Maj 2019

USA znów grożą zbombardowaniem Syrii za domniemany atak chemiczny

Stany Zjednoczone wysłały właśnie ostrzeżenie pod adresem władz Syrii i zagroziły operacją wojskową. Jak można się domyślić, ponownie chodzi tu o kwestię broni chemicznej. Nieznani sprawcy prawdopodobnie użyli gazów bojowych, przez które ucierpiało kilka osób.

 

Domniemany atak chemiczny nastąpił w niedzielę w muhafazie Idlib, okupowanej przez islamską opozycję. W wyniku wymiany ognia, kilku dżihadystów z ugrupowania Hayat Tahrir al-Sham (HTS) zostało zabranych do szpitala z objawami zatrucia chlorem.

 

Powyższa informacja nie została potwierdzona. W sieci nie ma nawet zdjęć czy nagrań wideo. Jednak według Departamentu Stanu USA, są podobno „oznaki”, że najnowszego ataku chemicznego dokonała syryjska armia. Co więcej, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania już zapowiedziały, że jeśli wiadomość o zastosowaniu broni chemicznej potwierdzi się to Syria zostanie zaatakowana.

Warto w tym momencie dodać, że Stany Zjednoczone uznają Hayat Tahrir al-Sham za organizację terrorystyczną. Wygląda jednak na to, że tylko Amerykanie mają prawo zabijać terrorystów – w dodatku w dowolnej części świata i nawet bez zgody władz danego państwa, a teraz grożą bombardowaniami na Syrię za jej własną walkę z terroryzmem.

W kontekście domniemanego ataku chemicznego należy przypomnieć, że brytyjska Grupa Pracy ds. Syrii, Propagandy i Środków Masowego Przekazu ujawniła niedawno wewnętrzny dokument Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW), która badała przypadek zastosowania gazów bojowych w kwietniu 2018 roku w mieście Duma niedaleko Damaszku. Raport przedstawia wyniki analiz, które mówią, że wykorzystane w tym ataku dwa cylindry z bronią chemiczną wcale nie zostały zrzucone z powietrza, lecz najprawdopodobniej zostały podłożone. Prawdziwość utajnionego dokumentu została już potwierdzona przez OPCW.

 

Dokument ten obalił oficjalną wersję, na podstawie której Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone dokonały zmasowanego ataku na Syrię. Jednak zachodnie media kompletnie zignorowały treść tego raportu i kontynuują swoją fałszywą narrację, według której wszelkie ataki chemiczne przeprowadza syryjska armia, a rebelianci i islamscy terroryści wciąż uznawani są za niewinnych.

 

Stany Zjednoczone przeprowadziły już dwa bombardowania w Syrii – w kwietniu 2017 i 2018 roku. Czyżby Zachód przygotowywał się do kolejnego uderzenia? Tak się składa, że Syria prawdopodobnie chce podjąć się próby odzyskania ostatniego regionu, który pozostaje pod okupowacją zbrojnej rebelii. Pamiętajmy również, że amerykańska grupa uderzeniowa okrętów wojennych z lotniskowcem USS Abraham Lincoln dotarła już na Bliski Wschód, a bombowce B-52 oczekują w bazie lotniczej w Katarze. Czy Amerykanie przygotowują się właśnie do interwencji zbrojnej w Syrii?

 



Brytyjczycy próbują się wycofać z Brexitu. Czy odbędzie się drugie referendum?

Co dalej z Brexitem? Tego nie wie nikt – nawet sama Wielka Brytania, która na drodze referendum zadecydowała o wyjściu z Unii Europejskiej. Choć głosowanie odbyło się prawie 3 lata temu, kraj jest mocno podzielony w tej sprawie. Wielka Brytania wciąż nie posiada gotowej umowy, która pozwoli opuścić UE, a teraz pojawia się możliwość zorganizowania drugiego referendum.

 

W środę, premier Theresa May przedstawiła nieco zmodyfikowaną wersję projektu umowy, który wprowadza pewne zmiany. Przede wszystkim pojawił się w nim zapis o możliwości przeprowadzenia drugiego referendum. Głosowanie to byłoby jednak możliwe tylko wtedy, jeśli parlament zatwierdzi umowę. Referendum to dotyczyłoby poparcia społeczeństwa dla umowy regulującej wyjście z Unii Europejskiej, a gdyby nie została zaakceptowana, Brexit mógłby zostać odwołany.

