrojeniowych, a tym samym mogą zrezygnować z technologii oferowanych przez Amerykanów. Stany Zjednoczone zagroziły tym państwom zerwaniem współpracy militarnej.

 

Relacje między Turcją a USA znacznie pogorszyły się w lipcu 2016 roku, gdy próbowano obalić rządy Erdogana. Jednak niezadowolenie Turcji narastało już od dłuższego czasu, ponieważ Zachód nie chciał jej sprzedać swojego uzbrojenia. Erdogan zdecydował więc, że dogada się z Rosją w sprawie zakupu rakietowego systemu czwartej generacji typu ziemia-powietrze S-400 Triumf.

 

Dla Stanów Zjednoczonych byłoby to przekroczenie czerwonej linii. Turcja uczestniczy bowiem w amerykańskim programie nowoczesnego myśliwca wielozadaniowego piątej generacji F-35. Zatem jeśli zakupi rosyjskie systemy S-400 i otrzyma do tego samoloty F-35, z powodzeniem będzie mogła ujawnić Rosji wszystkie tajemnice i słabe strony tych maszyn. Dlatego Amerykanie ostrzegają, że jeśli Turcja kupi rakietowe systemy przeciwlotnicze S-400 to może zapomnieć o myśliwcach F-35 i niewykluczone, że spotka się z sankcjami. Z drugiej strony, jeśli USA rzeczywiście nie zgodzą się przekazać 100 egzemplarzy samolotów F-35, Turcja ponownie może zwrócić się do Rosji i kupić od niej myśliwce piątej generacji Su-57, które jak się niedawno dowiedzieliśmy, brały już udział w pierwszych misjach bojowych w Syrii.

Rosyjski system rakietowy S-400 Triumf - źródło: 123rf.com

Identyczne problemy pojawiają się w relacjach między Stanami Zjednoczonymi a Indiami, które również rozważają zakup systemu obrony przeciwlotniczej S-400. USA powiadomiły, aby władze tego państwa dobrze przemyślały swoje plany. Jeśli Indie zdecydują się zrobić zakupy w Rosji to prawdopodobnie nie otrzymają już żadnych amerykańskich technologii militarnych i będą mogy zapomnieć o krajowej produkcji myśliwców F-16.

 

Stanom Zjednoczonym bardzo zależy na dobrych relacjach z Turcją – przede wszystkim ze względu na jej strategiczne położenie oraz jej obecność w NATO. Erdogan oczywiście zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje ten fakt na wszelkie możliwe sposoby. Warto jednak zauważyć, że polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych poległa nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale także w Europie. Amerykańskie koncerny zbrojeniowe tracą klientów, a USA tracą sojuszników.

 


Absurd poprawności politycznej. Władze Londynu będą walczyć z brakiem różnorodności wśród rowerzystów!

Europa Zachodnia postawiła sobie za cel nachalną promocję różnorodności i doprowadziło to do sytuacji, w której biali ludzie są dyskryminowani. Co gorsza, praktycznie nikt oficjalnie nie przyznaje, że istnieje coś takiego jak antybiały rasizm, ale za to na okrągło powtarza się o rasizmie wobec murzynów i muzułmanów. Pod przykrywką ochrony mniejszości etnicznych jawnie dyskryminuje się białych.

 

Czasem można odnieść wrażenie, że niektóre rządy uznały wręcz za priorytet tworzenie wielokulturowego społeczeństwa. Widać to na przykładzie Wielkiej Brytanii. Władze Londynu stwierdziły, że lokalna społeczność rowerowa jest zdominowana przez białych, męskich przedstawicieli klasy średniej. Uznano to za problem, który należy jak najszybciej rozwiązać.

