Maj 2018

Chiny rozważają całkowite zniesienie kontroli urodzeń

Chińskie władze mogą zakończyć niebezpieczny eksperyment, który rozpoczęto prawie 40 lat temu. Polityka jednego dziecka przyczyniła się do katastrofy demograficznej i pojawienia się zjawiska starzejącego społeczeństwa. Pekin rozważa nad całkowitym zniesieniem limitu dzieci, przypadających na jedną rodzinę.

 

Polityka jednego dziecka, która pozwoliła zaprowadzić kontrolę urodzeń, obowiązywała w pełnej wersji aż do 2015 roku, gdy rząd zgodził się, aby rodzice posiadali nie jedno, lecz dwójkę dzieci. Była to bardzo ważna decyzja w kontekście starzejącego się społeczeństwa, co przekłada się na ubytek siły roboczej. Jednak teraz dowiadujemy się, że Chiny mogą pójść o krok dalej i całkowicie zrezygnować z kontroli urodzeń.

 

Rada Państwa zleciła przeprowadzenie stosownych badań, aby ustalić skutki zniesienia tej polityki. Pekin może podjąć decyzję jeszcze w tym roku. Coś, co jeszcze niedawno było surowo karane przez władze, będzie teraz promowane w całym kraju.

Kontrola narodzin wywarła negatywny wpływ na chińskie społeczeństwo. Szacuje się, że do 2030 roku, populacja Chin może pomniejszyć się o około 40 milionów ludzi, zaś do 2050 roku, aż 30% Chińczyków będzie mieć co najmniej 60 lat. Władze zmodyfikowały ten program i pozwoliły mieć dwójkę dzieci, ale nie przyniosło to satysfakcjonujących rezultatów. W 2016 roku narodziło się o jeden milion dzieci więcej, niż w roku 2015. Współczynnik dzietności wynosi tam obecnie 1,6.

 

Chiny planują stale powiększać liczbę narodzin z roku na rok, aby poprawić sytuację demograficzną w kraju. Dlatego jest to wysoce prawdopodobne, że rząd zdecyduje się jednak zakończyć ten eksperyment i przestanie karać obywateli za posiadanie wielu dzieci. Teraz może być dokładnie na odwrót – rząd będzie wręcz nalegał, aby kobiety rodziły jak najwięcej dzieci, co z pewnością będzie przekładać się na ilość punktów, które otrzymają, lub stracą, w ramach kolejnego kontrowersyjnego programu oceniania życia obywateli, który jakiś czas temu wszedł w życie.

 




Lawa z wulkanu Kilauea niszczy kolejne domy i dociera już do oceanu

Mieszkańcy Dużej Wyspy na Hawajach wciąż doświadczają skutków aktywności wulkanicznej. Tamtejszy wulkan Kilauea cały czas kontynuuje erupcję. Lawa rozlewa się po okolicy i dociera już do oceanu. Niszczone są kolejne domy i drogi.

 

Lawa docierająca do oceanu to kłopot, bo na skutek spotkania z wodą powstają toksyczne gazy, które grożą zatruciem. Po kontakcie z wodą morską, powstaje mieszanina trującego dymu, kwasu solnego i mikroskopijnych cząstek szkła wulkanicznego. Władze ostrzegają, że wdychanie tego jest śmiertelnie niebezpieczne. 

 

Lawa z wulkanu Kilauea pochłonęła kolejnych 40 domów. Cztery osoby musiały zostać ewakuowane za pomocą helikopterów. 

Eksperci nie wiedzą dokładnie, kiedy wulkan uspokoi. W czwartek doszło do wybuchowej erupcji w wyniku której nad wulkanem pojawiła się chmura popioły. Skały i kamienie wystrzeliły wtedy tysiące metrów w powietrze. Na szczęście nikt nie został ranny, ani nie doszło do szkód w mieniu. 

 

W piątek, w pobliżu wulkanu Kilauea powstały nowe pęknięcia z których zaczęła się wydobywać magma. W sumie naliczono już 22 nowe pęknięcia. 