 

W projekcie umowy brytyjskiej premier pojawiły się też inne zmiany, które mają zadowolić wszystkich parlamentarzystów i zezwalają np. na głosowanie w sprawie unii celnej z UE. Theresa May ogłosiła, że jest to właściwie ostatnia szansa na bezpieczny Brexit i jeśli umowa jakimś cudem zostanie przyjęta to ogłosi swoją rezygnację. W przeciwnym wypadku, Wielka Brytania może pozostać w Unii Europejskiej.

Theresa May – fot.: Raul Mee/CC BY 2.0

Okazało się jednak, że nowa propozycja spotkała się z ogromną krytyką. Poparcie dla Theresy May jest obecnie najniższe, a parlamentarzyści domagają się jej natychmiastowego odejścia. To oczywiście paraliżuje prace nad nawiązaniem jakiegokolwiek kompromisu. Przypomnijmy, że Unia Europejska dała Wielkiej Brytanii czas do 31 października i nie zgodziła się już na dalsze negocjacje.

 

Brexit wywołuje chaos na Wyspach. Nie wiadomo, co będzie dalej – jakie będą przyszłe stosunki Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. Można jednak odnieść wrażenie, że próbuje się za wszelką cenę opóźnić Brexit, aby ostatecznie pozostały tylko dwie opcje: „twardy Brexit” bez umowy, którego nikt nie chce, albo pozostanie w UE, co byłoby bezpieczniejszym rozwiązaniem. Jeszcze w 2016 roku, Brytyjczycy zagłosowali za Brexitem, lecz teraz, widząc nieudolność rządu, prawdopodobnie woleliby cofnąć swoją decyzję.

 



Zestrzeleni piloci wojskowi będą ratowani przez drony

Dowództwo Sił Powietrznych USA ogłosiło przetarg na opracowanie i przetestowanie bezzałogowych statków powietrznych, które mogłyby posłużyć do szybkiej ewakuacji zestrzelonych pilotów. Według tygodnika Aviation, nowe urządzenia muszą być przystosowane do „startowania” z powietrza. Oferty wojsko amerykańskie będzie przyjmować do 01 lipca 2019 roku.

 

Nowoczesne operacje ewakuacji zestrzelonych pilotów mogą być trudne i niebezpieczne. Wymagają starannego przygotowania, a czasem organizacji zespołów ratowniczych. Zakłada się, że drony znacznie uproszczą ewakuację pilotów i zmniejszą liczbę osób biorących udział w takich operacjach.

 

Zgodnie z wymaganiami armii amerykańskiej dron ratunkowy musi mieć promień bojowy co najmniej 185 kilometrów. Musi latać z prędkością co najmniej 100 węzłów. Urządzenie powinno również pracować na dużych wysokościach co najmniej ok. 1,2 tys. metrów nad poziomem morza i przy temperaturze powietrza 35 stopni Celsjusza.

 

Dron ratunkowy musi być zaprojektowany do przewożenia czterech osób i co najmniej jednej noszy. Urządzenia muszą być hybrydowe, tzn. ich silniki elektryczne ze śmigłami muszą być zasilane z generatora, który z kolei musi być napędzany z silnika spalinowego. Ten schemat pozwala nieznacznie zwiększyć zasięg urządzenia.

 

Przetarg na opracowanie dronów ratunkowych odbywa się w dwóch etapach. W pierwszym etapie uczestnicy będą musieli opracować projekty sprzętu, a na drugim etapie przedstawić prototypy do testów. Postępowanie jest kierowane do tych, którzy będą w stanie zaaplikować w pierwszym, jak i drugim etapie. Inne szczegóły dotyczące projektu nie zostały jeszcze ujawnione.