 

Will Norman, pełnomocnik burmistrza Londynu ds. turystyki pieszej i rowerowej powiedział, że podjęte zostaną kroki, aby wśród rowerzystów było więcej kobiet i przedstawicieli mniejszości etnicznych. Według obecnych statystyk, wśród rowerzystów jest aż 75% białych mężczyzn. Władze Londynu zamierzają stawić czoła temu „wyzwaniu”. Biuro burmistrza Sadiqa Khana opracowało szereg projektów, które zwiększą różnorodność między innymi poprzez kursy rowerowe oraz dotacje finansowe.

Burmistrz Londynu, Sadiq Khan

Czy nie jest to dziwne, że rząd tak bardzo dba o mniejszości etniczne a jednocześnie dyskryminuje własnych białych obywateli? Oczywiście, że nie jest – po prostu przyzwyczailiśmy się już do tego. To pokazuje jednak, w jakim kierunku zmierza Wielka Brytania, która wkrótce, właśnie za sprawą wielokulturowości, nie będzie już taka wielka.

 


Czy Polska jest śmietniskiem Europy? W całym kraju płoną wysypiska śmieci

W ciągu ostatnich kilkunastu dni praktycznie codziennie dochodzi do wielkich pożarów wysypisk śmieci w różnych miejscach kraju. Można oczywiście udawać, że to seria niezwykłych przypadków, ale bardziej prawdopodobne wydaje się założenie, że ogień pojawia się celowo i ma za zadanie coś ukryć.

 

Wszystko wskazuje na to, że liczne pożary składowisk w Polsce to sposób na utylizację znajdujących się tam odpadów. W dużej mierze może to być skutek nielegalnego importu śmieci z Europy Zachodniej do Polski. Proceder ten trwa od lat, a kolejne władze udawały do wczoraj, że coś takiego nie ma miejsca.

Miejsca w których ostatnio płonęły wysypiska

Dotychczas sugerowano, że gospodarka odpadami jest pod kontrolą, a odpowiednie służby państwowe prowadzą kontrole miejsc składowania śmieci. Prawda jest oczywiście inna, a państwowe urzędy raczej nękają zwykłych przedsiębiorców strasząc ich karami finansowymi i unikają nomen omen jak ognia, sprawdzania tego co wyrabiają śmieciowi "biznesmeni". Ich bezczelność, obawiająca się nasileniem ilości pożarów kolejnych śmietnisk "utylizujących" śmieci za pomocą ognia, zwróciła uwagę opinii publicznej na ten problem.

Magicznie, nagle zaczęły to również zauważać bierne dotychczas służby państwowe. Urzędnicy od razu stwierdzili, że mają do czynienia z "mafią śmieciową". Nie wiadomo jednak co robiono dotychczas aby jej przeciwdziałać i zatrzymać import zachodnich odpadów. Prawdopodobne zrobiono niewiele lub prawie nic.

 

Wojewódzkie Inspekcje Ochrony Środowiska nie wiedzą nawet o jakich odpadach mówimy, bo oni są od wlepiania kar i normalnym przedsiębiorcom stanowiącym łatwy cel. Dlatego państwowe urzędy zajmowały się gorliwie nękaniem polskich przedsiębiorców, którzy są regularnie doświadczani rozmaitymi bzdurnymi kontrolami. Cała ta radosna aktywność albo jej brak odbywa się oczywiście bez jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony urzędników.

A wystarczyło aby któryś z kontrolerów pofatygował się na wysypisko i odnalazł zagraniczne śmieci z Niemiec czy z Włoch. Potem tylko sprawdzenie dokumentacji i wszystko byłoby jasne. Pożary wysypisk śmieci zaraz przed, lub chwilę po wygaśnięciu pozwoleń na składowanie odpadów przez lata nikomu nikomu w urzędach nie wydawały się dziwne. Teraz nagle sprawą zainteresowało się nawet ABW.

