Zamknięcie kopalni w Turowie, wywoła katastrofę ekologiczną

Kategorie: 

Źródło: wikipedia

Wokół kopalni w Turowie toczy się coraz poważniejszy spór między Polską, Czechami i  Komisją Europejską. W grę nie wchodzi już jednak tylko polityka i kary finansowe, ale także bardzo realne zagrożenie ekologiczne.

Eksperci z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, którym przewodził prof. Marek Cała, postanowili oszacować jak duże zagrożenie dla środowiska, może stanowić natychmiastowe zaprzestanie pracy kopalni w Turowie.

 

Wyrobisko tej kopalni, trzeba odpowiednio przygotować pod kątem likwidacji. Wymaga to dużej ilości czasu. Jeśli zrobi się to zbyt szybko, konsekwencją będą katastrofalne i nieodwracalne skutki, w postaci znacznego pogorszenia warunków wodnych, które z kolei wywołają obniżenie wartości właściwości gruntów.

 

Doprowadzi to do pojawienia się ogromnych osuwisk na całym terenie wyrobiska i będącej ich skutkiem katastrofy ekologicznej. Nie będzie możliwe skuteczne odizolowanie popiołów z elektrowni od wód opadowych. Będzie to równoznaczne z pogorszeniem jakości wody w zbiorniku.

 

Natychmiastowe wykonanie nakazu strony czeskiej, uniemożliwi także ewentualne ponowne uruchomienie prac górniczych w tym miejscu. Skoro więc Unia Europejska tak bardzo dba o środowisko i klimat, to niech się zastanowi, czy jej działania wobec Polski na pewno są zbieżne z ideą dbania o ekologię.

Ocena: 

5
Średnio: 5 (1 vote)
Opublikował: Marcin Kozera
Portret użytkownika Marcin Kozera

Komentarze

Portret użytkownika BG1

O co chodzi z Turowem

O co chodzi z Turowem (ciekawa opinia) :

W Niemczech właśnie kończą się pierwsze 20-stoletnie umowy o odbiór energii z paneli od producentów indywidualnych. Te umowy w owym czasie opiewały na niebotyczne 45eurocentow za kW (sic!). Obecnie jest to kilkukrotnie mniej. Zbliża się nieuchronny krach dotacyjny panelowej energii w Niemczech. W ~2010-13 setki tysięcy paneli zamontowanych za naszą zachodnia granicą okazało się wadliwych. Ich żywotność ze względu na zastosowane materiały skrócona jest o połowę czyli ok 10 lat. i właśnie ich czas się kończy. I ktoś teraz musi zapłacić za te hojne umowy i buble. Uznano, że zrobimy to my, po prostu płacąc za odbiór drogiej niemieckiej "zielonej" energii. Tylko trzeba u nas wytworzyć dostateczny jej niedobór.

Portret użytkownika biatel

Gdyby nie hojne umowy sprzed

Gdyby nie hojne umowy sprzed 20 lat nie powstałyby żadne instalacje. Przykładowo w 2010 panel fotowoltaiczny kosztował ok. 1USD/Wp, a w 2020 było to 0,20USD/Wp. Inne elementy elektrowni fotowoltaicznej także zanotowały kilkukrotne spadki cen. Ten spadek cen jest wynikiem doskonalenia technologii głównie za niemieckie pieniądze, ponieważ to Niemcy w myśl (zdrowej, chorej, co kto uważa) polityki energetycznej przez kilkanaście lat były numerem 1 na świecie. W związku z tym:

- powinniśmy być wdzięczni Niemcom za ceny, które dzisiaj mamy;

- powinniśmy pamiętać, że fotowoltaika daje możliwość częściowego uwolnienia się od monopolu energetycznego państwa, podczas gdy poręczne domowe elektrownie na wiaderko węgla, chrustu, czy czegokolwiek co da się samemu ukopać jakoś przez ponad sto lat nie powstały;

- powinniśmy wiedzieć, że obecnie Niemcy płacą kupę kasy za akumulatorowe magazyny energii, które są kolejnym kamyczkiem w kierunku uniezależnienia się od państwa i spadek ich cen znowu w dużym stopniu będziemy zawdzięczać niemieckim pieniądzom.

Niemiec, który 20 lat temu zakladał na dachu elektrownię produkującą prąd w bardzo drogiej taryfie gwarantowanej i tak ze swoją decyzją wyglądał wobec sąsiadów na kamikadze uwzględniając ceny, jakie musiał wybulić za instalację w tamtym czasie. Ponadto koniec taryfy gwarantowanej nie oznacza konieczności demontażu i wyrzucenia instalacji, wiele z nich będzie nadal produkować prąd przez kolejne 5-10 lat, oczywiście po niższej stawce. I ostatnia sprawa - używane niemieckie panele to zupełny margines - nikt ich nie chce, nikt ich nie kupi i nikt ich nie zainstaluje poza osobami, które całkowicie pobłądziły. W Polsce, tak jak na całym świecie królują nowiutkie chińskie panele.

Portret użytkownika Wungiel

Będę to powtarzał do usranej

Będę to powtarzał do usranej śmierci - panele fotowoltaiczne oparte o monokryształy i polikryształy z domieszkowanego krzemu nie mają prawa się zwrócić. Nie i koniec!

Po pierwsze - technologia produkcji jest droga, wyciąganie monokryształu metodą Czochralskiego, to już technologiczny hi-end i mało kto to robi. Polikryształy są tańsze, ale nadal drogie, za to dają dużo mniej prądu.

Po drugie - na skutek takiego zjawiska jak przepływ prądu wstecznego, szczególnie w tak zwanych "hot spotach" czyli zakrytych, na przykład przez ptasie gówno, fragmentach panela półprzewodnik bardzo szybko traci wydajność - trwale. Jak mnie uczyli o fotowoltaice na studiach, to się szacowało żywotność takiej instalacji na 15 lat - przy najlepszych technologiach. Potem to złom...

