Naukowcy mogą ukrywać prawdę o sytuacji w Yellowstone

Kategorie: 

Źródło: dreamstime.com

Coraz więcej osób na świecie uważa, że Stany Zjednoczone przygotowują się na jakąś wielką katastrofę. Świadczą o tym zakrojone na szeroką skalę przygotowania. Jedna z najbardziej prawdopodobnych katastrof zagrażających Ameryce to erupcja Yellowstone. Właśnie pojawiły się nowe informacje na ten temat.

 

Co jakiś czas dowiadujemy się, że przewidywania odnośnie wielkości rezerwuaru magmy znajdującej się pod tym superwulkanem są wysoce niedoszacowane. Specjaliści z University of Utah właśnie poinformowali, że wielkość rezerwuaru magmy pod Yellowstone jest dwukrotnie większa niż dotychczas sądzono. Co ciekawe, mniej więcej dwa lata temu również stwierdzono to samo, zatem ostatnie ustalenia wskazują na to, że magmy pod Yellowstone jest cztery razy więcej niż uważano jeszcze dekadę temu.

 

Wiele osób w USA twierdzi, że tamtejszy rząd zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda naprawdę sytuacja w Yellowstone, ale jest to ukrywane, aby nie wzbudzić paniki. Jak gdyby wpisując się w te oczekiwania wspomnieni powyżej naukowcy z Utah gorliwie zapewniają, że co prawda magmy jest znacznie więcej, to największe zagrożenie sprawia ryzyko dużego trzęsienia ziemi, a nie erupcji. Czyżby?

 

Dane geologiczne wskazują na to, że Yellowstone wybuchł 2 miliony lat temu, 1,3 miliona lat temu a ostatnio 630 tysięcy lat temu. Wszystko wskazuje więc na to, że superwulkan może rozpocząć erupcję jutro, albo za 20 tysięcy lat, jak chcą amerykańscy specjaliści z Geological Society of USA. Jednak symulacje z wykorzystaniem modeli komputerowych wskazywały niekiedy, że następna katastrofa może się zdarzyć do 2075 roku.

Takie modele mają jednak to do siebie, że ich dokładność zależy od stopnia skomplikowania i prawidłowości w założeniach odnośnie efektów pewnych zdarzeń. Trudno uwierzyć w to, że USA wie, kiedy dokładnie wybuchnie ten wielki wulkan, ale biorąc pod uwagę fakt, ze jest to jedno z najbardziej opomiarowanych miejsc na świecie można podejrzewać, że bacznie się mu przyglądają. Pojawia się tu pytanie czy gdyby zanotowano ewidentne dowody na zbliżającą się erupcję poinformowano by o tym ludzi?

 

Można w to wątpić, bo szybko okazałoby się, jakie jest zagrożenie i na terenie większości USA zapanowałaby anarchia. Czy to możliwe, że FEMA szykuje się na taki scenariusz? Oczywiście, że tak. Większość ludzi żyje jak owce na pastwisku beztrosko zajadające trawy i nieprzejmujące się niczym poza następnym dniem. Takich prostych zjadaczy chleba najłatwiej poświęcić, bo inaczej stają się kłopotem.

 

Gdyby doszło do erupcji Yellowstone ilość wyemitowanego materiału wulkanicznego byłaby wystarczająca do pokrycia całego USA piętnastocentymetrową warstwą popiołu. Do atmosfery dostałoby się tysiące kilometrów sześciennych rozmaitych gazów, najczęściej związków siarki. Być może byłoby to spełnienie marzeń dla ekologów walczących z tak zwanym globalnym ociepleniem, ponieważ wyemitowane do stratosfery substancje pokryłyby ziemię prowadząc do tego, że Słonce byłoby obecne tylko w prześwitach, co zdecydowanie obniżyłoby temperatury na świecie.

 

Taki katastroficzny scenariusz oznaczałby również wielkie zmiany na Ziemi. Po prostu okres zaciemnienia i padające kwaśne deszcze spowodowałby wymarcie wielu gatunków roślin i zwierząt i z dużym prawdopodobieństwem przetrzebiłby ludzkość.  Coś na kształt nuklearnej zimy spowodowałoby, że średnia temperatura na Ziemi wyniosłaby okresowo nawet-25 stopni Celsjusza. Potem należy się spodziewać normalizacji sytuacji, bo po poprzednich erupcjach superwulkanów również wszystko wracało do normy.

 

Jak można przeczytać w brytyjskim wydaniu pisma Focus, rządy innych krajów są świadome zagrożenia i podobno wysyłają do Yellowstone najlepszych specjalistów, którzy jednak mogą jedynie potwierdzić lub zaprzeczyć realności tego zagrożenia. Ludzkość nie może zrobić zupełnie niczego, aby się przed tym uchronić. Jedyne kroki zaradcze, jakie można przedsięwziąć sprowadzałyby się do drążenia schronów i gromadzenia żywności oraz wody.

 

Biorąc pod uwagę, że okres takiego katastrofalnego oziębienia i wymierania mógłby potrwać nawet dekadę, wydaje się mało prawdopodobne, aby zwykli ludzie byli w stanie jakoś to przetrwać. Ten kataklizm jest nieunikniony, ale pozostaje mieć nadzieje, że nie dojdzie do tego za naszego życia.

 

 

Źródła:

http://www.nature.com/news/large-magma-reservoir-gets-bigger-1.14036

http://www.ibtimes.co.uk/articles/517906/20131029/lava-reservoir-molten-rock-beneath-yellowstone-twice.htm

http://moymir2.ru/jelloustoun/

 

Ocena: 

4
Średnio: 4 (1 vote)



Komentarze

Portret użytkownika MarcinW

Nawet jeżeli wybuchnie to

Nawet jeżeli wybuchnie to szkody będą takie same jak w przypadku zwykłego wulkanu, wielkość krateru nic nie znaczy liczy się ciśnienie pod powierzchnią, w najgorszym wypadku pojawi się tam jezioro lawy, na spektakularne wybuchy bym nie liczył.

Portret użytkownika zibi1973

Wiesz domel nie musi

Wiesz domel nie musi asteroida uderzyć w yellowston wystarczą trzęsienia ziemi,a ich nie mało,kopa pilip powinienneś sobie dać sam  ale nie dasz rady weż krowe,ja nie wróże z fusów a z faktów,trzęsienia ziemi nonstop atakują ziemie i to pobudzi wreście tego kolosa a z tymi głupotami co pisałeś że cały czas były wybuchy wulkanów ,trzęsienia ziemi i itd bywały ale takim atakiem wszystko na raz weż sie obudż i nie oglądaj za dużo tvn 