 

Każdy taki pożar to w istocie prawdopodobne usuwanie dowodów na nielegalne składowanie odpadów, a spalenie jednego wysypiska to zysk nawet około 10 milionów złotych, bo śmieci nie da się "utylizować" taniej niż ogniem. Pojawia się zatem pytanie. Czy potrzeba było aż tylu pożarów aby rząd zauważył zależność między ich występowaniem i końcem pozwolenia na składowanie odpadów? A może przedłużenie pozwoleń kosztowałoby więcej niż pożar? Polska to nadal kraj z dykty na dodatek przysypywany zachodnimi śmieciami.

 

 


Papua Nowa Gwinea zablokuje dostęp do portalu Facebook

Serwis społecznościowy Facebook traci popularność i użytkowników między innymi za sprawą afery Cambridge Analytica. Coraz więcej ludzi rezygnuje z tej platformy, która sprzedaje dane użytkowników i udostępnia je władzom poszczególnym państw oraz cenzuruje wypowiedzi. Teraz Papua Nowa Gwinea zamierza tymczasowo zablokować mieszkańcom dostęp do Facebooka.

 

Sam Basil, Minister Komunikacji ogłosił, że ta popularna sieć społecznościowa zostanie wyłączona na okres jednego miesiąca. W tym czasie, władze będą starały się wyśledzić fałszywe profile i osoby, które publikują pornografię i nieprawdziwe informacje, tzw. fake news. Ponadto, Papua Nowa Gwinea chce sprawdzić, jaki wpływ Facebook wywiera na społeczeństwo i funkcjonowanie państwa.

Blokada serwisu ma związek z niedawną potężną aferą. Okazało się, że firma Cambridge Analytica uzyskała dostęp do danych osobowych kilkudziesięciu milionów użytkowników Facebooka, z pomocą których próbowano wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Rząd Papui Nowej Gwinei bierze to pod uwagę i nie wyklucza, że może na zawsze porzucić Facebooka i stworzyć własną, lokalną platformę społecznościową.

Właściciel tego portalu, Mark Zuckerberg, jest w tarapatach. Teraz, gdy wszyscy wiedzą do jakich celów może służyć Facebook, kolejne kraje mogą zwyczajnie zablokować dostęp do serwisu. Nie byłoby w tym nic dziwnego – zresztą już od samego początku było wiadomo, że Facebook zarabia na danych osobowych swoich użytkowników i upolitycznił się, a także wywiera bardzo negatywny wpływ na młodzież.

 


Wielka Brytania może wkrótce otworzyć pierwszą trupią farmę

Władze Wielkiej Brytanii mogą wydać zgodę na otwarcie pierwszej w tym kraju tzw. trupiej farmy. Jest to zewnętrzne laboratorium, w którym bada się proces rozkładu organizmów żywych – a konkretniej ludzi. Eksperci sądowi już poszukują wolontariuszy, który zgodzą się oddać swoje ciało po śmierci.

 

Na całym świecie istnieje tylko dziewięć trupich farm. Siedem z nich powstało w Stanach Zjednoczonych. Podobne laboratoria znajdują się w Australii i Holandii. Specjaliści prowadzą tam różne eksperymenty z udziałem ludzkich zwłok. Szczątki pozostawiane są na ziemi, a badacze obserwują proces rozkładu. W innych przypadkach zakopuje się je, zanurza w wodzie, wiesza na drzewie lub sprawdza rolę owadów w procesie rozkładu. Chodzi o to, aby zrozumieć jak ludzkie ciało rozkłada się w różnych warunkach.

 

Z pewnością jest to dość kontrowersyjny pomysł. Wielka Brytania dotychczas prowadziła tego typu testy na zwierzętach – przeważnie na świniach. Lecz wkrótce może się to zmienić. Dr Anna Williams, antropolog z Uniwersytetu Huddersfield, prowadzi rozmowy z Human Tissue Authority, pozarządowym organem publicznym, należącym do Departamentu Zdrowia. Władze podobno są zainteresowane taką działalnością.