Po trzecie - ogniwa fotowoltaiczne nie znoszą wysokich temperatur. Takich jak na przykład na skierowanym na południe dachu w typowym domku w naszym kraju - w lecie, kiedy uzyski są jako takie. Skutki przegrzania - takie jak w punkcie poprzednim.

Po czwarte - i najważniejsze - żadna sieć dystrybucyjna, gdziekolwiek na świecie (a nasza wbrew pozorom nie jest taka cieńka) nie zniesie niezbilansowanych mocy - już nawet nie na zasadzie, że raz świeci a raz nie, bo wyszła chmurka, ale w bilansie dobowym choćby. Przez to niestety generatory w elektrowniach tracą synchronizm i pojawiają się różne ciekawe zjawiska, jak asymetria faz albo wyrąbane w kosmos napięcie u odbiorców. Inwerter w instalacji PV musi podnieść napięcie, żeby wypchać prąd do sieci - ot czysta elektrotechnika. Normą jest, że dystrybutorzy na wyjściu z trafa SN/NN dają tak 240V, żeby na końcach linii było normowe 230V+-10%. Przez PV w sieci często bywa ponad 250V. Norma mówi o 253V, ale coniektóre bałwanki przestawiają inwertery tak, że pchają do 260V - taki problem miałem u siebie, z sąsiadami. Nie muszę dodawać, że przez wyższe napięcie moje odbiorniki żrą więcej prądu, ale nie zawsze działają wydajniej a w większości przypadków ten nadmiar idzie w straty - przez co defacto jestem zmuszony do zakupu "zielonego prądu" czy chcę, czy nie a i tak mam z niego parę w gwizdek.

Dlaczego o tym piszę? Bo cała ta zielona transformacja to jedno wielkie babci sranie. Nie ma takiej możliwości, żeby zredukować emisję i zastąpić energetykę zawodową tym całym zielonym fajansem. Ci co to sprzedają i forsują - dobrze o tym wiedzą, wiedzą też jakie będzie to miało skutki dla systemów energetycznych - opłakane. Chodzi wyłącznie o pozbawienie nas taniej energii - kolejny etap agendy 2030. No niestety, jeżeli ta cała "transformacja" będzie tak wyglądać, to czuję, że niedługo ceny lamp naftowych i świeczek pójdą w górę... Chociaż wróć, to przecież węglowodory, też nie można...

Dlatego nie mam najmniejszych wątpliwości, że plan ubicia tej jednej elektrowni, a potem kolejnych oraz wydobycia węgla - to jest świadoma i doskonale skalkulowana akcja zrobienia w naszym kraju gospodarczej rozpierduchy...

Sentimus experimurque, nos aeternos esse.

Portret użytkownika biatel

My Polacy uwielbiamy martwić

My Polacy uwielbiamy martwić się niedolą innych. Mamy w polsce obecnie ok. 5,5GWp w fotowoltaice i codziennie można przeczytać, że nasz system tego nie zniesie. Niemcy mają 56GWp i mówią o szybkim dotarciu do 100GWp. Nie, Niemców nie jest 380 milionów. Więc może zamiast ubolewać jak im musi być z tą fotowoltaiką źle lepiej zastanowić się jak oni z tym żyją. Naprawdę warto, bo to pierwszy krok do częściowego złamania monopolu państwa, a jak dodać do tego kolejny (skądinąd chory, ale i tak tego nie zawrócimy) nurt elektryfikacji samochodów, to i paliwo można wytworzyć na dachu.

A w kwestii samych PV. Czasy się zmieniają i technologie też są doskonalone. Zwrot energetyczny następuje po mniej więcej 1,5 roku (panele przez 1,5 roku produkują w naszej szerokości geograficznej energię zużytą do ich wyprodukowania i transportu z Chin). Wysokie temperatury to faktycznie problem, ale sporo na południe od Polski. Trwałość w technologii monokrystalicznej przekracza dzisiaj 25 lat, a deklaracje jak niżej nie są rzadkością (o ile firma będzie istniała...). Przekraczanie 253V oczywiście należy tępić surowo, ale często ustawienie falownika w tryb kompensacji mocy biernej eliminuje problem napięcia, przy nieco mniejszej produkcji.

Portret użytkownika Wungiel

Spadaj stąd oszuście -

Spadaj stąd oszuście - naciągaczu od reklamy ogniw! I nie kłam tak perfidnie!

https://businessinsider.com.pl/firmy/fotowoltaika-zapchala-siec-wytworcow-energii-czekaja-masowe-wylaczenia/fhmxeyk

Większość Niemców ma instalacje z magazynem energii - to zmienia postać rzeczy z punktu widzenia sieci i rozwiązuje problemy z bilansem mocy, ale dramatycznie podnosi koszt instalacji! Co gorsza eskaluje ten ich ukochany "ślad węglowy". Z czego się robi te magazyny? No z ołowiu... albo z litu... Wiesz ile kosztuje produkcja?

Żaden panel nie wytrzyma 25 lat. Po prostu łgasz naciągaczu. Technologia się nie zmieniła. 

Nie ma szans, żeby instalacja zwróciła ci się za 1,5 roku - łgasz oszuście bezceremonialnie. Dobrze by było, żeby chociaż za pięć lat mieć zwrot o co i dzisiaj trudno przy chorym rynku energii.

https://www.youtube.com/watch?v=ycQXMm4sKwE

No i po co piszesz o problemie zawyżania napięcia w sieci - jak i tak wszyscy to robią i mają w dupie normy i przepisy.

Sentimus experimurque, nos aeternos esse.

Strony

Skomentuj