Portret użytkownika teoria spisku

Witajcie. Jeżeli już

Witajcie. Jeżeli już zaczęliście czytać ten wpis to chciałbym abyście go przeczytali do końca. Chciałbym bardzo poważnie podyskutować z wami na jeden temat. Mianowicie ostatnio dużo słychać o Asteroidach, o dziwnych działaniach rządu USA, o bankructwie USA. Zanim przejdę do konkretów chciałbym abyście się zapoznali z tym artykułem: http://www.koniec-swiata.org/bazy-wojskowe-czy-gigantyczne-schrony-co-znajduje-sie-pod-ziemia/#comment-2361   oraz z artykułem obok o Snowdenie i rzekomym zagrożeniu nadchodzącemu ze Słońca. Jeżeli już się zapoznaliście to przejdę do sedna sprawy. Mianowicie wyobraźcie sobie sytuację: oglądacie telewizje, nagle prezydent Obama wygłasza orędzie do narodu w którym informuje że za 4 dni dojdzie do globalnej katastrofy w której zginą miliardy ludzi. Następnie prezydent Komorowski ogłasza że na terenie Polski znajdują się schrony w których można "przechować" (załóżmy) 2 mln Polaków. Czy w takim wypadku gdyby to wy byliście byli tymi wybranymi z całym przekonaniem zaufalibyście polskim władzom i weszlibyście do tych schronów. Oczywiście jest wariant pierwszy - mianowicie oni (elity) rzeczywiście chcą aby jak najwięcej osób przeżyło. Wariant drugi jest zupełnie inny i bardzo drastyczny. Mianowicie zakładam że słyszeliście o takim czymś jak New World Order. Wpisując tą fraze w google od razu wyskakuje wikipedia w wersji polskiej i piszę tam o takim czymś jak zamykanie ludzi w obozach, czipowanie itp. Tak więc wariant drugi brzmi: elity wymyśliły rzekome zagrożenie aby pozbyć się milionów czy miliardów ludzi. Na pewno słyszeliście o depopulacji oraz o zmniejszeniu liczby ludności planety do 500 mln. Oczywiście to może działać w dwie strony: elity zamykają w obozach tych którzy mają zginąć a na Ziemi zostają ci któzy mają przezyć lub na odwrót elity chowają się w schronach podczas gdy na Ziemi przy pomocy np. broni biologicznej zabijają miliardy ludzi. Chodzi mi też o to czy wierzycie w NWO? Czy nie uważacie że może to być mistyfikacja stworzona dla odwrócenia uwagi od rzeczywistego zagrożenia płynącego z Kosmosu? Według mnie zbyt dużo w internecie jest o NWO i wcale strony o tym nie są cenzurowane. Filmów na youtube są tysiące. Oczywiście z drugiej strony to co powiedział Snowden i to co powiedzą władze USA (np.w Ziemie uderzy Asteroida) może być mistyfikacją. Naprawde wierzycie że elity świata są tak bezwzględne żeby wymordować miliony ludzi? Co o tym sądzicie? Wiem że dość ostro pocisnąłem. Może to troche śmieszne co napisałem ale nie chciałbym żeby osoby to komentujące pisały nieodpowiednie komentarze czy wyśmiewały mnie. Chciałbym żeby możliwie jak najwięcej osób to skomentowało i żeby komentarze były konkretne. Jeżeli ktoś ma konto tutaj to wariantowi pierwszemu niech da plusa a wariantowi drugiemu minusa tak żebym wiedział co sądzą o tym osoby zarejestrowane. Dodam że czytam wasz portal od dawna, wchodze tu codzień i naprawde dowiaduję się rzeczy o których na portalach, nazwijmy to "informacyjnych" nigdy bym się nie dowiedział. Pozdrawiam.

Portret użytkownika MISTRZ MORFEUSZ

 mysle ze to zadurzo zachodu

 mysle ze to zadurzo zachodu lepiej wirusa wwypuscic i kontrolowac.poco wymyslac lek na raka .musle ze ta depopulacja to troche sciema.ale jesli ma juz dojsc do jakiejs katastrofy to moze pochowaja sie ci nabardziej przydatni ,a reszta do piachu .ja widze taki scenariusz .i niebedzie zadnego oredzia do narodów.jak ktos dostanie bilet do schronu pod warunkiem ze nie sypnie to niesypnie .kto wie czy jak cos sie zbliza do ziemi to sie niechowaja po bunkrach i wychodza po czasie liczac nato ze liczba ludnosci sie zmniejszyla o 90 procent przezmeteoryt   jak u rosjan.

Portret użytkownika Alicja A.

NWO - nowy porządek świata -

NWO - nowy porządek świata - to nieustanny proces towarzyszący ludzkości od początku jej istnienia, który można określić jako kreujące się novum zmieniające status quo rzeczywistości obejmujący zmiany w kulturze, nauce, religii, etyce, etc. będący wynikiem odkrywania i łączenia nowej wiedzy.
Człowiek zawsze z obawą spogląda na nowe, cechuje nas inercja tj. przychylamy się do tego co znamy a tym bardziej im dłużej owe znane jest wplecione w nasze życie np: obyczaj, tradycja.
Novum poddawane jest nieustannej krytyce do czasu aż spowszednieje, czasami trwa to lata, czasami dekady nierzadko potrzeba  przeminięcia kilku pokoleń by novum spowszedniało i okrzepło.
Krytyka novum może przybierać różne formy od ignorancji po bezpardonową walkę, novum przypisywane są wszelkie możliwe pejoratywne cechy by negatywny wizerunek usprawiedliwiał czasami drastyczne postępowania w walce z novum.

Obecne czasy muszą zmierzyć się z naturalnym łączeniem grup w większe struktury (gromada -> plemię -> kraj -> unie) to tzw. globalizacja, która wprowadza novum w wielu aspektach życia jednostki jak i złożonych struktur takich jak kraje, novum wypierając dotychczasowe formy kształtujące społeczeństwa spotyka zrozumiały opór. Bez trudu znajdziemy informacje przedstawiające globalizację w negatywnym świetle, ale czy przedstawimy globalizację negatywnie czy w superlatywach - nie ominie nas zmierzenie się z postepującymi zmianami.

Czy krytyka novum jest uzasadniona? Jak każda krytyka gdy posiada racjonalne podstawy - owszem, nie jest tak, że każde novum jest lepsze od istniejącego stanu rzeczy, lecz novum jak wszystko inne podlega również zmianom, zmianom które wprowadzają sami ludzie by wydobyć z tego jak najwięcej korzyści. Każde novum niesie ze sobą i dobre i złe następstwa swojej kreacji, ale jest w nas potencjał by złe przekuwać na dobre a dobre  optymalnie wykorzystywać.

NWO - jako negatywne ujęcie obecnych zmian, jest podatne na eskalację, wyolbrzymienie negatywnych aspektów zmian lub zmian, które negatywne nie są ale nie zgadzamy się aby zastąpiły teraźniejszość. Tak pojęte NWO  chłonie wszelkie, nieprawdobodobne czasami niedorzeczne informacje (teorie spiskowe), które wzmocnią negatywny wizerunek jaki kreują o novum. Informacje te są złożone, po części zawierają prawdę po części rzeczy wymyślone a niektóre nagięte na własne potrzeby, tak że nie jesteśmy w stanie danej teori przypisać całkowitej prawdy lub całkowitego fałszu, co może być wykorzystane w obie strony.

NWO - to zmiany w pojmowaniu kraju jako najwyższej, najbardziej złożonej struktury - wchodzą nowi gracze tacy jak unie czy korporacje - bezpaństwowe, beznarodowe twory o niskiej liczebności członków w stosunku do krajów ale o wysokim a nawet wyższym generowanym dochodzie niż niejedne państwa.