 

Obecnie dla armii amerykańskiej opracowany jest Dragonfly Dragonfly DP-14 Hawk. Planuje się, że będzie on transportował amunicję i rannych. DP-14 jest zbudowany w układzie wzdłużnym z dwoma wirnikami. Masa DP-14 wynosi 408 kilogramów. Urządzenia, wyposażone w silnik turbo sprężynowe, mogą przenosić ładunki o wadze do 195 kilogramów. Czas ich lotu wynosi 2,4 godziny. Objętość przedziału transportowego DP-14 wynosi 0,7 metra sześciennego.

 



Największa jaskinia na świecie jest jeszcze większa niż pierwotnie sądzono

Dzięki odkryciom brytyjskich speleologów dokonanym podczas ostatniej wyprawy do Wietnamu okazało się, że największa na świecie jaskinia, Son Doong, jest jeszcze większa niż pierwotnie sądzono.

W zeszłym miesiącu trójka brytyjskich nurków (tych samych, którzy pomagali w uwolnieniu chłopców z jaskini w Tajlandii w 2018 roku) wyruszyło do Parku Narodowego Phong Nha-Ke Bang w środkowej części Wietnamu, aby zwiedzić tamtejsze jaskinie. Podczas przełomowego nurkowania odkryli nowy podwodny tunel, który łączy Son Doong z inną ogromną jaskinią zwaną Hang Thung.

 

Do tej pory uznawano, że Son Doong łącznie zajmuje powierzchnię 38,5 miliona metrów sześciennych. Jeśli jednak dodamy do tego tunel łączący ją z jaskinią Thung, to zyskuje ona dodatkowe 1,6 miliona metrów sześciennych. Howard Limbert, jeden z ekspertów jaskiniowych, stwierdził, że można porównać to odkrycie do znalezienia bryły na szczycie Mount Everest, która uczyni górę o kolejne 1000 metrów wyższą.

Podczas misji nurkowie byli w stanie dotrzeć na głębokość około 78 metrów. Badacze nie spodziewali się, że tunele będą tak głębokie, ponieważ inne jaskinie w okolicy były dość płytkie. Nurkowie planują wrócić do Wietnamu w kwietniu przyszłego roku.

 

Jest to najlepsza pora na tego typu wyprawy, ponieważ poziom wody jest wówczas stosunkowo niski, a widoczność jest lepsza niż zwykle. Po raz pierwszy ludzie postawili stopę w jaskini Son Doong dopiero w 2009 roku, a najnowsze odkrycie pokazuje, że na Ziemi wciąż jest wiele nieznanych ekscytujących miejsc.

 

 



Szympansy osiągnęły poziom rozwoju epoki kamiennej. Czy małpy w przyszłości zagrożą ludzkości?

Naukowcy znaleźli dowody na to, że szympansy z Afryki Zachodniej już tysiące lat temu, przed pojawieniem się rolnictwa, rozłupywały orzechy za pomocą kamiennych narzędzi. Odkrycie sugeruje, że małpy rozwinęły tą umiejętność na własną rękę.

Zespół naukowców odwiedził jedyną znaną osadę prehistorycznych szympansów na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Wykopane przez badaczy kamienie posiadają ślady używania ich do rozbijania orzechów.

 

Narzędzia pochodzą sprzed około 4300 lat, co w kategoriach ludzkich odpowiada późnej epoce kamienia. Do tej pory sądzono, że szympansy po raz pierwszy użyły kamiennych narzędzi dopiero w XIX wieku. Naukowcy sugerują, że ten rodzaj wykorzystania narzędzi mógł być dziedziczony od naszego wspólnego przodka.

 

Badanie wykazało, że szympansy i ludzcy przodkowie mieli znacznie więcej cech wspólnych niż mogło się wydawać. Do tej pory sądzono, że wiele atrybutów kulturowych było zarezerwowanych tylko dla ludzkości. Okazało się jednak, że takie zachowania jak np. rozbijanie orzechów, są przekazywane następnym pokoleniom szympansów. Prehistoria małp ma znacznie głębsze korzenie niż mogło się wydawać.

 

Badania naszego najbliższego ziemskiego krewnego nieustannie podkreślają nowe aspekty ludzkiej ewolucji. Z jednej strony jest to pozytywne, ponieważ możemy zrobić więcej w zakresie ochrony tego zagrożonego gatunku. Dzięki temu w przyszłości będziemy mogli stale poznawać kolejne fakty dotyczące naszej przeszłości.

