Kwiecień 2024

Najbardziej wysunięty na południe aktywny wulkan świata wypluwa na powierzchnię złoty pył

Najbardziej wysunięty na południe aktywny wulkan świata skrywa wyjątkowe geologiczne zaskoczenie. Naukowcy badający Antarktydę odkryli, że góra Erebus, położona na Wyspie Rossa, wyrzuca na powierzchnię cenny złoty pył.

 

Według najnowszych analiz, z krateru wulkanu Mount Erebus wydobywa się dziennie aż 80 gramów złota, co daje wartość rynkową sięgającą 6000 dolarów. Ten niezwykły fenomen obserwowany jest nawet w promieniu 1000 kilometrów od samego wulkanu.

 

Antarktyda, lodowy kontynent na dnie świata, słynie z niskich temperatur i rozległych połaci śniegu i lodu. Jednak pod jego powierzchnią ukryty jest świat wulkanicznej aktywności. Naukowcy zidentyfikowali na tym kontynencie aż 138 wulkanów, z których większość znajduje się w Antarktyce Zachodniej. Tylko nieliczne z nich, w tym właśnie Mount Erebus, uznawane są za aktywne.

 

Wulkan ten, nazwany na cześć greckiego boga ciemności, wybucha co najmniej od 1972 roku, regularnie uwalniając gazy, parę oraz stopione fragmenty skał. Jednak to obecność drogocennego złotego pyłu w emitowanych gazach stanowi prawdziwą zagadkę dla badaczy.

 

Skąd pochodzi to złoto i w jaki sposób dostaje się ono do wnętrza wulkanu? To pytania, na które naukowcy próbują znaleźć odpowiedź, badając skomplikowane procesy geologiczne zachodzące w głębi Antarktydy. Odkrycie to otwiera nowe perspektywy dla zrozumienia tajemnic tego lodowego kontynentu.

 


Chiński radioteleskop FAST odkrywa ponad 900 nowych pulsarów we Wszechświecie

Największy na świecie chiński radioteleskop FAST dokonał przełomowego odkrycia - od czasu uruchomienia w 2016 roku zidentyfikował on ponad 900 nieznanych wcześniej pulsarów we Wszechświecie. To ogromny krok naprzód w dziedzinie astronomii i astrofizyki.

 

Radioteleskop FAST, zlokalizowany w chińskiej prowincji Guizhou, ma średnicę aż 500 metrów, co czyni go największym tego typu urządzeniem na świecie. Odkrycie tak dużej liczby nowych pulsarów to prawdziwy sukces naukowców z Chińskiej Akademii Nauk, którzy od lat prowadzą intensywne badania przy użyciu tego imponującego instrumentu.

"FAST po kilku latach pracy odkrył ponad 900 pulsarów. To nie tylko ich wzrost ilościowy, ale także ogromny przełom w nauce" - powiedział agencji Xinhua Han Jinlin, naukowiec z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego CAS. Dodał, że od odkrycia pierwszego pulsara w 1967 roku odkryto łącznie mniej niż 3000 takich obiektów kosmicznych.

Wśród nowo odkrytych pulsarów znalazło się ponad 120 obiektów podwójnych, o czasie trwania około 170 milisekund, a także 80 słabych pulsarów. Obserwacja tych tajemniczych ciał niebieskich ma kluczowe znaczenie dla potwierdzenia teorii istnienia promieniowania grawitacyjnego i czarnych dziur.

"Śledzenie pulsarów może pomóc w potwierdzeniu teorii o istnieniu promieniowania grawitacyjnego i czarnych dziur. Ponadto takie badania są ważne dla zrozumienia natury gęstych pozostałości wymarłych gwiazd i ich charakterystyki promieniowania" - wyjaśnił Han Jinlin.

Budowa radioteleskopu FAST rozpoczęła się w 2011 roku i kosztowała 1,2 miliarda juanów (około 180 milionów dolarów). Władze musiały podjąć decyzję o przesiedleniu ponad 9 tysięcy osób zamieszkujących okoliczne górzyste tereny, by móc zrealizować ten ambitny projekt.

 

Pulsary to szczególny rodzaj gwiazd neutronowych, pozostałość po eksplodujących supernowych. Emanują one wąskimi wiązkami fal radiowych i innych form promieniowania elektromagnetycznego, co pozwala wykorzystać je jako swego rodzaju "kosmiczne latarnie" do precyzyjnego wyznaczania odległości między obiektami w przestrzeni kosmicznej.

 

Odkrycie ponad 900 nowych pulsarów przez FAST to ogromny sukces chińskich naukowców i dowód na to, że ten imponujący radioteleskop otwiera zupełnie nowe perspektywy w badaniach astrono-micznych. Dalsze obserwacje i analiza danych z FAST z pewnością przyniosą jeszcze więcej spektakularnych odkryć w nadchodzących latach.

 

 


Niemcy twierdzą, że obejmują odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO

Szef Bundeswehry, generał Carsten Breuer, złożył deklarację, która wywołała burzę w Europie. Podczas spotkania z polskim dowódcą, generałem Wiesławem Kukułą, Breuer oświadczył, że Niemcy przejmują odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO. To śmiały krok, który ma na celu wzmocnienie bezpieczeństwa w regionie oraz zacieśnienie współpracy wojskowej między Berlinem a Warszawą.

 

Rozmowy między generałami Breuerem i Kukułą koncentrowały się na trzech kluczowych priorytetach. Po pierwsze, omawiano projekty współpracy wojskowej, w tym wspólne ćwiczenia i potencjalne przyszłe przedsięwzięcia obronne. Oba kraje mają długą historię udanej współpracy w ramach struktur NATO i Unii Europejskiej, a teraz chcą jeszcze bardziej zacieśnić te więzi.