Dotychczasowe kim jestem? - Polakiem, Niemcem, Anglikiem - przestaje mieć kluczowe znaczenie, narodowość jako określenie siebie w novum przestaje mieć kluczowe znaczenie - kolejny aspekt, który może wywoływać opór.
Wszystkie rzeczy i prawa jakie przynależały państwu stopniowo przejmowane są przez nowe bardziej złożne struktury, dotykają wszelkich spraw kulturowych, ekonomicznych, gospodarczych z którymi musimy się zmierzyć, my wszyscy zarówno niepoprawni optymiści jak i niepoprawni sceptycy.

 
 

Portret użytkownika zibi1973

Do półtorej roku daje i będą

Do półtorej roku daje i będą te efekty a świat zamilczy,europy nie ominą kłopoty,zima cały rok na o koło ,ziemia będzie w takim kokonie, oszroniona ,tak wygineły dinozaury i przyszedł ten czas,jak dotąd 389 wulkany wysadziły w trzech latach w stecz i cały czas się budzą nowe co rozbłysk to wulkan itd ,ziemi już nie ma to kwestia czasu

Portret użytkownika pilip

"ziemi już nie ma to kwestia

"ziemi już nie ma to kwestia czasu" skoro ziemi już dla ciebie nie ma... to może kopalawdupala co byś się w te migi znalazl w kosmosie i więcej bzdetów nie pisal, co?:)
 
wulkany wybuchają od zawsze, więc sie podniecac tak nie musisz Smile kiedyś o tym po prostu ludzie nie wiedzieli poprzez ograniczony dostęp do informacji i żyli, a teraz?artyykuł o "wybuchu" wulkanu(bądź każde inne zjawisko występujące na ziemi po raz pierwszy!!) i już stado podjaranców musi pisac swoje "mądrości", że to zwiastuje koniec świata. Wybuchy wulkanów, rozblyski sloneczne, trzęsienia ziemi, wszelkie tajfuny huragany cyklony,zmiany klimatu, meteoryty itd itp. towarzyszą ziemi od początku(lub prawie od początku) jej dziejów. wszystkie te zjawiska występowały w dużo większym "nasileniu", niż to co możemy obserwowac obecnie, a jakoś wciąż planeta Ziemia istnieje. Nie sądzę, że nie może nam się przytrafic cos cobyśmy nazwali "koncem swiata" bądź "katastrofą na skale globalną"  bo patrząc na historię naszej planety jest to po prostu pewne, ze prędzej czy pozniej "cos" sie wydarzy a komentowanie każdego "newsa ze zmian na ziemi" jako zwiastun konca swiata jest po prostu smieszne. Nie jest wam głupio? Że niektórzy z was wypisują takie brednie od paru lat i jakoś dalej żyjecie mimo tego, ze chyba nie chcecie zyc, skoro czekacie na ten "koniec"? Jak to jest? 

Portret użytkownika biedulka

hehe... nowożytny

hehe... nowożytny Nostradamus:D
a tak powaznie.... aby Ziemia mogła żyć dalej należy ogniem wypalić zamieszkiwujące nią "wirusy".... może to być uczynione ogniem z wulkanów bądż ogniem z asteroid.... nie ma innego wyjścia dla Ziemi.
 