 

Należy jednak zwrócić uwagę, że z każdym następnym odkryciem przekonujemy się o coraz większej inteligencji małp. Nie można wykluczyć, że kiedyś nadejdzie moment, gdy szympansy staną się dla nas równorzędnym przeciwnikiem w walce o przetrwanie. Już teraz niektóre małpy całkiem dobrze radzą sobie z obsługą smartfona, o czym świadczyć może poniższy film:



Deutsche Bank przedstawił ranking najlepszych miast do życia

Najnowsze badania przeprowadzone przez Deutsche Bank wykazały, że miasta w Europie i Australazji oferują najwyższą jakość życia na świecie. Opublikowany w zeszłym tygodniu raport analizował koszty i jakość życia mieszkańców z 56 miast w różnych zakątkach globu.

Najlepszym miastem do życia okazał się szwajcarski Zurych, pomimo, że był najlepiej oceniany w żadnej z podkategorii. Zurych zajmował jednak wysokie miejsca we wszystkich miernikach podlegających ocenie. Szwajcarskie miasto jest drugie w indeksie siły nabywczej oraz trzecie pod względem bezpieczeństwa obywateli.

 

Drugie miejsce w rankingu zajęła stolica Nowej Zelandii, Wellington. Główne atuty tego miasta to: sprawny transport, niski poziom zanieczyszczenia i jeden z najlepszych na świecie wskaźników siły nabywczej. W pierwszej 10 znalazły się jeszcze kolejno takie miasta, jak: Kopenhaga, Edynburg, Wiedeń, Helsinki, Melbourne, Boston, San Francisco oraz Sydney.

 

San Francisco ma najlepszy poziom siły nabywczej na świecie, lecz o niższej pozycji w rankingu zadecydowały wysokie koszty utrzymania. Warszawa została sklasyfikowana w środku stawki (na 30 miejscu). Co ciekawe, za stolicą Polski znalazł się nawet Nowy Jork, więc zdaniem autorów raportu nad Wisłą można toczyć szczęśliwsze życie niż w wielkiej amerykańskiej metropolii. Warto o tym pamiętać, zanim zaczniemy przesadnie narzekać na swój los.

Stolica Nigerii, Lagos, została uznana za miasto o najniższej jakości życia. W najgorszej trójce znalazła się także stolica Filipin, Manila oraz Pekin. Najwyraźniej trudno być szczęśliwym, gdy na każdy metr kwadratowy przypada 5 osób. W najgorszej 10 znalazł się też Szanghaj, co jednoznacznie wskazuje, że życie w Chinach nie należy do najprzyjemniejszych. 

 

Analitycy Deutsche Banku porównali również koszty podstawowych artykułów w różnych miejscach na świecie. Najdroższym miastem do życia okazało się Oslo, gdzie za 2 litry Coca Coli zapłacić trzeba 4,73 $, czyli aż o 197% więcej niż w Nowym Jorku. Para butów Nike, Adidas lub innej sportowej marki była najdroższa w Zurychu (150 $), a najtańsza w indyjskim Bangalore (58 $). Dubaj, Oslo, Kopenhaga i Hongkong okazały się z kolei najdroższe pod względem ceny piwa w lokalnych pubach. Najtaniej złocisty trunek można nabyć natomiast w Pradze i Manili.

 

 



Niemcy przekonują, że reparacje wojenne dla Polski i Grecji będą dla tych krajów szkodliwe

Niemcy jak ognia unikają tematu wypłacenia reparacji wojennych i uznają go za zamknięty. Jednak kwestia ta jest regularnie poruszana przez kraje, które były poszkodowane w wyniku działań wojennych i okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej. Polska domaga się kilku bilionów złotych odszkodowań, ale Niemcy uważają, że jest to „nierealna suma” i ostrzegają, że przyniesie to nam więcej szkód, niż korzyści.