 

Trupie farmy pozwalają przyglądać się rozkładowi ludzkich zwłok, co znajduje zastosowanie w medycynie sądowej. Dzięki nim łatwiej jest ustalić czas zgonu i odnaleźć potencjalnych morderców na podstawie materiału biologicznego, jaki można znaleźć w ciele ofiary. Zewnętrzne laboratoria pozwoliły Stanom Zjednoczonym zidentyfikować seryjnego mordercę i gwałciciela z Chicago, Johna Wayne'a Gacy'ego, który zamordował 33 osoby.

 


Przez jedną noc rzeka w Argentynie przybrała krwistoczerwony kolor

Fragment rzeki Parana, biegnącej w okolicy Buenos Aires w sobotę rano stał się krwistoczerwony. Dziwny kolor wody od razu zwrócił uwagę mieszkańców. Zaalarmowane władze lokalne proszą, aby trzymać się z dala od wody aż do dokonania jej pełnej analizy.

Odcinek rzeki poczerwieniał w kolorze krwi zaledwie kilka kilometrów od stolicy Argentyny, Buenos Aires. Eksperci podejrzewali początkowo, że nie jest to skażenie tylko inwazja glonów, a czerwony kolor jest spowodowany tym, że glony kwitną.

Jednak ta hipoteza została odrzucona bo takie organizmy nie zostały znalezione w pobranych próbkach wody. Z tego powodu powrócono do poprzedniej hipotezy podejrzewając, że czerwony kolor jest spowodowany nielegalnym zrzutem odpadów.

 

 


Władimir Putin: „Europa jest zależna od obrony USA. Ale nie martwcie się - pomożemy”

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w 2016 roku jest praktycznie od samego początku przedstawiane jako zwycięstwo Władimira Putina. Wielu analityków w podobny sposób podsumowuje dojście do władzy „populistów” w Austrii i we Włoszech, oraz sukcesy partii prawicowych we Francji i w Niemczech. Gdy weźmiemy pod uwagę niektóre ważne decyzje Trumpa to możemy dojść do wniosku, że prezydent USA faktycznie działa na korzyść Rosji i może to nawet robić celowo.

 

Współpraca między Stanami Zjednoczonymi a Europą wyraźnie pogorszyła się po ostatnich wyborach prezydenckich, które wygrał Trump, ale najgorsze przyszło po zerwaniu umowy nuklearnej z Iranem. Nikt za wyjątkiem Arabii Saudyjskiej i Izraela nie stanął po jego stronie. Nawet Europa zadecydowała, że będzie nadal przestrzegać porozumienia nuklearnego z Iranem. Zadecydowało to o izolacji Stanów Zjednoczonych, które przywróciły sankcje na Iran i zagroziły podobnym ruchem wobec Unii Europejskiej. Czy biznesmen Trump zrobiłby to wiedząc, że będzie to niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych?

 

Od tego czasu, w Europie obserwujemy zmianę sojuszu. Podczas gdy Unia zmierza do tzw. kompletnej integracji, czyli innymi słowy chce wchłonąć poszczególne kraje, aby stać się superpaństwem, widzimy również chęć nawiązania silniejszej współpracy z Rosją, czego nie można powiedzieć o Polsce. Wpływy USA w Europie Zachodniej słabną, ale są coraz silniejsze w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie powstaje Trójmorze – struktura przedstawiana czasem, przynajmniej oficjalnie, jako konkurencyjna dla Unii Europejskiej.

Jednak Rosja być może będzie miała okazję zrealizować swój pomysł, który obejmuje całą Europę. W 2010 roku pojawiła się propozycja stworzenia „wspólnoty gospodarczej”, która sięgałaby od Władywostoku we wschodniej Azji aż do Lizbony, stolicy Portugalii. Wysunął ją nikt inny jak Władimir Putin, który właśnie kilka dni temu powiedział coś, co powinno nas zaniepokoić.