Portret użytkownika MISTRZ MORFEUSZ

 NAUKOWCY KŁAMIĄ!!!!! W

 NAUKOWCY KŁAMIĄ!!!!! W następstwie serii zdarzeń, do których „miało” dojść 16 marca 2003 roku, udało mi się w końcu przeprowadzić bezpośrednią rozmowę z astrofizykiem Jamesem McCanneyem.
Rick Martin: Zanim zaczniemy, chciałby zapytać, co pan myśli o badaniach drą Aleksieja Dimitriewa? Czy zgadza się pan z tym, co on głosi?
James McCanney: Tak. Dimitriew jest eksperymentatorem, a częściowo fizykiem teoretycznym, jednak głównie naukowcem obserwatorem, naukowcem specjalizującym się w badaniu atmosfery. Jest tym, który odkrył tornada na Słońcu i cały szereg innych zjawisk. Opowiadał o próżni i o tym, co zmierzyli w atmosferze, no i o innych rzeczach w kosmosie, których w zasadzie nie umieli wytłumaczyć. Mierzyli je, ale nie wiedzieli, o co chodzi. No i kiedy dostali moja prace, stwierdzili: „To wyjaśnia wszystko, co zaobserwowaliśmy”. Tak więc, o to właśnie chodziło. Był kierownikiem zespołu, z którym współpracowałem w latach dziewięćdziesiątych w Rosji. Potem, około roku 2000, wkroczyła tam NASA [National Aeronautics and Space Administration - Narodowy Zarząd Lotniczy i Kosmiczny]. Było to oczywiście wtedy, gdy Rosja nie miała pieniędzy. Ludzie zarabiali tam po 75 dolarów miesięcznie i usiłowali publikować swoje prace za własne pieniądze. Te) było wręcz niedorzeczne. No j wkroczyła tam NASA i zaczęła pompować w nich pieniądze, lecz zastrzegła: „Jeśli będziecie dalej nauczali tego, co głosi McCanney, nie dostaniecie ani grosza”.
Martin: Czy ma pan jakąś teorię lub informacje dotyczące tego, kto w NASA stoi za tak diabolicznym ukrywaniem wiedzy?
McCanney: Tak, to oczywiste, wiem to od dawna. To kontrola przestrzeni kosmicznej.
Martin: Czy może pan mówić na ten temat?
McCanney: Oczywiście. NASA to zbiorowisko naukowców. Tak przynajmniej zwykliśmy o niej myśleć – inżynierowie, którzy zbudowali pojazd kosmiczny itd. NASA należy do NSA [National Seeurity Agency - Agencja Bezpieczeństwa Narodowego] i pozostaje pod jej zarządem. Nad NASA jest pewna grupa, która ją kontroluje. Daniel Goldin, który dołączył do NASA w latach dziewięćdziesiątych, przyszedł z CIA z zadaniem utajnienia lub przynajmniej ograniczenia dostępu do NASA. Kiedy pojawił się tam, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było zmuszenie wszystkich, zarówno kierownictwa, jak i pracowników niższego szczebla oraz współpracowników z zewnątrz, którzy pracowali na rzecz NASA, do podpisania typowego dla NSA oświadczenia o zachowaniu w tajemnicy wszystkiego, co dotyczy ich pracy w NASA. NSA jest elementem rządu nad rządami. Jeden Ogólnoświatowy Rząd już istnieje i to wszystko dotyczy głównie tego.
Martin: Czy kryją się za tym jezuici?
McCanney: Jezuici? [śmieje się]. Watykan ma duży udział w ogólnoświatowym rządzie i jest w tym jakaś część prawdy. Chodzi tu o ogólną sytuację na świecie i dosłownie setki rodzin, które są z tym związane. Są bardzo bogaci, są we wszystkich krajach świata, rządzą polityka, pieniądzem i bankami. To duża sieć i wielu ludzi.
Martin: Zamierzałem nawiązać do nazistów, o to mi chodziło.
McCanney: Tak. Wielu ludzi z administracji Busha to potomkowie nazistów lub tych, którzy pomagali nazistom. Zdają sobie sprawę, że kosmos jest ostatnim źródłem zasobów naturalnych. Kontrola kosmosu jest głównym zagadnieniem, na którym się koncentrują. To ich ostateczna linia obrony.
PLANETA „X” l TOWARZYSZĄCE JEJ KOMETY
Martin: Czego boi się NASA w odniesieniu do wiedzy o planecie „X”? Czy ma to jakiś związek z Sumerami i Annunakami? A może chodzi o coś innego?
McCanney: Osobiście tego nie twierdzę, ale wiedza o tym, że istnieje to „Coś Wielkiego”, co regularnie się pojawia, jest bardzo stara. To cześć tajemnicy utrzymywanej na bardzo wysokim szczeblu w tych grupach, takich jak Watykan. Chodzi o to, że pierwszą rzeczą, jaką zrobił Watykan po pojawieniu się komety Hale-Boppa, było zbudowanie światowej klasy obserwatorium w Arizonie i przekazanie go astronomom. Pewnie zastanawia się pan po co? Potem zbudowali jeszcze jedno. Najbardziej interesujące było to, co nastąpiło, kiedy kometa Hale-Boppa odleciała – myśleli, że to właśnie to „Coś Wielkiego”.
Wróćmy jednak do roku 1991. Kometa Hale-Boppa została oficjalnie odkryta w roku 1995 przez Alana Hale’a z Nowego Meksyku oraz Japończyka nazwiskiem Bopp. Obaj odkryli ją tej samej nocy, wiec nazwano ją od ich nazwisk.
Jest dla mnie jasne, jeśli spojrzy się na moje notatki o Harringtonie, że jedną z rzeczy, którą on obserwował, musiała być kometa Hale-Boppa. Jej jądro było ogromne. Powodem, dla którego NASA z miejsca ograniczyła dostęp do tych informacji, kiedy zdała sobie sprawę, że ktoś umieścił część z nich w Internecie, było to. że pierwszy lepszy astronom, taki jak na przykład ja. wiedziałby, mając do dyspozycji nawet tak mały zasób danych, jak określić masę jej centralnego jądra.
Służy do tego niewielkie równanie. Używają go cały czas dla określania mas gwiazd centralnych, kiedy występują ich wahania – mogą wtedy określić promień ciała, które orbituje wokół takiej gwiazdy. Tak więc, wystarczy tylko znać okresu obrotu i promień orbity obiektu krążącego wokół większego ciała. Znając oba parametry, można obliczyć masę obiektu. Wystarczy niewielkie równanie z zakresu mechaniki ciał niebieskich.
Dysponując zatem niewielką informacją, która jest di w Internecie, każdy może obliczyć masę komety Hale-Boppa, dowodząc, że ma ona rozmiary porównywalne z planetą i że się zbliża.
Jeszcze jedna sprawa… W roku 1991 to, co zobaczył Harrington, to były dwie rzeczy: kometa Hale-Boppa i coś jeszcze, coś znacznie większego, co się za nią kryło. Planeta X. Przynajmniej ja tak uważam. W roku 1991 kometa Hale-Boppa była na kursie kolizyjnym z Ziemią. Wystarczyło kilka zdjęć, aby wytyczyć jej orbitę, i okazało się że jest ona niemal na kursie kolizyjnym z Ziemią.
Martin: Nic dziwnego, że był taki raban.
McCanney: I to potężny. Kiedy już się rozniosło, o co chodzi, zadzwoniłem do Ośrodka Kosmicznego Goddarda [Goddard Space Center] i zapytałem ich sekretarkę: „Co się dzieje? Słyszałem o tej komecie…” A ona na to: „Mój Boże, to jest wielkie!” Z początku pomyślałem, że chodziło jej o to, że to nowość, wielka wiadomość. W rzeczywistości miała na myśli jej rozmiary porównywalne z rozmiarami planety. Cały czas ją śledzili.
Widzi pan, w tym miejscu zaczyna się podział, bo właśnie dopiero wtedy wielu naukowców, nawet z Ośrodka Goddarda, dowiedziało się o tym. Tymczasem śledzono ją już od roku 1991, a możliwe że jeszcze wcześniej. Harrington też ją odkrył, ponieważ z jego zapisków z roku 1991 wyraźnie widać, że wiedział, gdzie skierować wzrok, aby ją zobaczyć.