 

Drugim tematem rozmów była pomoc wojskowa i humanitarna dla Ukrainy. Niemcy i Polska odgrywają kluczową rolę w udzielaniu wsparcia temu krajowi, który od ponad roku broni się przed rosyjską agresją. Generałowie omawiali dalsze sposoby, w jakie oba państwa mogą wesprzeć Ukrainę w jej walce o wolność i suwerenność.

 

Wreszcie, najważniejszym punktem dyskusji było przejęcie przez Niemcy odpowiedzialności za wschodnią flankę NATO. To zaskakujący dla Polaków krok, który ma odzwierciedlać rosnącą rolę Niemiec w zapewnianiu bezpieczeństwa w regionie. Jako jedno z największych i najsilniejszych państw członkowskich Sojuszu, Niemcy stwierdziły, że chcą odegrać kluczową rolę w wzmacnianiu wschodniej flanki oraz obronie przed potencjalnymi zagrożeniami ze strony Rosji. Może to budzić w Polsce najgorsze skojarzenia.

 

Wpis generała Breuera na temat spotkania z polskim dowódcą szybko stał się gorącym tematem w mediach. Ambasador Niemiec w Polsce, Viktor Elbling, przetłumaczył ten wpis na język polski, podkreślając, że rozmowy odbywały się "w pełnym zaufaniu". Jednak większość opinii publicznej w Polsce pozostaje sceptyczna wobec rosnącej roli Niemiec w zapewnieniu bezpieczeństwa w Europie.

 


Rozpoczęła się deindustrializacja Polski - czy grozi nam bezrobocie?

Polska staje się świadkiem masowych zwolnień w przemyśle, a zagraniczne koncerny przenoszą coraz częściej produkcję poza granice kraju. Czy to pech Donalda Tuska, za którego rządów zawsze rośnie bezrobocie? A może to celowe działanie UE mające na celu osłabienie polskiej gospodarki?

 

Obserwujemy niepokojące zjawisko, w którym kolejne polskie firmy ogłaszają zamiar zwolnienia setek, a nawet tysięcy pracowników. Niemieckie i amerykańskie giganty zamykają swoje zakłady w Olsztynie i Płocku, a na przykład koncern Michelin przenosi się do Rumunii a PepsiCo przenosi etaty z Krakowa do Indii. Czy to przypadek, czy może skutek celowego działania decydentów unijnych mającego na celu osłabienie polskiej konkurencyjności i przez to skłonienie biznesu do opuszczenia naszego kraju?

 

Gdyby słuchać tego co mówią polscy politycy można uznać, że długoterminowe perspektywy dla Polski są dramatycznie złe. Co ciekawe prezydent Andrzej Duda i premier Donald Tusk wspólnie przekonują, że atak Rosji na Polskę jest tylko kwestią czasu. Tusk rozprawia o "czasach przedwojennych" i groźnie marszczy brwi z telewizora.

 

Polskie władze, które ukochały straszenie polskich obywateli od zorganizowanej przez nich pandemii tak zwanego covida, zapomniały, że deklaracje polityków o zbliżającej się wojnie słyszą też zarządzający międzynarodowymi korporacjami. Pozostawanie z biznesem w kraju, który zdaniem jego rządzących zostanie wkrótce zniszczony, jest po prostu nieracjonalne. Ale powodów, aby uciekać z Polski jest więcej.

 

Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy jest gwałtowny wzrost cen energii elektrycznej. Eksperci wskazują, że to efekt polityki dekarbonizacji narzuconej przez Unię Europejską. Koszty produkcji stają się dla wielu firm zbyt wysokie, zmuszając je do przenoszenia działalności tam, gdzie energia jest tańsza. Polskie władze, zamiast przeciwstawiać się tej szkodliwej polityce, wydają się bezradne.

 

Pojawia się pytanie, czy za tymi zwolnieniami i upadkami firm nie kryje się celowe działanie mające na celu osłabienie polskiej gospodarki. Niektórzy twierdzą, że chodzi o wypchnięcie kolejnych mas Polaków za granicę, co pozwoliłoby na kontrolowane zubożenie społeczeństwa i ograniczenie jego oczekiwań. Takie teorie nie są bezpodstawne, biorąc pod uwagę wypowiedzi byłego premiera Donalda Tuska, który ostrzegał o zbliżającej się wojnie.

 

Niestety, polskie władze zdają się bezczynnie przyglądać procesowi deindustrializacji jaki został zaordynowany w Unii Europejskiej. Zamiast szukać rozwiązań, które mogłyby zatrzymać odpływ firm i miejsc pracy, rząd koncentruje się na innych kwestiach takich jak aborcja czy pigułka "dzień po". Tymczasem kolejne masy Polaków tracą pracę, a konieczność emigracji staje się coraz bardziej realna.

 

Czy deindustrializacja Polski poprzez Zielony Ład to rzeczywiście przypadek, czy może zaplanowane działanie mające na celu osłabienie polskiej gospodarki na zlecenie Niemiec i wypchnięcie Polaków za granicę? To pytanie, na które warto szukać odpowiedzi, zanim będzie za późno.


Zaskakujący wzrost powierzchni 13 000 wysp na świecie - odkrycie chińskich naukowców

Ostatnie 20 lat przyniosło niezwykłe odkrycie: powierzchnia 13 000 wysp na całym świecie zwiększyła się o obszar równy Wyspie Wight. Badania przeprowadzone przez grupę chińskich naukowców, analizujących zarówno dane powierzchniowe, jak i satelitarne, wykazały, że w ciągu trzech dekad do 2020 roku nastąpił netto wzrost powierzchni o 157,21 km2.

 

Choć w latach 90 tych XX wieku odnotowano ogólny spadek powierzchni lądowej, to w badanym okresie naukowcy zaobserwowali znaczne naturalne wahania zarówno w erozji, jak i akrecji wybrzeży. Odkrycie to podważa alarmistyczne scenariusze sugerujące, że wzrost poziomu mórz spowodowany przez ludzi wykorzystujących paliwa węglowodorowe doprowadzi do szybkiego zaniku wielu wysp.