Europe and Central Asia 2011 | From Lisbon to Vladivostok

24 maja, w Petersburgu rozpoczęło się XXII Międzynarodowe Forum Ekonomiczne. W piątek na posiedzeniu plenarnym, Emmanuel Macron powiedział, że chciałby zbudować francuską politykę zagraniczną opartą o niezależność, ale istnieją kwestie, które są blisko związane ze Stanami Zjednoczonymi, takie jak polityka bezpieczeństwa. Władimir Putin odpowiedział, że Europa i Stany Zjednoczone rzeczywiście mają wzajemne zobowiązania - Europa jest zależna od USA w kwestii bezpieczeństwa. Następnie dodał, że „nie musimy się o to martwić” - Rosjanie nam pomogą i zapewnią bezpieczeństwo.

Czy to oznacza, że rosyjska struktura gospodarcza od Władywostoku do Lizbony stanie się faktem, a Rosja stanie się dominującym graczem w Europie? Stany Zjednoczone jako supermocarstwo nie zrezygnowałoby dobrowolnie z wpływów w Europie Zachodniej. Zwróćmy również uwagę, że oficjalne przeniesienie amerykańskiej ambasady do Jerozolimy również przysporzyło Izraelowi i Stanom Zjednoczonym więcej kłopotów, niż korzyści. Arabia Saudyjska i Turcja coraz bardziej otwierają się na Rosję, Syria wygrywa wojnę, a wkrótce Trump może dogadać się z Kim Dzong Unem w sprawie rozbrojenia Korei Północnej, czego konsekwencją może być wycofanie amerykańskich sił zbrojnych z Półwyspu Koreańskiego. USA tracą na Bliskim Wschodzie, tracą w Azji, a teraz to samo obserwuje się w Europie. Slogan: „Make America Great Again”, którym nieustannie posługuje się Donald Trump, brzmi coraz bardziej ironicznie. Tylko co będzie z Polską?

 


Naukowcy odkryli, jak powstają potężne dżety na komecie 67P

Posiadająca dość charakterystyczny kształt kometa 67P/Czuriumow-Gierasimienko była pierwszą, na której wylądowały nasze ziemskie instrumenty naukowe. W ramach misji Rosetta, Europejska Agencja Kosmiczna przez niemal dwa lata prowadziła badania na powierzchni tego obiektu. Naukowcy starali się między innymi zrozumieć, w jaki sposób dochodzi tam do fascynujących, gwałtownych eksplozji gazów i pyłu.

 

Z pomocą instrumentu obrazującego OSIRIS, który znajdował się na pokładzie sondy Rosetta, wykonano ponad 70 tysięcy zdjęć komety 67P. Naukowcy analizowali je i przyglądali się nietypowym dżetom, które w krótkim czasie uwalniały ogromne ilości materii z powierzchni komety. Oszacowano, że w ciągu 5-30 minut ich trwania, kometa wyrzucała od 60 do nawet 260 ton gazu i pyłu. Dżety pojawiały się średnio co 30 godzin.

Źródło: ESA/Rosetta/NAVCAM

Ta nieprawdopodobna aktywność na powierzchni 67P powtarzała się za każdym razem, gdy Słońce oświetlało i podgrzewało lodowe regiony komety. Co więcej, potężne dżety występowały zawsze w tym samym miejscu i za każdym razem przybierały taką samą formę.

Dzięki najnowszym badaniom udało się zrozumieć naturę tego zjawiska. Naukowcy z Towarzystwa Maxa Plancka opracowali symulację komputerową, która dokładnie przedstawia ten proces. Niezwykły kształt komety 67P i jej topografia odpowiadają za powstawanie dżetów gazowych. Im mocniejsze naświetlenie, tym większa emisja gazów i pyłu, zaś wgłębienia na powierzchni komety spełniały funkcję soczewek, dodatkowo koncentrując emisję.

Naukowcy potwierdzili, że niezwykłe eksplozje materii na komecie 67P/Czuriumow-Gierasimienko mają związek z jej nieregularnym kształtem. Gdyby wyglądała bardziej standardowo, gaz i pył byłby rozmieszczony bardziej równomiernie, a wtedy emisje nie byłyby tak zauważalne.