 

Sven Felix Kellerhoff pisze na łamach dziennika „Die Welt”, że domaganie się od Niemiec reparacji wojennych może mieć dramatyczne konsekwencje, łącznie z rozpadem Unii Europejskiej i wybuchem wojny. Publicysta wskazuje, że jeśli Niemcy wypłacą jakąkolwiek kwotę Grecji i Polsce to wkrótce kolejne państwa zaczną domagać się odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej.

 

Kellerhoff twierdzi, że już samo wystawianie roszczeń może mieć negatywne konsekwencje – niemieccy turyści mogą zrezygnować z wyjazdów do Grecji, natomiast polscy pracownicy mogą utracić możliwość zarabiania w Niemczech. Natomiast jeśli Berlin wypłaci reparacje wojenne, w Grecji i Polsce doszłoby do przegrzania koniunktury, a część pieniędzy pochłonęłaby korupcja. Dziennikarz ostrzegł również przed możliwością wybuchu konfliktu zbrojnego, podając za przykład roszczenia Królestwa Prus względem Cesarstwa Francuskiego z 1871 roku, które pogłębiły wrogość i w rezultacie doprowadziły do kolejnej wojny między tymi państwami w 1914 roku.

 

Niemcy faktycznie nie będą w stanie jednorazowo wypłacić wszystkich odszkodowań za II wojnę światową, ale przecież nikt nie mówi, że muszą natychmiast zapłacić pełną sumę – spłatę można rozłożyć na wiele lat. Jednak gdy do Grecji i Polski przyłączą się inne kraje Europy, Niemcy wyraźnie osłabną i prawdopodobnie nie będą już gospodarczym liderem na naszym kontynencie, a w dodatku zyskają silną konkurencję.

Jednak obawy co do ewentualnego wybuchu kolejnej wojny brzmią co najmniej niepokojąco. Należy przypomnieć, że w 2017 roku, Ministerstwo Obrony Niemiec przyjęło dokument pod nazwą: „Strategiczna Perspektywa 2040”. Zapisano w nim scenariusze, które mogą podważyć niemieckie wpływy w Europie i doprowadzić do upadku Unii Europejskiej. Z dokumentu wynika, że Niemcy gotowe są doprowadzić do kolejnej wojny, aby nie dopuścić do utraty wpływów.

 

Warto również przypomnieć, że Niemcy mogą zakwestionować granicę Polski, jeśli nasz rząd będzie domagał się reparacji wojennych. Wszystko to składa się w niebezpieczną całość – dla Niemiec, temat odszkodowań za II wojnę światową nie istnieje, a jeśli będzie wciąż poruszany to Polska może spodziewać się nieprzyjemnych konsekwencji. Wystarczy przypomnieć sobie historię, aby dojść do wniosku, że Niemcy są gotowi na wszystko.

 



Amerykański sarkofag nuklearny na Pacyfiku pęka i może dojść do skażenia oceanu

Istnieje niebezpieczeństwo zatrucia Pacyfiku przez odpady radioaktywne pochodzące z prób jądrowych przeprowadzonych przez Stany Zjednoczone w latach 1946-1958. Zostało to ogłoszone podczas spotkania w stolicy stanu wyspiarskiego Fidżi w Suva. Informacje ujawnił António Guterres - Sekretarz Generalny ONZ.

 

Hildi Heinee, prezydent Wysp Marshalla, jest poważnie zaniepokojona tym, że istnieje ryzyko wycieku odpadów radioaktywnych, które zostały tam zatopione. Obecny stan betonowej kopuły cmentarzyska substancji radioaktywnych szybko się pogarsza.

 

Sekretarz generalny ONZ mówi o składowaniu około 85 tys. metrów sześciennych odpadów radioaktywnych pod betonową kopułą, zbudowaną przez Stany Zjednoczone w gigantycznym kraterze utworzonym na wyspie Runit (Eniwetok Atoll, Wyspy Marshalla) po próbie jądrowej w maju 1958 roku. Zrzucono tam skażoną ziemię i radioaktywne popioły z wielu innych wysp, na których Waszyngton wysadził ładunki jądrowe i wodorowe. Wszystkie te odpady zalano betonem o grubości warstwy zaledwie 45 cm.