 




Mieszkańcy Szwecji otrzymają instrukcje, które przygotują ich na wypadek wybuchu wojny

Władze Szwecji przygotowały specjalne broszury, które zostaną rozesłane do niemal 5 milionów gospodarstw domowych. Zawarto w nich wiele wskazówek, które mają przygotować Szwedów na wypadek wybuchu wojny. Media wskazują, że Szwecja robi to w obawie przed atakiem ze strony Rosji.

 

20-stronicowe instrukcje, opracowane przez Ministerstwo Obrony Szwecji, opisują jak mieszkańcy powinni zachować się podczas obcej inwazji. Wskazano np. na konieczność robienia zapasów żywności i wody oraz zapewnienia sobie stałego źródła pożywienia i surowców energetycznych, które pozwolą ogrzać mieszkanie. Obywatele muszą również zadbać o własne bezpieczeństwo, wiedzieć skąd czerpać informacje i jak rozpoznawać wrogą propagandę.

 

Broszury przypominają, że każdy mieszkaniec jest zobowiązany na miarę swoich możliwości bronić kraju przed najeźdźcą. W przypadku wybuchu wojny i agresji zbrojnej na Szwecję, obywatele mogą np. otrzymać wezwanie do wojska, lub do agencji rządowych i cywilnych. Instruktaż obejmuje cały szereg różnych zdarzeń - zamachy terrorystyczne, cyberataki, niebezpieczne zdarzenia pogodowe i wojnę.

Między 28 maja a 3 czerwca, Szwedzka Agencja Ratownictwa Cywilnego dostarczy te ulotki wszystkim mieszkańcom kraju. Ostatnia taka nadzwyczajna sytuacja w Szwecji miała miejsce w trakcie Zimnej Wojny. Przygotowane przez rząd broszury zawierają zaktualizowane informacje i wkrótce trafią w ręce Szwedów. Już teraz można ją przeczytać i pobrać na stronie internetowej. W najbliższym czasie pojawią się również instruktaże w 13 językach, oraz wersje audio.

 

W związku z powyższym, media wskazują, że Szwecja obawia się inwazji ze strony Rosji, która ćwiczyła atak na kraje europejskie podczas manewrów Zapad-2017. Oczywiście nie musi to być jedyny powód zakrojonych na szeroką skalę przygotowań. Islamizująca się Szwecja jest również zagrożona przez nieintegrujących się muzułmańskich imigrantów, którzy tworzą zamknięte getta na terenie miast i odpowiadają za wzrost przestępczości. Inny scenariusz, którego media w ogóle nie biorą pod uwagę, zakłada dojście do władzy nowej antyimigranckiej i prorosyjskiej partii. Tak się składa, że ostatnie wybory we Włoszech dosłownie wstrząsnęły Unią Europejską i niewykluczone, że to samo wkrótce zaobserwujemy w Szwecji.

 




Tytoń może się stać antybiotykiem przyszłości

Po dokładnym zbadaniu rośliny zwanej tytoniem, naukowcy doszli do wniosku, że może być ona nie tylko przyczyną zmartwień ze względu na wciąż dużą ilość jej palaczy, ale też okazało się, że tytoń może ocalić ludzkość od śmiercionośnych bakterii chorobotwórczych. 

 

Jak wiadomo trwa antybiotykowy kryzys i świat rozpaczliwie potrzebuje zupełnie nowego rodzaju leków przeciwbakteryjnych, ponieważ niektóre bakterie zaczęły aktywnie przyzwyczaić się niemal do wszystkich istniejących antybiotyków.

 

Naukowcy z Uniwersytetu La Trobe odkryli w kwiatach tytoniu peptyd, który może stać się antybiotykiem nowej generacji. Specjaliści sugerują, że może to być antybiotyk przyszłości, który pozwoli uratować ludzkość od śmiertelnie niebezpiecznych i odpornych bakterii.

 

Obecnie naukowcy aktywnie poszukują nowych substancji chemicznych, które mogłyby stanowić podstawę do stworzenia skutecznych środków przeciwko drobnoustrojom. Bez działających antybiotyków, każda zakaźna choroba będzie stanowiła globalny problem i ryzyko dla całej ludzkości.