 

Obecnie wzrost poziomu morza jest uważany za jeden z czynników przyczyniających się do erozji linii brzegowej, ale nie jest to czynnik dominujący - wyjaśnili naukowcy. Ich dane wskazują, że zmiany linii brzegowej są procesem ciągłym, podlegającym wielu naturalnym i ludzkim wpływom.

 

Wbrew obawom, wiele z "wysp-straszaków" używanych w kampaniach klimatycznych, takich jak Tuvalu czy Malediwy, w rzeczywistości zwiększyło swoją powierzchnię w ostatnim czasie. Badania wykazały, że na 30 atoli Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, obejmujących 709 wysp, żadna z nich nie straciła ziemi. Co więcej, 47 z nich powiększyło się lub utrzymało stabilną powierzchnię, pomimo przekraczającej globalną średnią szybkości wzrostu poziomu morza.

 

Naukowcy wskazują, że zmiany linii brzegowej wysp są wynikiem wielu czynników, takich jak pływy, wiatry, hydrodynamika strefy przybrzeżnej czy transport osadów. Na zamieszkanych wyspach istotną rolę odgrywa także działalność człowieka, w tym gospodarowanie zasobami wodnymi, hodowla ryb czy rekultywacja gruntów.

 

Oczywiście, ludzka działalność może mieć również niepożądane skutki, takie jak wydobywanie koralowców czy niszczenie naturalnych barier wodnych. Państwa wyspiarskie, jak Malediwy, nie wahają się domagać "klimatycznych reparacji" od rozwiniętych krajów, podczas gdy ich własny rozwój oparty na turystyce i infrastrukturze (często budowanej z koralowców) prowadzi do utraty różnorodności oceanicznej i mniejszej ochrony przed sztormami.

 

Odkrycia chińskich naukowców są ważne, ponieważ pomagają obalić twierdzenia, że wiele nisko położonych wysp zniknie pod wodą w najbliższej przyszłości z powodu zmian klimatu wywołanych przez człowieka. Pokazują one, że zmiany linii brzegowej to trwały i ciągły proces, podlegający wielu wpływom. Wzrost poziomu morza nie jest "dominującym" czynnikiem tych zmian.


Naukowcy wykryli niepokojące kurczenie się lodowców Kamczatki

Kamczatka, półwysep położony na rosyjskim Dalekim Wschodzie, słynie z niezwykłej przyrody i potężnych wulkanów. Niestety, podobnie jak większość obszarów na świecie, również ta część Rosji doświadcza niepokojących zmian klimatycznych, które mają bezpośredni wpływ na tamtejsze lodowce.

 

Naukowcy z Instytutu Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk przeprowadzili szczegółowe badania, które wykazały, że od 1950 roku wielkość lodowców na niewulkanicznych obszarach Kamczatki zmniejszyła się aż o 35,6 procent. Wyniki tych analiz zostały opublikowane w prestiżowym międzynarodowym czasopiśmie "International Journal of Climatology".

"Podobnie jak większość lodowców na świecie, lodowce Kamczatki stały się znacznie mniejsze od połowy ubiegłego wieku" - mówi prof. Iwan Sołowiow, główny autor badania. "W północnej części pasma Sredinny na Kamczatce średnie tempo topnienia lodowców wzrosło około 4,3 razy w porównaniu z okresem 1950-2002. W tym samym czasie na Półwyspie Kronotskim na początku XXI wieku lodowce topniały z taką samą prędkością, jak w połowie przeszłości".

Naukowcy przeanalizowali dane ze stacji pogodowych i inne informacje, aby zidentyfikować czynniki odpowiedzialne za ten niepokojący trend. Okazało się, że w północnej i północno-zachodniej części Kamczatki temperatury w lecie nieznacznie wzrosły (do 0,3 stopnia w ciągu dziesięciu lat), a ilość opadów zimą zmniejsza się tam o pięć do dziesięciu procent w ciągu dziesięciu lat.

 

Jednocześnie stwierdzono znaczny wzrost bilansu promieniowania w okresie od maja do września. Wszystko to wskazuje na wzrost częstotliwości antycyklonów nad regionem w ciepłej połowie roku, co najwyraźniej stało się przyczyną dodatniej anomalii.

 

Uzyskane wartości naukowcy wykorzystali do oszacowania zmniejszenia rozmiarów symulowanego lodowca Kamczatki. W ciągu dwudziestu lat wskaźnik wyniósł minus 22 procent, co jest zgodne z danymi obserwacyjnymi.

 

 

 


Paradoks globalnego ocieplenia. Naukowcy wyjaśniają, że im cieplej tym zimniej

Choć globalne ocieplenie kojarzy się przede wszystkim z rosnącymi temperaturami, to naukowcy odkryli zaskakujący paradoks - w niektórych regionach świata prowadzi ono do coraz dotkliwszych zim. Południowokoreańscy badacze z Instytutu Nauki i Technologii w Gwangju wyjaśnili mechanizm tego zjawiska w najnowszym artykule opublikowanym w czasopiśmie "Climate and Atmospheric Science".

 

 

Kluczem do zrozumienia tego paradoksu jest tzw. układ ciepły arktyczny-zimny kontynent (WACC). Jak tłumaczą eksperci, rosnące temperatury w Arktyce prowadzą do stopniowego topnienia lodu morskiego. To z kolei umożliwia przenikanie bardzo zimnych mas powietrza w głąb regionów położonych na średnich szerokościach geograficznych, takich jak Ameryka Północna czy Azja Wschodnia. 

"Model WACC wywarł znaczący wpływ na klimat zimowy, ale to, co widzimy teraz, wydaje się dopiero początkiem dramatycznej zmiany" - ostrzega profesor Jin-Ho Yoon, główny autor badania. Według naukowców, po latach trzydziestych XXI wieku ekstremalne zimno będzie występować znacznie rzadziej. 