 

Miejscowi nazywają to radioaktywne miejsce trumną nuklearną. W betonie odsłoniętym przez dziesięciolecia pojawiły się pęknięcia, które pod wpływem silnych tropikalnych cyklonów będą się powiększać. To z kolei może doprowadzić do całkowitego zniszczenia kopuły i wycieku radioaktywnych odpadów do oceanu.

 

„Wszyscy wiemy, że Pacyfik stał się miejscem destrukcyjnych testów jądrowych” - powiedział Guterres. „Konsekwencje tego były bardzo dramatyczne dla zdrowia ludzkiego i zatrucia wód oceanicznych”. Mieszkańcy regionu nadal potrzebują pomocy w eliminowaniu skutków testów jądrowych.

 

Od 1946 do 1958 roku Pentagon przeprowadził 67 testów broni jądrowej na ziemi, w powietrzu i z łodzi podwodnej na Wyspach Marshalla (tj. około jedna eksplozji raz na dwa miesiące).

 

W 1952 r. na atolu Eniwetok przeprowadzono pierwszy na świecie test broni termojądrowej. Najbardziej znany test o nazwie kodowej Bravo miał miejsce na tym samym atolu 01 marca 1954 r. Wybuchła wówczas bomba wodorowa o mocy 15 megaton, czyli tysiąc razy więcej niż moc bomby zrzuconej na Hiroszimę w sierpniu 1945 r. Radioaktywny popiół osiadł na powierzchni 7 tysięcy mil kwadratowych (ponad 18 tysięcy kilometrów kwadratowych). Według Ministra Zdrowia Wysp Marshalla, skażone miejsce pokryte były białą substancją proszkową. „Nikt nie wiedział, że były to opad radioaktywny i dzieci bawiły się w tej pianie”.

 

Wybuchy jądrowe spowodowały, że kilka wysp zostało dosłownie zniszczonych. Inne, według międzynarodowych ekspertów, prawie na zawsze pozostaną niezdatne do zamieszkania z powodu wysokiego poziomu promieniowania. Według rządu Wysp Marshalla śmiertelność z powodu raka jest jedną z najwyższych na świecie.

 

Prace nad wyeliminowaniem skutków wybuchów jądrowych i odkażenia terytorium rozpoczęły się w 1977 roku. Cztery tysiące żołnierzy amerykańskich wysłano na Wyspy Marshalla w celu zebrania i zmagazynowania 73 tysięcy metrów sześciennych radioaktywnej gleby. Prace nad stworzeniem nuklearnego sarkofagu na wyspie Runit zostały zakończone w przeciągu trzech lat. Sześciu uczestników tej operacji, na którą wydano 218 milionów dolarów, zmarło w trakcie pracy. Założono, że betonowy sarkofag stanie się tymczasową ochroną, dopóki nie zostanie wynaleziona bardziej niezawodna metoda usuwania odpadów jądrowych. Jednak w ciągu ostatnich czterdziestu lat nic nowego nie zostało wymyślone i zrobione w tej sprawie.

 

Według doniesień mediów wśród substancji radioaktywnych zakopanych na Runite są najbardziej niebezpieczne z nich, tj. pluton-239, którego okres półtrwania wynosi 24 100 lat. Eksperci twierdzą, że tylko dach nuklearnego sarkofagu jest wykonany z betonu, a jego ściany i dno są pochodzenia naturalnego. Dlatego nie mają wątpliwości, że woda morska przeniknęła już do wnętrza sarkofagu, a zniszczenie betonowej kopuły tylko pogorszy i tak już niebezpieczną sytuację. Tymczasem rząd Wysp Marshalla, który od 1986 roku pozostaje w wolnym związku ze Stanami Zjednoczonymi, nie dysponuje żadnymi środkami na wzmocnienie pokrywy trumny jądrowej.

 



Polacy wkrótce wybudują tor testowy Hyperloop

Prace nad polskim Hyperloopem trwają w najlepsze, a firma zaangażowana w rozwój tej rewolucyjnej technologii odnosi ostatnio same sukcesy. Pokaźny zastrzyk gotówki pozwoli na budowę pierwszego toru testowego kolei magnetycznej w Polsce.