Eksperci są zdania, że odporność na antybiotyki ostatecznie może doprowadzić do skutecznego wyczerpania się istniejących leków. W związku z tym, po prostu trzeba szybko szukać nowych preparatów. Naukowcy poszukują ich przeważnie w przyrodzie tak jak w tym przypadku.

 

Rosnący tytoń zabezpiecza się poprzez wytworzenie przeciwgrzybiczej cząsteczki. Australijski zespół naukowców stwierdził, że można wydobyć tą substancję, zwaną peptydem i powinien działać również jako środek przeciwbakteryjny do zastosowania u ludzi.

 

 




USA przedstawiły Iranowi listę żądań, zagroziły „najsilniejszymi sankcjami w historii”

Donald Trump właśnie realizuje kolejną obietnicę wyborczą. Na jego celowniku znalazł się Iran, z którym niedawno zerwał porozumienie nuklearne. Prezydent USA, tak jak obiecywał Izraelowi podczas swojej kampanii prezydenckiej, chce zmusić Iran do podpisania bardzo niekorzystnej umowy, która składa się z 12 żądań.

 

W 2015 roku, Islamska Republika Iranu zgodziła się ograniczyć swój program nuklearny i poddać go kontroli pracownikom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w zamian za zniesienie sankcji. Umowa ta wygasłaby po 10 latach. Trump postanowił najpierw zerwać to porozumienie, a teraz zmusza Iran do podpisania nowego dokumentu. Jednocześnie USA zagroziły bardzo uciążliwymi sankcjami, które poważnie osłabią irańską gospodarkę.

 

Szczegóły nowej umowy zostały przedstawione w poniedziałek przez Sekretarza Stanu Mike'a Pompeo. Znalazła się na niej lista 12 żądań, które obejmują nie tylko program nuklearny, ale także program zbrojeniowy i ingerują w irańską politykę zagraniczną. Mówiąc krótko, Stany Zjednoczone chcą całkowitej izolacji Iranu na Bliskim Wschodzie.

 

Punkty te obejmują oddanie pod kontrolę Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej wszystkich obiektów nuklearnych łącznie z bazami wojskowymi. Iranowi nie będzie wolno zajmować się produkcją wzbogaconego uranu i plutonu i zostanie zmuszony do zamknięcia fabryk wytwarzających ciężką wodę dla reaktorów jądrowych. USA chcą zakazać prac nad rakietami balistycznymi i wspierania organizacji zbrojnych w Palestynie, Libanie, Syrii, Iraku i Jemenie, a także zmusić do wycofania irańskich wojsk z misji zagranicznych. Iran musiałby oficjalnie zrezygnować z walki o wpływy na Bliskim Wschodzie. Dokument przy okazji oskarża Iran o wspieranie islamskich terrorystów i domaga się wstrzymania finansowania ich działalności.

Stany Zjednoczone raczej nie będą angażować się w bezpośrednią wojnę z Iranem, lecz zamiast tego zamierzają zniszczyć jego gospodarkę z pomocą „najsilniejszych sankcji w historii”. Nie powinno nas dziwić, że Iran oficjalnie odrzucił ten szantaż i zapowiedział, że nie wycofa swoich wojsk z Syrii, gdzie przebywają na wyraźną prośbę władz w Damaszku – w przeciwieństwie do wojsk amerykańskich, które nielegalnie stacjonują w północno-wschodniej Syrii.

 

Szantaż Stanów Zjednoczonych ma między innymi związek z ostatnimi zwycięstwami syryjskiej armii w walce z tzw. rebeliantami i ISIS. Południowa Syria powoli stabilizuje się i rośnie w siłę przy udziale Iranu, co naturalnie niepokoi Izrael. Jeśli USA nie zdołają zmusić do podpisania tak niekorzystnej umowy, irańska gospodarka będzie się powoli dusić pod naciskiem sankcji, a w tym czasie Izrael może zaangażować się w wojnę pośrednią z Iranem na terytorium Syrii. Tylko jak zareaguje na to Rosja?