A jak wiadomo, dawno temu… jeden z towarzyszy Nibiru dokonał potężnych zniszczeń na Ziemi.
Martin: Towarzyszy?
McCanney: Tak. towarzysz. Ten, który stał się później Wenus. Velikovsky[1] miał rację, twierdząc, że Wenus była kiedyś ogromną kometą, która przedzierała się przez układ słoneczny i została przechwycona przez pole grawitacyjne Jowisza, zaś po około 600 latach od momentu przechwycenia zbliżyła się do Ziemi, po czym ustabilizowała się, stając się planetą, jaką dziś znamy.
Otóż kometa Hale-Boppa była tu około 4200 lat temu. W tym samym czasie Jowisz przechwycił Wenus. Oba obiekty były mniejszymi towarzyszami Nibiru. Dlatego nie chcieli, aby ktokolwiek dowiedział się o towarzyszu komety Hale-Boppa, bo wiedzieli, że jest on na kursie kolizyjnym z Ziemią, wiedzieli również, że jest to towarzysz większego ciała, które było przyczyną wszystkich problemów. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że kometa Hale-Boppa też była jednym z jego towarzyszy. Teraz, kiedy nadchodzi niszczyciel, to Coś Wielkiego, Nibiru, towarzyszy mu ich cała świta.
Martin: Zgaduję, że kometa NEAT jest jednym z członków tej świty?
McCanney: I w tym właśnie rzecz. Kiedy kilka tygodni temu stanęliśmy przed nawałą tych komet, ani razu nie wspomnieli o komecie NEAT, C-2002/VI. Najwyraźniej wszystko to zbliża się od strony południowej półkuli.
Wtedy Harrington oczywiście wiedział bardzo dobrze, gdzie ona była. i to z powodu, który już podałem. Warto zauważyć, że kiedy historia Harringtona ujrzała światło dzienne, rząd próbował wystosować oświadczenie poprzez niektórych astronomów, którzy występują w radiu, tych od dezinformacji, którzy oświadczyli: „No cóż, na podstawie nowych danych dokonaliśmy korekty mas tych planet i możemy stwierdzić, że panujemy nad sytuacją”.
Rzecz w tym, że, to, iż widzimy, że te planety [Uran i Neptun] są „ściągane w dół”, niczego nie załatwia. To daje tylko korektę ich położenia w płaszczyźnie planet [ekliptyce]. Ten obiekt był wystarczająco duży już wtedy, w roku 1991, żeby ściągać Urana i Neptuna z ich orbit. Jest aż tak wielki!
Rozumie więc pan obawy dotyczące tego towarzysza. Oni wszyscy wiedzą, również Watykan, że to właśnie towarzysz był przyczyną zniszczeń ostatnim razem. No i potem ten towarzysz stał się Wenus. To, czego nie rozumieją, to to, że jest bardzo trudno opracować ich orbity i NASA uczy się tego z wielkim trudem. Nie udało się im przewidzieć trasy Hale-Boppa, ponieważ zmieniała się codziennie. To była jedna ze spraw, jaką zajmowaliśmy się w Grupie Millenijnej – śledzenie dziennych zmian jej orbity na rządowych stronach efemeryd[2].
Martin: Czy kometa NEAT była niespodzianką? Czy pojawiła się nie wiadomo skąd, czy też spodziewali się jej? McCanney: Nie. Kometa NEAT to kolejne wielkie jądro wielkości planety, co najmniej wielkości Księżyca, a może i większe. NASA wiedziała, że się zbliża. Prawdopodobnie zaobserwowali ją już wiele lat temu jako część zbliżającej się nawały, którą uważam za część świty Planety X. Nie chcieli, aby ktokolwiek się o tym dowiedział, z prostego powodu – wiedzieli, że zbliży się okrążając Słońce i że jest duża. Prawdopodobnie zupełnie nie spodziewali się, że będzie tak jasna, jak była. Była widoczna na dziennym niebie tuż obok Słońca, kiedy je mijała – przez 12 godzin, kiedy się zbliżała.
Martin: To rodzi oczywiste pytanie: ilu jeszcze tych towarzyszy możemy się spodziewać?
McCanney: Nie wiemy. Oczywiście NASA ma bardzo dobre dane na ten temat. Inny ważną rzeczą, jaką chciałem już wcześniej powiedzieć w odniesieniu do komety Hale-Boppa, jest to, że w sześcioletnim okresie w latach 1991-1996, kiedy rzeczywiście dotarła do pery helium[3], straciła trzy miesiące na przybycie ze względu na to, że ciągnęła za sobą ogromny ogon. Tylko dlatego nie nastąpiło bezpośrednie zderzenie z Ziemią. Mówiąc „bezpośrednie zderzenie”, nie mam tu, oczywiście, na myśli uderzenia w powierzchnie Ziemi, ale to, że znaleźlibyśmy się w odległości około miliona mil (1600000 km] od niej. Każdy, kto zna się na rzeczy, wie, że to oznaczałoby ogromne zniszczenia na naszej planecie. Nastąpiłyby potworne pływy. Jedynie dzięki temu, że coś ją zwolniło, rozminęliśmy się z nią.
Martin: To prowadzi do kolejnego pytania, które brzmi: dokąd leci NEAT?
McCanney: NEAT zawróciła. Określenie jej orbity to zadanie numer 4 w mojej południowo-amerykańskiej ekspedycji, jako że straciła ona dużo energii, kiedy okrążała Słońce, i przejęła sporo materiału z ogona. Tak wiec nie wróci i nie uderzy w Ziemię. NASA stale mówi: „Och, ci ludzie myślą, że uderzy w Ziemię”. Nie, nie. Nikt nic nie mówi na temat zderzenia z Ziemią. Oni kpią sobie z ludzi i tak naprawdę to ich agenci wpuścili te historie do Internetu, żeby mogli sobie potem kpić z ludzi. To cześć ich kampanii dezinformacyjnej.
Martin: Kiedy kometa rozmiarów NEAT lub planeta tej wielkości przelatuje obok Słońca, jakie są skutki jej „oddziaływania na odległość”?
McCanney: Flara, która wytrysnęła ze Słońca i jest widoczna na wielu zdjęciach, dogoniła kometę i uderzyła w jej ogon.
Martin: Flara o długości 8000000 kilometrów?
McCanney: Tak. Gdyby wytrysnęła w stronę Ziemi, znokautowałaby nas. ale, na szczęście, poszła w zupełnie innym kierunku.
Zastanówmy się jednak nad czymś innym. To, czego pan nie widział, ale ja tak, to coś, co wydobywało się z NEAT… Jeśli przyjrzy się pan uważnie, zobaczy pan cienkie jak igła pasemko wychodzące bezpośrednio ze Słońca i dalej z jądra po prawej stronie ekranu. Łączy się z Merkurym. Merkury znajdował się w koniunkcji[4] z NEAT, kiedy przemierzała ekliptykę. Ta linia, którą widzi pan na zdjęciach Słońca, łączy się z Merkurym.
Ustawmy więc Ziemię, o tam. Co by było, gdyby Ziemia przesunęła się o 90 stopni i nie bylibyśmy bokiem do niej? Wówczas znaleźlibyśmy się na drodze tej flary lub przyjęlibyśmy na siebie elektryczne wyładowanie pochodzące z NEAT. O tym właśnie opowiadają starożytni, o kornetach i piorunach przemieszczających się po niebie. Oni byli świadkami tych zjawisk – Zeusa ciskającego pioruny w Marsa. Oni to wszystko widzieli.
Martin: Czyli że ich opowieści są dosłowne, nie mają charakteru metaforycznego?
McCanney: Nie, to nie były metafory. Kiedy Wenus zbliżyła się do Marsa, uderzyła wyładowaniem elektrycznym i w atmosferze Marsa rozgorzały zorze. Wyglądało to, jakby wąż sięgał po Marsa, to dosłownie wyssało całą jego atmosferę i wody. Oni to widzieli. Wiedzieli, że wcześniej Mars był planetą bogatą w wodę, był błękitną planetą, tak jak Ziemia. Mars ma teraz bardzo cienką atmosferę a Wenus bardzo gęstą i grubą, kilka tysięcy razy gęstszą od ziemskiej, jednak procentowo składy atmosfer Wenus i Marsa są identyczne, co oznacza, że zostały one uformowane w tym samym kotle i przekazały je sobie,