 

Artykuł pochodzi z portalu astronomicznego:

 


Chiny planują zdominowanie przestrzeni kosmicznej

W czasie, w którym waży się dalszy los Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, Chiny nie próżnują. Przykładem może być niedawny, znaczący krok chińskich władz, które zapraszają cały świat do ich własnej stacji orbitalnej, która zostanie umieszczona na orbicie Ziemi już w 2022 roku.

 

Ambasador Chin w ONZ oraz innych organizacjach międzynarodowych oświadczył w Wiedniu, że Chińska Stacja Orbitalna nie będzie należeć wyłącznie do Chin, ale także do reszty świata. W kosmicznym projekcie będą mogły uczestniczyć wszystkie kraje, niezależnie od ich wielkości czy statusu gospodarczego.

 

Chińska Stacja Orbitalna to potencjalnie największe zagrożenie dla amerykańskiej oraz rosyjskiej dominacji lotów kosmicznych, która miała miejsce w ciągu ostatnich sześciu dekad. Mimo to władze Chin deklarują pomoc krajom rozwijającym się w tworzeniu ich własnych programów kosmicznych. Jest to zupełnie nowe podejście, ponieważ do tej pory takie współprace były mocno ograniczone.

Już teraz europejscy astronauci, tacy jak Samantha Cristoforetti, która spędziła 200 dni w kosmosie w latach 2014-2015, podróżują do Chin, aby uczyć się tamtejszego języka i współpracować z chińskimi naukowcami. Co więcej, Europejska Agencja Kosmiczna zawarła umowę z Chińską Agencją Kosmiczną, wedle której europejscy astronauci będą mogli odwiedzać chińską stację kosmiczną w latach 2020.

 

 


Niezwykłe konsekwencje opioidowej epidemii w USA

Stany Zjednoczone zmagają się obecnie z prawdziwą epidemią opioidową, wynikającą z zapisywania pacjentom wysoce uzależniających leków przeciwbólowych. W efekcie na testach nowych medykamentów w jednym z amerykańskich miast ucierpiała także okoliczna przyroda, w tym przypadku skorupiaki.  

Tak zwana epidemia opioidowa dotyczy licznych przedawkowań opiatów w środkowo-zachodnich regionach USA. Liczba śmiertelnych przypadków przedawkowania wzrosła tam aż o 70 % pomiędzy lipcem 2016 r. a wrześniem 2017 r.

 

W tkankach małż występujących przy portach Seatlle i Brementon odkryto wysokie stężenie oksykodonu – silnego i uzależniającego opioidu. Na tym jednak nie koniec, w ciałach zwierząt znaleziono przy okazji siedem rodzajów antybiotyków, pięć leków przeciwdepresyjnych, wiele lekow przeciwcukrzycowych i jeden środek chemioterapeutyczny.

Badania przeprowadzili naukowcy z Puget Sound Institute na Uniwersytecie Washington Tacoma. Zdaniem specjalistów małże po prostu wchłonęły wszystkie te substancje z silnie zanieczyszczonej wody, do której odprowadzane są ścieki.

 

Bardzo uzależniający oksykodon został wykryty w małżach żyjących w 3 z 18 miejsc testowych. Naukowcy uspokajają przy tym, że skorupiaki te nie występują w rejonach, w których odławia się je do spożycia. Niemniej jednak, nie wyklucza się, że posiłek z dodatkiem małży nafaszerowanej dziesiątkami leków mógłby mieć negatywny wpływ na ludzkie zdrowie.

 

Opioidy nie wpływają na same małże, które po prostu ich nie metabolizują. W innej sytuacji znajdują się za to ryby, ponieważ niektóre ich gatunki także mogą uzależnić się od biernie przyswajanych substancji.

 

 


Używasz Adblock? Blokujesz reklamy, ale podoba ci się to co tu czytasz? Wpłać cegiełkę na utrzymanie portalu, albo odblokuj reklamy na ZnZ