 




Rzadki cyklon tropikalny Sagar uderzył w Somalię i Dżibuti. Zginęło ponad 30 osób, setki tysięcy ludzi poszkodowanych

Po trzech latach dotkliwej suszy, Somalia walczy teraz z silnymi opadami deszczu i powodziami, spowodowanymi przejściem rzadkiego cyklonu tropikalnego Sagar. Sztorm uformował się 16 maja w Zatoce Adeńskiej, a po kilku dniach uderzył w tzw. Róg Afryki.

 

Sagar przyniósł północno-wschodniej Afryce wiatry wiejące z prędkością 93 km/h i potężne ulewy, które doprowadziły do wielkich powodzi i lawin błotnych. Cyklon tropikalny uderzył w sobotę w północną Somalię i Dżibuti, ale odczuwalny jest także w Etiopii i w Jemenie – po drugiej stronie Morza Adeńskiego.

Już w weekend pojawiały się pierwsze informacje o poszkodowanych i stratach materialnych. Według najnowszych szacunków, ekstremalna pogoda zabiła co najmniej 30 osób. 27 kolejnych zostało uznanych za zaginionych, a ponad 700 tysięcy ludzi jest poszkodowanych. Liczba ofiar z całą pewnością będzie wzrastać.

Dokładna skala zniszczeń nie jest znana, lecz największe straty odnotowuje się w Puntlandzie i Somalilandzie, gdzie zginęło 80% zwierząt hodowlanych. Potężny cyklon tropikalny zniszczył tam wiele upraw, farm i domów. Również w samej stolicy Mogadiszu w południowej Somalii w wyniku powodzi ponad 300 mieszkań zostało zalanych.

Zjawiska tego typu w tej części świata należą raczej do rzadkości. Somalia ostatni raz doświadczyła powodzi w 2015 roku. Od tamtego czasu, północno-wschodnia Afryka zmagała się z katastrofalną suszą, która doprowadziła do głodu. Przypuszcza się, że cyklon tropikalny Sagar to prawdopodobnie najpotężniejsze takie zjawisko, jakie nawiedziło Somalię od 1885 roku.

 




Polski rząd może sprowadzić 3 tysiące muzułmańskich imigrantów z Uzbekistanu

Prawo i Sprawiedliwość od samego początku nie godziło się na sprowadzanie nielegalnych muzułmańskich imigrantów, tłumacząc się bezpieczeństwem, czym naraziliśmy się Unii Europejskiej. Partia rządząca podtrzymywała swoje stanowisko przez kolejne lata, choć oficjalne dane wskazują, że Polska jednak przyjmuje imigrantów. Każdy z nas może to sprawdzić na stronie migracje.gov.pl, która została utworzona przez Urząd ds. Cudzoziemców. W głowie rodzi się więc pytanie – po co była ta szopka z imigrantami, skoro i tak mamy ich w Polsce coraz więcej?

 

Podczas gdy PiS spiera się z Unią Europejską o kwestię programu relokacji uchodźców, my dowiadujemy się, że nasz kraj może przyjąć 3 tysięcy imigrantów z Uzbekistanu. Co ciekawe, dowiadujemy się o tym nie z polskich, lecz z uzbeckich mediów. Konkretniej, pisze o tym Jahon - oficjalna agencja informacyjna Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

 

Ku naszemu zdumieniu, Uzbekistan donosi, że w Warszawie odbyło się spotkanie delegacji Agencji do Spraw Migracji Zewnętrznych i Stosunków Pracowniczych Ministerstwa Pracy i Stosunków Pracy Uzbekistanu z przedstawicielami polskiego rządu i największymi przedsiębiorcami. Obie strony omówiły ze szczegółami kwestię przyjęcia do Polski 3 tysięcy imigrantów zarobkowych, a także sprawy z tym związane – między innymi wysokość płac oraz warunki, w jakich będą u nas żyli. Podpisano memorandum o współpracy z 10 polskimi przedsiębiorstwami specjalizującymi się w branży budowlanej, odzieżowej, rolniczej i spożywczej.