Martin: Chciałem jeszcze zapytać o Velikovsky’ego. Pan bardzo go przypomina, chociażby w tym, że miał on, tak jak pan teraz, nieprzyjemne doświadczenia. Często go wyśmiewano, ale w końcu okazało się, że miał rację.
McCanney: Nie ma już najmniejszych wątpliwości, że Velikovsky miał racje. Najciekawsze w jego przypadku jest jednak to, że on wcale nic studiował astronomii, a jedynie badał kalendarze!
KOMETY l FIZYKA PLAZMY
Martin: Pomówmy teraz o pańskiej koncepcji komet i plazmy. Co to jest plazma?
McCanney: Plazma jest jakby czwartym stanem materii. W środowisku próżni, gdzie mamy tylko gazy i wysoką energię, na przykład duże ilości światła pochodzącego ze Słońca, które rozbija atomy na wolne elektrony, jony, obojętne atomy oraz inne formy energii, takie jak zmagazynowany magnetyzm, zmagazynowane pola elektryczne… to właśnie jest plazma. Wzajemne oddziaływania tego wszystkiego są tym, co nazywamy fizyką plazmy, i właśnie to badamy. W zasadzie to kwintesencja plazmy.
Martin: Porozmawiajmy o kometach. To nie są brudne śnieżne kule. Czym one są?
McCanney: Pozwoli pan, że zacznę od tego… W środowisku astrofizyków od dawna toczy się spór między facetem o nazwisku Chapman i Szwedem Hansem Alfhenem. Chapman utrzymuje, że kosmos jest elektrycznie obojętny. Alfhen wręcz przeciwnie, że w kosmosie znajduje się plazma, która wyczynia dziwne rzeczy i że nie wiemy, co jest tego przyczyną. Krótko mówiąc, kosmos nie jest elektrycznie obojętny i przejawia znaczną aktywność elektromagnetyczną. Stany Zjednoczone są miejscem, gdzie są pieniądze, więc na razie wygrał Chapman.
Studentów kierunków nauka o kosmosie, astrofizyka i fizyka naucza się bardzo prostego problemu. Chodzi o to, że jeśli weźmiemy ładunek i umieścimy go w przestrzeni kosmicznej, to bardzo szybko – można nawet obliczyć jak szybko – otoczy się, nie pozwalając, aby był widzialny elektrycznie w jakiejkolwiek części kosmosu. To własność osłonowa i jeśli występuje pole magnetyczne, z jakiegoś powodu wokół obiektu dzieje się to samo, będziemy mieli efekt plazmatyczny. I właśnie to jest jednym z powodów, dla których nasza grawitacja znana jest pod postacią siły całkowicie niezależnej od elektromagnetyzmu, ponieważ te elektromagnetyczne siły są tak ekranowane, że grawitacja „widzi poprzez nie”.
W tym stanie rzeczy Chapman, jak gdyby wygrał te teoretyczną batalię. Tak wiec od dziesiątków lat mamy do czynienia z ligą Chapmana i jego fizyka jest podawana we wszystkich podręcznikach, w następstwie czego wszyscy studenci wyrastają w przekonaniu, że kosmos jest elektrycznie obojętny, zaś świeżo upieczony magister niewiele ma do powiedzenia, aby móc to zmienić. Ze mną było podobnie. Tyle że ja zdałem sobie sprawę, i chyba nikt z tych ludzi poza mną, że dane, które zaczęły napływać z sond kosmicznych, nic zgadzają się z teorią. Kosmos okazał się aktywny elektromagnetycznie i to w znacznym stopniu.
Wszystko to działo się w roku 1979, kiedy byłem młodym asystentem na Uniwersytecie Cornella i miałem dostęp do wszystkich danych nadchodzących z sond Voyager i Pioneer, kiedy leciały w kierunku Jowisza i Saturna. Było to jeszcze, zanim NASA zdała sobie sprawę, że musi trzymać te dane w tajemnicy przed ludźmi takimi jak ja, którzy interpretują je inaczej, niż by sobie tego życzyli.
A dane mówiły coś zupełnie innego. Obserwowano bardzo dziwne zjawiska elektromagnetyczne: szprychy w pierścieniach Saturna, potężne wyładowania elektryczne, pierścieniowe prądy o natężeniu milionów amperów przepływające wokół planety. Zjawiska, które po prostu nie mają sensu w myśl obowiązujących teorii. Potem był protonowy wiatr. Tym, co przykuło moja uwagę, było to, że wiatr protonowy wydobywał się, zarówno z Jowisza, jak i Saturna, a jest to zjawisko, które obserwujemy tylko na Słońcu. Interesujące, że dostrzegli tylko wiatr protonowy, a nie zauważyli wiatru elektronowego neutralizującego ten pierwszy.
Tak więc wyglądało na to, że kosmos nie był tym, czego się spodziewali. Spodziewali się, że Jowisz będzie zmarzniętą na kość kulą wodorową, bardzo sterylną, a tak nie jest. Jest on niesamowicie dynamiczny, posiada potężne pole magnetyczne. Tak więc, kiedy udali się na Wenus, kiedy zwrócili się ku innym planetom, okazało się, że są zupełnie inne, niż się spodziewali.
Tak się złożyło, że w tym czasie byłem na Uniwersytecie Cornella i miałem już skompletowaną większość założeń i danych do mojej pracy na temat inkluzji pól elektromagnetycznych i mechaniki ciał niebieskich. Rozumiałem, skąd się to bierze. Kiedy zobaczyłem napływające dane. rozpoznałem to. To jest coś, o czym żaden z tych facetów od chapmanowskiej fizyki nie ma najmniejszego pojęcia. Wciąż starali się interpretować to, co obserwują, jako zjawiska grawitacyjne.
W tym czasie studiowałem również komety jako uzupełnienie tego, co robiłem. Zrozumiałem, że komety nie mogą być brudnymi „kulami śnieżnymi”, jak się je nazywa. Było dużo danych wskazujących na to, że komety oddziałują elektrycznie ze Słońcem oraz że zaobserwowano wokół nich elektryczne wyładowania. Wówczas nie wiedziałem, co wywołuje te elektryczne pola, ale miałem przeczucie, że przyczyna musi wiązać się ze Słońcem. Wiedziałem, że komety oddziałują ze Słońcem i że jądro komety zostaje naładowane ujemnie.
Wtedy wreszcie, w latach 1979-1980, dotarło do mnie, że to musi być wynik różnicowych pływów w wietrze słonecznym. Inaczej mówiąc, w wietrze słonecznym było więcej protonów niż elektronów. To nasunęło mi wizję
nowego modelu syntezy. Zdałem sobie sprawę, że synteza musi zachodzić w słonecznej atmosferze, a nie w jądrze. Wtedy zrozumiałem, że korona elektronów otaczająca Słońce jest w rzeczywistości przestrzenią nadatomową oraz że Słońce poniżej jej jest dodatnio naładowane, zaś elektrony korony sprawiają, że Słońce wydaje się z zewnątrz naładowane ujemnie.
To bardzo złożone zjawisko, to, w jaki sposób słoneczne wiatry otwierają dziury w koronie i wystrzeliwują na zewnątrz za sprawą elektrostatycznego przyspieszenia protonów w czasie ich ruchu przez koronę. Właśnie dokładnie to obserwujemy. Tymczasem cały czas, nawet jeszcze teraz, NASA utrzymuje, że energia słoneczna pochodzi z jego jądra. Nic bardziej błędnego.
Kiedy byłem na Uniwersytecie Cornella, poznałem Hansa Bethe, fizyka noblistę. który stworzył obowiązujący do dzisiaj model Słońca, Bethe przyjaźnił się z Albertem Einsteinem i obaj dostali Nagrody Nobla. Bethe został nagrodzony w dziedzinie chemii za opracowanie zrozumiałego modelu syntezy, którym się obecnie posługujemy, zgodnie z którym reakcje łańcuchowe powodują powstawanie większych atomów i wydzielanie ciepła. To właśnie on wykonał wstępne obliczenia ciepłoty Słońca i innych rzeczy, które zgadzają się z tym, co obserwujemy.