 

Technologia Hyperloop zyskała duże zainteresowanie w wielu krajach świata, między innymi w Arabii Saudyjskiej, Dubaju, Chinach, Rosji, Stanach Zjednoczonych i niektórych państwach Europy. W wyścigu europejskim, firma Hyper Poland, skupiająca inżynierów z Politechniki Warszawskiej, ma nadzieję jako pierwsza wprowadzić superszybką kolej magnetyczną.

 

W zeszłym miesiącu, polska firma odniosła sukces, gdy uzbierała ponad milion złotych na brytyjskiej platformie crowdfundingu udziałowego Seedrs. Pieniądze te pozwolą wybudować model lewitującego pojazdu dla Hyperloop. Demonstrator zostanie zaprezentowany publicznie już w połowie 2019 roku.

 

Natomiast w zeszłym tygodniu, firma Hyper Poland pochwaliła się kolejnym, jeszcze większym sukcesem. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zapewniło dofinansowanie w wysokości aż 16,5 miliona złotych. Firma zamierza przeznaczyć te pieniądze na prace badawczo-rozwojowe i będzie mogła przyspieszyć wdrażanie technologii Hyperloop w Polsce.

Dowiedzieliśmy się również, że inżynierowie wybudują tor testowy w Żmigrodzie, niedaleko Wrocławia. Powstanie tam pełnoskalowy prototyp pojazdu oraz tor o długości ponad 500 metrów. To właśnie na nim, kapsuła zostanie rozpędzona do 300 km/h.

 

Warto dodać, że firma Hyper Poland jako jedyna na świecie opracowała technologię, która pozwala wprowadzić Hyperloop już na istniejącej infrastrukturze kolejowej. Pozwoli to znacznie ograniczyć wydatki na realizację tego pomysłu, gdyż nie będzie trzeba budować całej infrastruktury od podstaw. Dzięki dalszym modyfikacjom, kapsuły Hyperloop będą mogły osiągać prędkość do 600 km/h.

 

Hyper Poland chce docelowo wybudować sieć kolei magnetycznych, która połączy największe polskie miasta. Przykładowa podróż z Warszawy do Krakowa potrwa zaledwie 20 minut. Polski Hyperloop będzie można także połączyć z infrastrukturą w sąsiednich państwach i w bardzo krótkim czasie przedostaniemy się np. do Pragi czy Berlina. Kolej magnetyczna z pewnością będzie doskonałą alternatywą dla pociągów i samolotów.

 



Odkryto nowe powiązania między otyłością a nowotworami

Naukowcy dokonali przełomowego odkrycia, które rzuca nowe światło na związek pomiędzy otyłością a nowotworami. Badania naukowe dowodzą, dlaczego układ odpornościowy zawodzi, kiedy w organizmie zgromadzony jest nadmiar tłuszczu. Najnowsze odkrycie pozwoli na opracowanie nowych metod leczenia nowotworów u osób otyłych.

 

Niemal 2 miliardy ludzi na świecie zmaga się z otyłością. Prowadzi to nie tylko do zagrożenia nowotworami, lecz niesie za sobą ryzyko zachorowania na wiele poważnych schorzeń takich jak: cukrzyca typu 2, choroby układu sercowo-naczyniowego, czy poważne infekcje. Do tej pory nie zbadano dokładnie jaki wpływ na system odpornościowy ma otyłość.

 

Zespół naukowy, prowadzony przez profesor Lydię Lynch odkrył, że możliwości komórek układu odpornościowego zostają stłumione, a nawet zahamowane przez nadmiar tkanki tłuszczowej w organizmie. Komórki nowotworowe nadal są rozpoznawane przez układ odpornościowy, jednak zgromadzony w ciele tłuszcz utrudnia ich zwalczanie.

Dalsze badania pozwoliły ustalić możliwości leczenia – naukowcy byli w stanie „przeprogramować” komórki odpornościowe i przywrócić ich normalne działanie poprzez wstrząs metaboliczny.

 

Obecnie badacze pracują nad ogólnodostępnymi metodami przywracania sprawności układu odpornościowego. Lekarze apelują jednak, aby dbać o swoje zdrowie i starać się prowadzić aktywny tryb życia.