Już w 2017 roku, Polska wydała ponad 1200 wiz roboczych dla obywateli Uzbekistanu. Zasadnicza różnica polega na tym, że Europa Zachodnia przyjmuje wszystkich nielegalnych imigrantów jak leci, a potem ma z nimi problemy integracyjne i wypłaca im świadczenia socjalne, natomiast do naszego kraju przybędą wykwalifikowani pracownicy. Jeśli nie ma się czego obawiać, to dlaczego rząd milczy w tej sprawie?

 

Warto mieć na uwadze, że zdecydowana większość mieszkańców Uzbekistanu to wyznawcy islamu. Kraj ten sąsiaduje z Afganistanem, Kazachstanem, Kirgistanem, Tadżykistanem i Turkmenistanem. Jest wylęgarnią islamskiego terroryzmu. Zdecydowanie bezpieczniej byłoby sprowadzić imigrantów z naszego kręgu kulturowego.

 

Żeby było jeszcze ciekawiej, Węgry, które przecież otwarcie i zdecydowanie przeciwstawiały się dyktatowi Unii Europejskiej i publicznie ostrzegały przed niebezpieczeństwami, wynikającymi z przyjmowania muzułmańskich imigrantów, same sprowadzały do siebie obywateli Afganistanu, Iraku i Syrii. Potajemne przyjmowanie uchodźców przez Polskę i Węgry jest zachowaniem co najmniej podejrzanym, choć i tak trzeba przyznać, że nasz kraj, pod względem islamskiego terroryzmu, wciąż pozostaje jednym z najbezpieczniejszych w Europie. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

 




Trójmorze znajdzie się na liście narodowych projektów priorytetowych USA

Projekt Trójmorza jest doskonałą okazją dla Polski, aby stała się znaczącym graczem w Europie i uniezależniła się od Niemiec i Rosji, które od wieków nie były nam przychylne. Trójmorze to także swoisty klin, który zostanie wbity pomiędzy Unię Europejską a Rosję i osłabi wpływy obu stron. Skorzystamy na tym nie tylko my, ale także Stany Zjednoczone, które umieszczą tę inicjatywę na liście narodowych projektów priorytetowych.

 

W skład Trójmorza wchodzi szereg państw Europy Środkowej i Wschodniej, począwszy od Polski i Austrii, aż po Estonię, Bułgarię i Rumunię, ale bez Ukrainy. Organizacja ta jako całość posiada więc dostęp do Morza Adriatyckiego, Bałtyckiego i Czarnego, co sprawia, że z powodzeniem mogłaby rywalizować z komunistyczną Unią Europejską, której wciąż jesteśmy częścią.

 

Jak dowiadujemy się od Biura ds. Zasobów Energii Departamentu Stanu USA, podczas zaplanowanego na rok bieżący szczytu Trójmorza w Bukareszcie, Stany Zjednoczone zamierzają jeszcze raz wyrazić poparcie dla tej inicjatywy. Ma to związek między innymi z budową gazociągu Nord Stream 2, który połączy Rosję z Niemcami i zostanie poprowadzony przez Morze Bałtyckie.

 

Trójmorze zamierza przede wszystkim zadbać o dywersyfikację źródeł energii. Polska, otrzymując dostawy gazu z terminalu LNG ze Świnoujścia, będzie mogła dostarczać surowiec do pozostałych państw sojuszu. Dzięki temu nie będziemy uzależnieni od gazu z Rosji.

Państwa wchodzące w skład inicjatywy zwanej Trójmorzem będą ze sobą współpracować nie tylko na polu energetycznym i gospodarczym, ale być może również militarnym. Organizacja konkurencyjna dla Unii Europejskiej będzie powstawać przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Niemcy obawiają się Trójmorza do tego stopnia, że organizują manewry wojskowe na wypadek rozpadu UE, który może zostać spowodowany właśnie powstaniem nowej silnej struktury we wschodniej Europie.