Usiadłem i zacząłem z nim rozmawiać na ten temat. Powiedziałem mu, że układ słoneczny musi być aktywny elektrycznie oraz że komety nie mogą być kulami brudnego śniegu. Patrzył na mnie i wtedy zrozumiałem, że o tym wie, podobnie jak Einstein. Wiedział też, że… jedną z ostatnich rzeczy, jaką zajmował się Einstein przed śmiercią, było bardzo uważne studiowanie prac Velikovsky’ego, ponieważ wiedział, że w ogólnej teorii względności brak czegoś wielkiego, a konkretnie pola elektromagnetycznego. Nie może być tak. że grawitacja wpływa na światło, zaś pola elektromagnetyczne otaczające gwiazdy nie wpływają na nie. Wiedział, że te czynniki nie zostały uwzględnione w ogólnej teorii względności i właśnie nad tym pracował tuż przed śmiercią. Hans Bethe powiedział mi, że Einstein starał się rozwiązać właśnie ten problem. Powiedziałem mu: „Mam kłopoty z publikowaniem. Odrzucają moje prace. Czy może mi pan coś poradzić?” W odpowiedzi odrzekł: „Niech pan spróbuje publikować w niemieckich pismach”. Tak też zrobiłem. Moje prace zaczęto w końcu publikować w Holandii.
Martin: Interesujące, więc w końcu musiał pan udać się za morze.
McCanney: Tak, były dwa magazyny wydawane w Holandii: Astraphysics & Space Science (Astrofizyka i nauka o przestrzeni kosmicznej) oraz The Moon & The Planets (Księżyc i planety). Kontakty z nimi zawdzięczam Hansowi Bethe.
Martin: Wygląda na to, że dobrze panu poradził.
McCanney: Tak, tyle że kiedy ten materiał ujrzał światło dzienne, ludzie z Uniwersytetu Cornella zdębieli.
Martin: Z jakiego powodu?
McCanney: Ponieważ używałem szyldu Uniwersytetu Cornella i jednocześnie stosowałem niechapmanowską fizykę z przypisanym do niej szyldem Uniwersytetu Cornella. Tego nie mogli ścierpieć i kiedy w końcu dotarli do moich wszystkich prac i przepuścili je przez swój Wydział Nauk o Przestrzeni Kosmicznej, zdali sobie sprawę, że moje prace potwierdzają hipotezy Velikovsky’ego.
Carl Sagan, profesor emeritus Katedry Astronomii Donalda Duncana, który to tytuł uchodzi za bardzo ekskluzywny na Uniwersytecie Cornella, był tym, który najbardziej zaszkodził Velikovsky’emu. Dzieki temu zyskał sławę. Niewielu ludzi wie, że to on przewodził krucjacie przeciwko Velikovsky’emu, który sprzedał miliony książek na całym świecie. Sagan oskarżał go, że podawał się za geologa, naukowca specjalistę od planet, astronoma itd., aby dowieść, że jego tezy w żadnym przypadku nie mogą być prawdziwe. Dzięki temu dostał program Cosmos, był rzecznikiem środowiska astronomicznego, które pogrzebało Velikovsky’ego. I oto w zaledwie dwa lata później pojawiam się na Uniwersytecie Cornella i wykorzystuję ich dane, aby udowodnić, że Velikovsky miał rację.
SKUTKI PRZELOTU „PLANETY X”
Martin: Pomówmy jeszcze trochę o „Planecie X”. Wiem, że nie lubi pan wypowiadać się na temat ram czasowych, ale czy ma pan jakieś pogląd na ten temat? Mamy rok spokoju, czy może sto lat?
McCanney: Tego nie wiem i właśnie po to organizuję wspomnianą ekspedycję.
Martin: Zatem nie ma pan w tej chwili poglądu na ten temat?
McCanney: Prywatnie mam, ale obawiam się wypowiadaniu w sprawie dat, bo ludzie chwytają potem za słowa.
Martin: A bardziej ogólnie?
McCanney: No dobrze. Powiem tak, kometa Hale-Boppa, NEAT i pozostałe pięć, które oglądaliśmy w lutym… widzieliśmy, że pięć komet bardzo zbliżyło się do Słońca. Pierwsza to Kudo-Fujikawa, druga – NEAT IV, kolejnej nie nadano nazwy – nadleciała kierując się w bok Słońca z prędkością około 160 milionów km/h, no i była jeszcze jedna mała kometa, jądro, która skierowała się w Słońce, ta u dołu z lewej strony zdjęcia. NEAT przeszła niżej. Uważa się, że jest to obiekt, który oddzielił się od NEAT i poszedł w dół, wszedł w słoneczną flarę, tam gdzie te wielkie, przypominające balon, długie pasma plazmy wychodzą ze Słońca. To w reakcji na uderzenie tego obiektu.
No, ale pana pytanie dotyczyło Planety X. Indianie plemienia Hopi wierzą, że kometa Hale-Boppa (1995) była Niebieską Kachiną, która była prekursorem wyprzedzającym Planetę X o dziesięć lat. Te dziesięć lat jest tu terminem bardzo względnym. Chodzi o to, że jeśli kometa Hale-Boopa była towarzyszem „Czegoś Wielkiego” 4200 lat temu – tle wynosi cykl, a nie 3600 lat – wówczas to „Coś Wielkiego” będzie tu w ciągu najbliższego dziesięciolecia.
I druga sprawa. Ludzie koncentrują się na planecie X lub Nibiru. Chodzi mi o to, że ja badam obiekty pozasłoneczne. NEAT nie pasowała na przykład do niczego, co widzieliśmy przedtem. Była to kometa zupełnie nowego rodzaju, tak więc nie sposób powiedzieć, czy była związana z Nibiru, czy też nie.
Martin: Więc jest to zupełnie nieznany obiekt?
McCanney: Tak. I stąd logiczny wniosek: jeśli pojawił się nagle, ni stąd ni zowąd, to czy, ni stad, ni zowąd, może pojawić się jeszcze jeden i zbliżyć się do Ziemi, i wpłynąć na nią? No i w ten oto sposób dochodzimy do „oddziaływania na odległość”. To coś niekoniecznie musi w nas uderzyć. NASA ciągle powtarza: „Jeśli to coś w nas uderzy”. Nie! To wcale nic musi w nas uderzać.
Gdyby ta flara uderzyła w nas, gdyby wystrzeliła i poszła za NEAT, to byśmy zobaczyli. Za pięć lat mnóstwo ludzi umierałoby na raka, ponieważ rozsadziłaby naszą magnetyczną tarczę i każdy, kto w tym momencie byłby zwrócony ku Słońcu, zostałby przypieczony.
Dimitriew powiedział mi, że w latach dziewięćdziesiątych była flara słoneczna, która uderzyła w Ziemię. My [USA] znajdowaliśmy się w tamtym momencie, w momencie gdy pole magnetyczne zostało wyzerowane, po nocnej stronie. Rosja była zwrócona ku Słońcu i właśnie obserwują narastanie przypadków raka będącego wynikiem tej flary.
Martin: To zadziwiające i prowadzi na obszary, na których może pan nie czuć się wygodnie. Moja żona chciałaby jednak wiedzieć, jaki wpływ w najbliższych latach będą miały te wibracyjne zmiany na ludzi.
McCanney: Powiedziałbym, że dwojakie. Na całym świecie daje się odczuwać silne tendencje polaryzacyjne.
Są ludzie, którzy podnoszą swoją świadomość i coraz lepiej rozumieją nasze miejsce w kosmosie, to, że musimy pokojowo współdziałać, zaprzestać beztroskiego używania bogactw mineralnych naszej planety. Musimy zapewnić przyszłość następnym pokoleniom. Ci ludzie zostaną wyniesieni i będą porozumiewać się na wyższym, niemal mentalnym, duchowym poziomie, rozumiejąc, że nie można tolerować na Ziemi małostkowych wojen i zużywać na nie wszystkich naszych zasobów.
Po drugiej slronie znajduje się globalna organizacja, która kontroluje cały świat i utrzymuje go w zasadzie na poziomie niewolnictwa. Ta organizacja i rodzinne elity staną się jeszcze gorsze w swoich działaniach. Ci ludzie są zdecydowani dalej toczyć wojny i siać zniszczenie.