Choć na pierwszy rzut oka może to wydawać się zaskakujące, naukowcy od dawna obserwują ten paradoksalny efekt zmian klimatu. Globalne ocieplenie prowadzi do topnienia pokrywy lodowej Arktyki, co z kolei zaburza cyrkulację powietrza nad północną półkulą. 

"Topnienie lodu morskiego w Arktyce sprawia, że zimne powietrze z tego regionu może swobodniej przemieszczać się na południe, uderzając w obszary takie jak środkowa część Stanów Zjednoczonych czy wschodnia Azja" - tłumaczy profesor Yoon.

Badacze z Instytutu Nauki i Technologii w Gwangju przeanalizowali dynamikę układu WACC w Ameryce Północnej i Azji Wschodniej w latach 1920-2100, opierając się na danych klimatycznych. Ich ustalenia jasno pokazują, że ekstremalne zimna będą się nasilać w najbliższych latach, by następnie stopniowo ustępować miejsca cieplejszym zimom.

 

Choć z jednej strony zmiany te mogą przynosić ulgę po wyjątkowo dotkliwych zimach, naukowcy przestrzegają, że nie należy się tym cieszyć przedwcześnie. Ocieplenie klimatu, choć ograniczy liczbę ekstremalnych chłodów, doprowadzi do pojawienia się nowych zagrożeń.

 

Choć zimy staną się zauważalnie cieplejsze, to paradoksalnie może to prowadzić do nowych katastrof klimatycznych. Badacze wskazują, że topnienie lodu morskiego w Arktyce może zakłócić kluczowe prądy oceaniczne, co z kolei może mieć katastrofalne skutki dla całego ekosystemu. Otwartym tekstem sugeruje się już załamanie cyrkulacji AMOC co miałoby w najbliższych latach zamrozić Europę.

 

Ponadto, ocieplenie klimatu może prowadzić do wzrostu częstotliwości i intensywności ekstremalnych zjawisk pogodowych, takich jak fale upałów, susze czy gwałtowne burze. Te nowe zagrożenia mogą okazać się równie niebezpieczne, a nawet bardziej dotkliwe niż dotychczasowe problemy związane z mroźnymi zimami.

 


Cudzoziemcy w polskiej policji? KGP rozważa zatrudnianie obcokrajowców

Jak podaje RMF FM, Komenda Główna Policji (KGP) rozpoczęła analizę możliwości zatrudniania w polskiej policji osób, które nie są polskimi obywatelami. Jak tłumaczy KGP, działania te mają na celu zaradzenie poważnemu kryzysowi kadrowemu, z jakim zmaga się ta największa służba mundurowa w kraju.

 

 

Ale to nie jedyny powód, dla którego KGP rozważa zatrudnianie cudzoziemców. Jak wyjaśnia policja, chodzi również o lepsze rozpoznanie uwarunkowań kulturowych migrantów przebywających w Polsce oraz specyfiki przestępczości wśród tej grupy. Szczególnie w kręgu zainteresowania KGP znajdują się obywatele Ukrainy, Białorusi i Gruzji, ale także innych państw.

 

Rozważane są różne formy zatrudniania cudzoziemców - zarówno na pełnoetatowe stanowiska w policji, jak i na kontrakty, np. jako konsultanci. Ponadto, by uzupełnić braki kadrowe, KGP uruchomiła policyjne kursy online dla aspirantów i podoficerów. Dzięki temu zwolnione miejsca w szkołach policji będą mogły zostać przeznaczone dla kandydatów do służby, którzy będą odbywać szkolenie podstawowe.

 

Jak podkreśla KGP, wprowadzenie kursów online nie powinno wpłynąć na jakość szkolenia policjantów. Mają one dotyczyć jedynie zajęć teoretycznych, takich jak przepisy prawa. Natomiast szkolenie z techniki i taktyki będzie się odbywać w tradycyjnej formie, a egzaminy również pozostaną bez zmian.

 

Warto przypomnieć, że Polska od ponad 10 lat zmaga się z najniższym poziomem obsady etatowej w policji. W tym roku KGP planuje przyjąć ponad 10 tysięcy nowych funkcjonariuszy, podczas gdy możliwości szkoleniowe policyjnych uczelni pozwalają na przeszkolenie zaledwie 6 tysięcy osób.

 

Dlatego KGP poszukuje różnych rozwiązań, by uzupełnić braki kadrowe. Zatrudnianie cudzoziemców to tylko jeden z elementów tej strategii. Jej celem jest nie tylko zwiększenie liczby funkcjonariuszy, ale także dostosowanie składu osobowego policji do zmieniającej się rzeczywistości - w tym rosnącej liczby migrantów w naszym kraju.

 


Kapsuły SpaceX stały się kluczowe dla przyszłości lotów załogowych USA

SpaceX dokonało prawdziwego przełomu w branży lotów kosmicznych, wprowadzając na rynek swoje wielokrotnie użytkowane kapsuły Dragon. W przeciwieństwie do jednorazowych radzieckiej rakiety Sojuz czy amerykańskich wahadłowców, elementy systemu SpaceX mogą być odzyskiwane i ponownie wykorzystywane, znacząco obniżając koszty lotów załogowych.

 

Obecnie SpaceX dysponuje czterema kapsułami Dragon zdolnymi do lotów w kosmos - Endeavour, Resilience, Endurance i Freedom. Te pojazdy wielokrotnego użytku, choć bardzo wytrzymałe, nie mogą latać w przestrzeń kosmiczną w nieskończoność. Ich elementy ulegają stopniowemu zużyciu pod wpływem ekstremalnych warunków panujących na orbicie.

 

Każda z kapsuł Dragon jest przygotowana do około siedmiomiesięcznego pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Po tym czasie ich niezawodność może okazać się niewystarczająca dla bezpieczeństwa załogi. Szczególnie narażone na zniszczenie są panele słoneczne znajdujące się w module techniczno-towarowym, który oddzielany jest podczas lądowania.