 




Raport szwedzkiej gazety wskazuje, że podbój Rosji jest niemożliwy

Na łamach szwedzkiej gazety Svenska Dagbladet ukazał się raport opisujący trzy państwa, które ze względu na niektóre czynniki są twierdzami nie do podbicia. Wśród nich znalazła się Rosja, co z pewnością zaniepokoi organizację NATO oraz państwa europejskie, które obawiają się inwazji.

 

W raporcie czytamy, że armia atakująca Rosję musi być przygotowana do objęcia kontroli nad wszystkimi rodzajami terenu. Są to między innymi regiony górzyste, tereny bagienne, zamarznięte tundry oraz lasy. Wojska inwazyjne muszą być w stanie przetrwać wysokie temperatury w okresie letnim, oraz potężne mrozy w trakcie zimy. Jednak największym wyzwaniem byłaby okupacja całego kraju, który posiada powierzchnię ponad 17 milionów kilometrów kwadratowych. Rosja to największe państwo świata i niewiele mniejsze od Chin i Stanów Zjednoczonych razem wziętych.

 

Dziennikarze gazety Svenska Dagbladet wymienili również Szwajcarię, która co prawda nie posiada wielkiej armii (150 tysięcy żołnierzy), ale ma do swojej dyspozycji naturalne bariery obronne w postaci Alp i rzek, liczne bunkry oraz mosty i drogi, które można wysadzić, aby utrudnić przeciwnikowi natarcie. Na liście znalazła się też Nowa Zelandia – państwo wyspiarskie, położone ponad 2 tysiące kilometrów od Australii, najbliższego dużego lądu. Inwazja na ten kraj mogłaby być poważnym wyzwaniem logistycznym.

Raport potwierdza, że w kontekście możliwej wojny w Europie, inwazja wojsk NATO oraz państw Europy Wschodniej na Rosję mogłaby zakończyć się klęską. Kontrolowanie całego państwa byłoby praktycznie niemożliwe, ale okupacja samej Moskwy, czego Polacy dokonali w latach 1610-1612, jest o wiele bardziej prawdopodobna.

 




Złoto z gry komputerowej World of Warcraft jest warte więcej niż waluta Wenezueli

Najnowsze obliczenia pokazują, że wirtualna waluta z gry komputerowej ma większą wartość, niż słabnąca waluta Wenezueli – boliwar.

World of Warcraft jest jedną z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się gier online na świecie. Świat gry jest tak rozbudowany, że ma on swoją własną walutę o zmiennym kursie. Wirtualna waluta może być wymieniona na przedmioty z gry, tokeny pozwalające na opłacenie abonamentu, a nawet na rzeczywiste pieniądze.

 

Waluta gry jest często porównywana z walutami rzeczywistymi, ponieważ można używać prawdziwych pieniędzy do jej kupowania w World of Warcraft. Co ciekawe, w zeszłym roku w sierpniu wartość wirtualnego złota była niemal równa wenezuelskiemu boliwarowi. W tym roku okazało się, że wirtualna waluta jest warta nawet 7 razy więcej niż boliwar!

Jeśli wziąć pod uwagę kurs wymiany, 1 dolar amerykański to 68915 wenezuelskich boliwarów. Cena jednego tokena to 20 dolarów lub około 203 tys. sztuk złota w grze. Na podstawie tych obliczeń wiadomo, że 1 dolar amerykański kosztuje około 10 tys. sztuk złota w grze. Wynika z tego, że wirtualne złoto w grze jest warte 6,8 razy więcej niż boliwar. Jeśli wykonamy takie same obliczenia z ceną  czarnorynkową, która wynosi obecnie 636771,03 boliwara za jednego dolara amerykańskiego, złoto w grze jest aż 62 razy bardziej wartościowe niż wenezuelska waluta.

 

Boliwar już niedługo może zostać zastąpiony przez kryptowalutę Petro, jednak wciąż nie jest jasne, jaka będzie jej wartość. Powyższy przykład pokazuje jaki wpływ na światową gospodarkę mają gry komputerowe oraz do jakiej rangi urosły we współczesnej kulturze.