Martin: Porozmawiajmy jeszcze o zmianie miejsc biegunów Ziemi i w jaki sposób te zmiany wpłyną na nasze pole magnetyczne?
McCanney: Po pierwsze, pole magnetyczne Ziemi jest błędnie rozumiane. Większość tego pola jest rezultatem prądów, które przepływają wokół Ziemi. Nie powoduje go jakiś rodzaj magnesu znajdujący się w jądrze Ziemi. Pole magnetyczne, które nie pochodzi z naszego jądra, stałego składnika tego pola, jest bardzo luźno związane z żelazem i niklem. Ono nie jest podobne do pola małego magnesu, jakim bawiliśmy się w dzieciństwie. Większość naszego pola magnetycznego istnieje w formie prądów elektrycznych obiegających naszą planetę oraz w słonecznym wietrze, w pasie Van Allena, a także w innych formach, i z tego właśnie względu zbliżenie się do Ziemi komety o silnym polu elektromagnetycznym może wywrzeć na nas bardzo duży wpływ.
To dobry moment, aby wspomnieć, że Rosjanie przeprowadzili kilka lat temu badania płodów i doszli do wniosku, że te jeszcze nie narodzone płody dostrajają się do elektromagnetycznego rytmu kosmosu. Rosjanie byli świadomi elektromagnetycznej natury środowiska, podczas gdy na Zachodzie wciąż się powtarza: „Coś takiego nie istnieje”.
Potem wykonali badania statystyczne ustawień planet i temu podobnych spraw – pokrewnych astrologii – i przekonali się, że istnieje bardzo wyraźny związek między człowiekiem, jego życiem, sposobem, w jaki funkcjonuje, a pozycjami planet. Ustalili to nie tylko na przykładzie danych odnoszących się do człowieka, ale także do roślin i zwierząt.
Przekonali się, że coś w tym jest, ale nie rozumieli, dlaczego tak się dzieje. Kiedy jednak zdali sobie sprawę, że wszystkie planety rozładowują słoneczny kondensator, który tworzy się wokół Słońca za sprawą nadmiaru protonów w wietrze słonecznym, zauważyli też. że kiedy planety ustawią się w jednej linii, wpływa to na wzrost przepływu prądów, zaś kiedy wiele planet ustawi się w linii prostej, przepływ tych prądów rośnie stukrotnie.
I tak na przykład, kiedy Księżyc przechodzi w fazę nowiu, przez krótką chwilę blokuje wiatr słoneczny, a kiedy potem się odsuwa, wiatr słoneczny uderza i przełamuje nasze pole magnetyczne, wywierając potężny nacisk na naszą atmosferę. Fazy nowiu i pełni są okresami, kiedy Ziemia załamuje się pod potężną nawałą elektromagnetycznego naporu, stąd te wszystkie efekty, jakie wtedy obserwujemy.
Kiedy do systemu słonecznego wchodzi duża kometa, przełamuje słoneczne pole elektryczne i ukierunkowuje energię na Słońce, jak to zaobserwowaliśmy, i wtedy pojawia się coś, co nazywam polaryzacją. Ludzie, którzy starają się podnieść swoją świadomość, wznoszą się na jeszcze wyższy poziom, zaś ci ukierunkowani na wojny jeszcze zajadlej walą w bębny nawołujące do nich. Właśnie taką sytuację obserwujemy obecnie.
Martin: Jak pan sądzi, czego ludzie doświadczą? Czy będzie więcej chorób, większe niezrównoważenie, czy są jakieś teorie w tej sprawie?
McCanney: Pomówmy o prądach strumieniowych5 i pogodzie. Wszystko będzie bardziej nieprzewidywalne. Już to obserwujemy. Obserwujemy znacznie większe wahania temperatur niż zwykle. To samo będzie odnosiło się do ludzi. Ludzie, którzy tak naprawdę nie potrafią siebie kontrolować, staną się jeszcze bardziej nieprzewidywalni, ci, którzy są trochę niezrównoważeni, staną się bardziej niezrównoważeni, a ludzie zrównoważeni staną się jeszcze bardziej zrównoważeni. To jest proces polaryzacji. Nikt nie będzie już znajdował się w środku, będą same skrajności.
ETYKA NOWEJ KOSMICZNEJ RASY
Martin: Wróćmy do „punktu zerowego”, tematu politycznie niepoprawnego.
McCanney: Oto, co, jak mi się wydaje, ma miejsce, a dowiedziałem się tego, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Rosjanami. Oni mówią w takich kategoriach… Dimitriew mówi o „domenie próżni”, u nas z kolei nazywa się to „dalekim kosmosem”.
Kiedy spotkałem się z Walerym Uwarowem z Państwowej Akademii Bezpieczeństwa Rosji, powiedziałem mu: „Tot czego nie rozumieją w tym kraju [USA], to to, że istnieje wyższy poziom koncepcji. Kiedy już się dojdzie do tego poziomu hardware’u [oprzyrządowania], jak to jest nazywane w tym kraju [USA], można wszystko skopiować, można w pełni zrozumieć, jak coś działa, ale to nigdy nie będzie działać poprawnie, jeśli ma się złe intencje”. Kiedy powiedziałem to Waleremu, oczy unisty mu do rozmiarów talerzy i powiedział: „Jesteś pierwszą osobą z Zachodu, która to rozumie!”
Martin: To znaczy, że te rzeczy nie będą dopuszczalne w kosmosie w złych intencjach?
McCanney: W żadnym wypadku. Tymczasem ludzie stąd, ci od „czarnych operacji”, ruszyli na Wschód, żeby namówić ludzi o wyższym poziomie świadomości, aby przybyli tu i tchnęli tę świadomość w ich program kosmiczny. To stanowi prawdziwy problem na Zachodzie, ponieważ Rosja już to zna. Rosjanie przełamali więzy takiej filozofii i posuwają się do przodu. Walery powiedział mi, że przyspieszają, że mają kontakty. Powiedział mi wprost: „Twój kraj i twój naród nie dozna kontaktu, dopóki tego nie przełamiecie”. Ponieważ to jest jak ołowiany balast, który trzyma was, twój kraj, przy planecie. „Dopiero wtedy zaczniecie się rozwijać”. To było wręcz oczywiste.
Ci ludzie [Rosjanie] czynią ogromne postępy. I to nie dlatego, że mają budżet idący w setki miliardów. Do tego nie trzeba pieniędzy. Urządzenia nie są skomplikowane. Jest oczywiste, że starożytni potrafili podróżować w kosmosie i wiedzieli, jak osłonić się elektromagnetycznie, kiedy przemierzali przestrzeń kosmiczną. Napęd też mieli elektromagnetyczny.
Martin: Czy chciałby pan dodać coś jeszcze na zakończenie?
McCanney: Po pierwsze, chciałbym powiedzieć, że reszta świata znacznie wyprzedza Stany Zjednoczone pod względem świadomości oraz w postępie rozwoju gatunku ludzkiego. Po drugie, chcę zaznaczyć, że jako kraj, jako jego naród, musimy wziąć sprawy w swoje ręce i zawrócić z obecnej drogi, ponieważ od tego zależy przyszłość reszty świata. Znaleźliśmy się właśnie na etapie, który jest analogiczny do tego, w jakim były hitlerowskie Niemcy w roku 1939 tuż przed wybuchem II wojny światowej. Niemcy nie zawrócili wtedy swojego kraju z obranej drogi… podobnie jest z nami, tyle że tym razem możemy mieć znacznie większy problem od tego, jaki stanowiła II wojna światowa, jeśli tego nie zmienimy.
Wywiad z Jamesem M. McCanneyem Przeprowadził: Rick Martin
Tłumaczenie: Jerzy Florczykowski
Źródło oryginalne: http://www.TheSpectrumNews.org
Źródło polskie: „Nexus” nr 1 (33) 2004
Dalsze publiczne rozpowszechnianie tekstu wymaga pisemnej zgody „Nexusa”!

Strony

Skomentuj