 

Dotychczas kapsuły SpaceX odbyły łącznie 13 lotów orbitalnych, wynosząc na orbitę 49 astronautów. Większość misji była realizowana na zamówienie NASA, ale były też loty prywatne, jak Inspiration4. Początkowo Dragon miał lądować z wykorzystaniem silników, ale ostatecznie powrót na Ziemię odbywa się w tradycyjny sposób - w oceanie.

 

Choć część elementów kapsuły musi być wymieniana po każdym locie, to większość pojazdu może być poddana renowacji i ponownie użyta. NASA zgodziła się na wielokrotne loty Dragonami, ustalając jednak limit pięciu lotów dla każdej kapsuły. Po przekroczeniu tej liczby nie będą one już spełniały wymagań agencji dotyczących bezpieczeństwa.

 

Endeavour, który właśnie wrócił z misji, osiągnął ten limit, a kolejne kapsuły zbliżają się do granicy. Zamiast budować zupełnie nowe jednostki, SpaceX i NASA postanowiły zbadać możliwość przedłużenia przydatności istniejących pojazdów. Być może uda się uzyskać certyfikację na kolejne pięć lotów dla każdej kapsuły, po czym proces ten będzie powtarzany.

 

Choć SpaceX deklaruje, że Dragony są zdolne do nawet 15 lotów, realnie liczba ta będzie prawdopodobnie niższa. Niemniej jednak wielokrotne wykorzystywanie tych samych pojazdów kosmicznych to prawdziwa rewolucja, która znacząco obniża koszty lotów załogowych. To właśnie SpaceX będziemy pamiętać jako firmę, która otworzyła nowy rozdział w kosmicznej eksploracji.

 


Niemiecki minister grozi "zakazami jazdy" samochodami w weekendy, by walczyć ze zmianami klimatu

Koalicja rządząca w Niemczech od miesięcy spiera się o ustawodawstwo określające wiążące cele klimatyczne. Teraz minister transportu Volker Wissing grozi zakazem jazdy samochodem w weekendy, jeśli do lipca nie zostaną wprowadzone reformy do ustawy o ochronie klimatu.

 

Wissing, polityk liberalnej partii FDP, napisał w liście do liderów frakcji koalicji, że "fakt, że poprawka wciąż nie jest w mocy, prowadzi do znacznych niepewności prawnych i faktycznych". "Nie służy to ani klimatowi, ani reputacji rządu federalnego" - dodał.

 

Jak informuje niemiecki tabloid "Bild", Wissing stwierdził, że jedyną możliwością ograniczenia ruchu, by osiągnąć cele klimatyczne, byłyby "kompleksowe i nieokreślone zakazy jazdy w soboty i niedziele". Podkreślił, że takie rozwiązania byłyby trudne do zakomunikowania społeczeństwu.

 

Federalna koalicja rządowa, składająca się z socjaldemokratów, Zielonych i liberalnych demokratów, od miesięcy spiera się w wielu kwestiach, w tym nad kartą płatniczą dla uchodźców, niemieckim hamulcem długu i ostatnio także nad kwestią słoni!

 

Planowana nowelizacja ustawy o redukcji emisji pozwala na sprawdzanie zgodności z celami klimatycznymi, patrząc na wszystkie sektory łącznie, zamiast indywidualnie. Jeśli ogólny cel zostanie pominięty przez dwa lata z rzędu, rząd federalny będzie musiał zdecydować, w którym sektorze i jakimi środkami ma zostać osiągnięty dopuszczalny całkowity poziom emisji dwutlenku węgla do 2030 roku.

Jeśli planowane reformy nie zostaną uchwalone przez parlament do 15 lipca, Wissing ostrzegł, że resort cyfryzacji i transportu będzie zobowiązany do przedstawienia "natychmiastowego programu działania, który zapewni zgodność z rocznymi pułapami emisji w sektorze transportu" do 2030 roku - co obejmowałoby zakaz jazdy w weekendy.

 

Organizacje ekologiczne, w tym Greenpeace, Niemiecka Federacja Ochrony Środowiska i Przyrody BUND oraz Piątki dla Przyszłości, krytykują planowane zniesienie indywidualnych celów sektorowych. Obawiają się, że całościowe obliczenia mogą zaciemnić wpływ niektórych sektorów - zwłaszcza sektora transportowego, który często nie spełnia celów.

 

Liderka frakcji Zielonych Julia Verlinden stwierdziła, że twierdzenie Wissinga o zakazie jazdy w weekendy jest "po prostu nieprawdziwe". Dodała, że minister transportu nie powinien niepotrzebnie denerwować ludzi, ponieważ istnieją inne sposoby na walkę ze zmianami klimatu, takie jak ograniczenie prędkości na autostradach. Nie wiadomo jednak jak to miałoby nie zdenerwować Niemców, któzy przyzwyczaili się już do autostrad bez limitów prędkości. Po prostu, klimatyści żyją w świecie składającym się ze złudzeń i dziwią się gdy reszta społeczeństwa tego nie rozumie.

 


Niezwykły związek między poziomem CO2 a historycznymi pandemiami na podstawie badań lodu antarktycznego

Naukowcy odkryli w lodzie antarktycznym niezwykły związek pomiędzy historycznymi poziomami dwutlenku węgla w atmosferze a długotrwałymi globalnymi pandemie, co przypomina nam, jak łatwo ludzie - lub ich brak - mogą kształtować naszą planetę.

 

 

Pęcherzyki powietrza zamknięte w starożytnym lodzie są jak małe kapsułki czasu, przechwytujące małe próbki gazów z atmosfery sprzed tysięcy, a nawet milionów lat. Najlepsze rekordy z ostatnich 2000 lat pochodzą zaledwie z dwóch rdzeni lodowych, które w znacznym stopniu wpłynęły na modelowanie badań nad klimatem i cyklami węgla w erze wspólnej: rdzenia z Law Dome, wzgórza lodowego na Antarktydzie, oraz rdzenia z Zachodnioantarktycznej Platformy Lodowej (WAIS) Divide.

 

Około 2000 lat temu, na świcie ery wspólnej, rosły imperia, wybuchała Wezuwiusz, nieznane dusze skrobały zwoje pergaminu, a ludzie wciąż toczyli wojny w Europie. W wiekach poprzedzających i następujących po tym okresie, choroby takie jak dżuma i syfilis dziesiątkowały ludzkie populacje, raz po raz.

 

Pokrywając ten formatywny okres, rdzenie lodowe z Law Dome i WAIS Divide uzupełniają się nawzajem, choć są pewne niespójności między nimi w pomiarach poziomu CO2 w atmosferze. Na przykład rdzeń z Law Dome pokazuje gwałtowny spadek poziomu CO2 w ciągu 90 lat, który osiąga minimum w 1610 r. n.e.

 

Zbieg ten pokrywa się z następstwami pierwszego kontaktu między Starym a Nowym Światem, gdzie setki ludności rdzennej zmarły na choroby wprowadzone do Ameryk przez Krzysztofa Kolumba, a Europejczycy stanęli w obliczu podobnego losu po powrocie Kolumba (choć kwestia, kto zasiał które choroby, jest kwestionowana przez pojawiające się dowody).

 

Pokrywa się to również z okresem Małej Epoki Lodowcowej: NASA Earth Observatory odnotowuje trzy szczególnie zimne okresy. Jeden rozpoczął się około 1650 roku, drugi około 1770 roku, a ostatni w 1850 roku, wszystkie oddzielone okresami niewielkiego ocieplenia.

 

Uważa się, że liczba ludności na świecie spadła tak bardzo z powodu tych pandemii, że społeczności prawdopodobnie opuściły wcześniej zamieszkane obszary, umożliwiając wegetacji ponowny wzrost. Te zalesione obszary pochłonęłyby ogromne ilości CO2 z atmosfery, stąd mierzalny spadek w rdzeniu lodowym z Law Dome.

 

Jednak ponieważ znaczące wahania poziomu CO2 wykazano jako niezależne od działalności człowieka, prawdopodobnie istnieje tu znacznie większy czynnik sprawczy. Należy zauważyć, że w naszych czasach badania twierdzą, że nasz świat "zazielenia się": NASA twierdzi, że ostatnie "zazielenianie Ziemi" miało silny efekt chłodzący na ląd.

 

Rdzeń lodowy WAIS Divide nie wykazuje jednak tak dramatycznego spadku, ale raczej stopniowy spadek poziomu CO2 sięgający dalej w XVII wiek. Aby wyjaśnić te rozbieżności, paleoklimatolodzy zmierzyli poziomy CO2 w oddzielnym rdzeniu lodowym, rdzeniu lodowym Skytrain Ice Rise, który został wywiercony w latach 2018-2019 z krawędzi Zachodnioantarktycznej Platformy Lodowej.

 

Analiza sugeruje, że poziom CO2 rzeczywiście spadał w tym okresie, prawdopodobnie z powodu dużych zmian w populacji ludzkiej i roślinności lądowej. Jednakże ten spadek był bardziej stopniowy niż sugeruje rdzeń lodowy z Law Dome. Zespół następnie symulował przepływy węgla atmosferycznego w oparciu o każdy z rdzeni lodowych oraz możliwe zmiany roślinności lądowej, opierając się na przyznanych grubych szacunkach populacji.

 

Eksperci doszli do wniosku, że gwałtowny spadek CO2 w 1610 r. n.e. widoczny w rdzeniu lodowym z Law Dome jest "nieprawdopodobnie duży" i "niezgodny nawet z najbardziej ekstremalnymi scenariuszami zmian użytkowania gruntów".

 

A jednak nawet tak, może istnieć jakieś nieznane nam dotąd zdarzenie związane z sprzężeniem zwrotnym klimat-węgiel, które mogłoby wyjaśnić minimum w rekordzie z Law Dome, zauważają badacze.

 

Badanie zostało opublikowane w Nature Communications.
 


Odkryto, że kawa Arabica ma aż 350-600 tysięcy lat

Międzynarodowy zespół genetyków dokonał przełomowego odkrycia na temat jednej z najpopularniejszych odmian kawy na świecie - Arabiki. Okazuje się, że ten gatunek kawowca pojawił się w Afryce znacznie wcześniej, niż dotychczas sądzono, bo aż 350-600 tysięcy lat temu! To zupełnie zmienia naszą perspektywę na temat historii uprawy tego cenionego przez wszystkich napoju.

 

 

Naukowcy z Uniwersytetu Amerykańskiego w Buffalo, prowadzący prace nad stworzeniem wysokiej jakości genomu referencyjnego dla kawy Arabica, dokonali prawdziwej rewolucji w naszej wiedzy na temat tej rośliny. Jak wyjaśnia prof. Victor Albert, zrozumienie pochodzenia i historii upraw istniejących odmian kawy ma kluczowe znaczenie dla stworzenia nowych, lepiej dostosowanych do zmieniającego się klimatu. Analiza wykazała, że krzyżowanie, które dało początek Arabice, nastąpiło bez interwencji człowieka i miało miejsce przed uprawą kawy, a nawet przed pojawieniem się Homo sapiens.

 

Dotychczas pełne rozszyfrowanie genomu kawy Arabica stanowiło ogromne wyzwanie dla naukowców. Wynika to z niezwykle złożonej struktury genetycznej tej rośliny, która jest hybrydą dwóch różnych drzew kawowych - Coffea canephora i Coffea eugenioides.

 

Dopiero niedawno naukowcom udało się w pełni odczytać DNA tej rośliny. Aby tego dokonać, przebadali oni dokładnie strukturę genetyczną aż 39 różnych odmian uprawnych współczesnej Arabiki, a także 17 jej dzikich krewnych z różnych regionów Afryki Wschodniej. Ponadto zrekonstruowali także genom rośliny, którą badał Karol Linneusz w 1737 roku, tworząc pierwsze naukowe opisy drzew kawowych.

 

Porównanie struktury genomu tych uprawnych i dzikich odmian Arabiki pozwoliło naukowcom nie tylko ustalić czas pojawienia się tej hybrydowej formy drzew kawowych, ale także dowiedzieć się, kiedy przodkowie współczesnych odmian kawy oddzielili się od ogólnego drzewa ewolucyjnego Arabiki.

 

Okazuje się, że pierwsze zdarzenie, czyli powstanie hybrydowej formy Arabiki, miało miejsce w epoce plejstocenu, 350-600 tys. lat temu. Natomiast drugie wydarzenie, czyli oddzielenie się przodków współczesnych odmian, nastąpiło podczas ostatniego szczytu zlodowacenia, około 12-32 tys. lat temu.

Co więcej, genetycy odkryli dowody na to, że przodkowie wszystkich odmian kawy Arabica pierwotnie rosły, a następnie były uprawiane nie w Etiopii, jak sądzono dotychczas, ale w Jemenie i na afrykańskich wybrzeżach Cieśniny Bab el-Mandeb. Potwierdza to to, co indyjscy kronikarze z XVII wieku pisali o sprowadzeniu kawy do Indii i jej rozprzestrzenieniu na całym świecie.

 

Odkrycie naukowców z Uniwersytetu Amerykańskiego w Buffalo rzuca zupełnie nowe światło na to, skąd tak naprawdę pochodzi kawa Arabica. Okazuje się, że gatunek ten pojawił się na długo przed tym, jak człowiek zaczął go uprawiać, a jego przodkowie rośli w zupełnie innych rejonach niż dotychczas sądzono. To z pewnością zainspiruje badaczy do dalszych poszukiwań i pomoże w opracowaniu nowych, lepiej dostosowanych do warunków środowiskowych odmian tego cenionego na całym świecie napoju.


Paleontolodzy z Bonn rozwiązali 150-letnią zagadkę gigantycznego ichtiozaura

Dwóch paleontologów z Uniwersytetu w Bonn w Niemczech dokonało przełomowego odkrycia w dziedzinie paleontologii. Po ponad 150 latach od pierwszego znalezienia tajemniczych kości kopalnych, naukowcom udało się ustalić, że należały one do gigantycznego ichtiozaura.

 

 

Wszystko zaczęło się od odkrycia, którego dokonał w XIX wieku angielski przyrodnik i geolog Samuel Stutchbury. W formacji kostnej Aust Cliff niedaleko Bristolu natrafił on na duże fragmenty skamieniałości, których nie potrafił jednoznacznie przypisać żadnemu konkretnemu zwierzęciu. Przez ponad 150 lat naukowcy spierali się na temat tego, kto jest właścicielem tych niezwykłych kości.

 

Pojawiło się kilka hipotez, m.in. "hipoteza dinozaura", według której fragmenty mogły być częściami kości udowej lub piszczelowej zauropoda lub stegozaura. Inna teoria zakładała, że kości należały do gigantycznego ichtiozaura, na co wskazywało porównanie z opisanym szkieletem tego morskiego drapieżnika z Ameryki Północnej.

 

Dwóch paleontologów z Uniwersytetu w Bonn - Jörg Fröbisch i Nicole Klein - postanowiło rozwiązać tę paleontologiczną zagadkę. Przeprowadzili oni szczegółowe badania większości europejskich fragmentów kości, które prawdopodobnie należały do ichtiozaurów olbrzymich, a także dokonali analizy osteohistologicznej próbek.

 

Naukowcy zidentyfikowali cztery kluczowe cechy budowy tych kości, które pozwoliły im stwierdzić, że należały one do gigantycznego ichtiozaura, a nie do dinozaura. Były to m.in. ściśle podłużna architektura naczyniowa, blisko rozmieszczone znamiona wzrostu oraz liczne osteony wtórne wewnątrz pierwotnych. Ponadto struktura włókien wewnętrznych okazała się szorstka i zorientowana w siatkowatym wzorze, co całkowicie wykluczało "hipotezę dinozaura".

 

Zidentyfikowane cechy sugerują, że niezwykła struktura wewnętrznych włókien kostnych pozwalała dużym szczękom ichtiozaurów wytrzymać normalne spożycie pokarmu lub taranowanie innych zwierząt morskich. Jednocześnie kości musiały pozostać dość elastyczne i szybko rosnąć.

 

Wyniki badań naukowców z Uniwersytetu w Bonn zostały opublikowane w czasopiśmie PeerJ, a ich odkrycie stanowi ważny krok w rozwoju paleontologii. Po ponad 150 latach od pierwszego znaleziska, udało się wreszcie rozwiązać zagadkę tajemniczych kości kopalnych, które okazały się należeć do gigantycznego ichtiozaura.


Budowa dróg zagraża przetrwaniu gnu w Afryce Południowej

Międzynarodowy zespół naukowców odkrył niepokojące dowody na to, że rozwój infrastruktury drogowej w Afryce Południowej negatywnie wpływa na populacje gnu - jednych z najbardziej charakterystycznych mieszkańców tego regionu. Badania przeprowadzone przez ekspertów z Uniwersytetu w Kopenhadze wykazały, że gnu, które utraciły możliwość sezonowych migracji, charakteryzują się znacznie niższą różnorodnością genetyczną, co może zagrozić ich przetrwaniu.

 

"Odkryliśmy, że gnu, które nie mogą już swobodnie wędrować, mają niższy poziom różnorodności genetycznej. To prowadzi do ich degeneracji i izolacji genetycznej. Spodziewamy się, że w konsekwencji zmniejszy się ich zdolność do przetrwania, spadnie płodność i pogorszą się możliwości adaptacji do zmieniających się warunków środowiskowych" - powiedział Liu Xiaodong, badacz z Uniwersytetu w Kopenhadze, cytowany przez uczelnianą służbę prasową.

 

Naukowcy przeanalizowali struktury genomów 121 gnu niebieskich i 22 gnu czarnych, pochodzących z różnych regionów Afryki Wschodniej i Południowej. Pozwoliło im to określić poziom różnorodności genetycznej w poszczególnych populacjach i porównać go między grupami migrującymi a tymi, które utraciły tę zdolność.

 

Analiza wykazała, że w ciągu ostatnich 100 lat nastąpił gwałtowny wzrost częstotliwości chowu wsobnego wśród tych dwóch gatunków antylop. Dotyczy to szczególnie gnu, których populacja znacznie się zmniejszyła i uległa dużemu rozdrobnieniu na przełomie XIX i XX wieku. Tendencje te w najmniejszym stopniu dotknęły populacje gnu niebieskich zamieszkujących pustynię Kalahari oraz parki narodowe Serengeti i Etosha.

 

Porównanie wskaźników różnorodności genetycznej dla różnych grup gnu niebieskiego pokazało, że poziom ten obniżył się najbardziej w populacjach, które zaprzestały sezonowych wędrówek. Stało się tak w związku z pojawieniem się gęstej sieci dróg, linii kolejowych, ogrodzeń dla zwierząt gospodarskich i innych elementów infrastruktury ludzkiej.

"Wskaźnik heterozygotyczności, który jest miarą różnorodności genetycznej, był prawie 1,4 razy niższy w przypadku niemigujących populacji gnu z okolic Nairobi niż w przypadku sąsiednich stad migrujących z Parku Serengeti. Podobnie gnu z Parku Etosha były pod tym względem około 1,3 razy lepsze od zwierząt z rozwiniętych regionów Zimbabwe" - wyjaśnił Liu Xiaodong.

Naukowcy doszli do wniosku, że przy opracowywaniu środków ochrony gnu należy wziąć pod uwagę negatywne konsekwencje działalności człowieka. Budowa dróg, linii kolejowych i ogrodzeń ogranicza możliwość swobodnych migracji tych zwierząt, co prowadzi do spadku różnorodności genetycznej i zagraża ich przetrwaniu.

 

Kluczowe będzie odpowiednie planowanie infrastruktury, która uwzględni potrzeby migrujących zwierząt. Konieczne mogą być także działania mające na celu odtworzenie korytarzy migracyjnych w miejscach, gdzie zostały one przerwane.

 


Potężna erupcja wulkanu Ruang w Indonezji - ewakuacja całej wyspy i najwyższy alarm lotniczy

Dnia 17 kwietnia 2024 roku mieszkańcy indonezyjskiej prowincji Sulawesi Północne zostali zmuszeni do nagłej ewakuacji z powodu potężnej erupcji wulkanu Ruang. Seria silnych wybuchów, które rozpoczęły się o godzinie 17:08 czasu uniwersalnego (01:08 czasu lokalnego), doprowadziła do podniesienia alarmu lotniczego do najwyższego, czerwonego poziomu, a władze ogłosiły trzeci, przedostatni stopień zagrożenia wulkanicznego.

 

Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Heruningtyas Desi Purnamasari, urzędniczkę z Centrum Wulkanologii i Łagodzenia Zagrożeń Geologicznych (PVMBG) w Indonezji, erupcja została wywołana przez niedawne trzęsienia ziemi, które nawiedziły wyspę. "Musimy ewakuować mieszkańców z wyspy, ponieważ spodziewamy się kolejnych erupcji. Żadna aktywność nie jest dozwolona w promieniu 4 km od krateru" - powiedziała.

 

Według danych, ostatnia znacząca erupcja wulkanu Ruang miała miejsce we wrześniu 2002 roku i została sklasyfikowana jako erupcja o sile 4 w skali VEI (Wskaźnik Eksplozywności Wulkanicznej). Obecna seria wybuchów jest już drugą najpoważniejszą w historii obserwacji tego wulkanu, ustępując jedynie erupcji z 1904 roku, podczas której utworzył się kopuła lawowa w kraterze szczytowym.

 

Wulkan Ruang znajduje się na wyspie o tej samej nazwie, położonej w archipelagu Sangihe, na północ od wyspy Sulawesi. Jest to jeden z najbardziej aktywnych wulkanów w regionie, który w przeszłości wielokrotnie zagrażał okolicznym miejscowościom. Erupcje często wiązały się z tworzeniem kopuł lawowych i generowaniem niszczycielskich przepływów piroklatycznych.

 

W związku z obecną sytuacją, władze nakazały ewakuację ponad 800 mieszkańców wyspy Ruang. Osoby te zostały przewiezione na pobliską wyspę Tagulandang, gdzie zapewniono im tymczasowe schronienie. Lokalne służby ratownicze i porządkowe pracują w trybie ciągłym, by zapewnić bezpieczeństwo ludności cywilnej.

Naukowcy z PVMBG bacznie monitorują aktywność wulkanu i analizują dane, by móc przewidzieć dalszy rozwój sytuacji. Podkreślają, że kluczowe będzie utrzymanie wysokiego stopnia gotowości i sprawnej koordynacji działań ewakuacyjnych w przypadku eskalacji zagrożenia.

 

Erupcja wulkanu Ruang to kolejne poważne wyzwanie dla indonezyjskich władz, zmagających się w ostatnich latach z licznymi katastrofami naturalnymi, w tym erupcjami innych wulkanów, trzęsieniami ziemi i tsunami. Eksperci wskazują, że region Pacyfiku Zachodniego, w którym leży Indonezja, jest jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie i wulkaniczne na świecie, co zwiększa ryzyko występowania tego typu kataklizmów w przyszłości.