Czerwiec 2021

Naukowcy wyjaśniają nagłe zniknięcie jeziora na Antarktydzie

Po przeanalizowaniu zdjęć satelitarnych z Antarktydy Wschodniej naukowcy odkryli, że zimą 2019 roku z powierzchni zniknęło jezioro, w którym latem gromadziła się woda. Autorzy uważają, że masa wody przebiła się przez grubość lodowca i trafiła do oceanu. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Geophysical Research Letters.

Nie widząc jeziora na zdjęciach satelitarnych NASA ICESat-2 2020, naukowcy z Instytutu Oceanograficznego Scripps na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego oraz Instytutu Badań Morskich i Antarktycznych Uniwersytetu Tasmanii postanowili zrekonstruować historię wydarzeń. Urządzenie laserowe, w które jest wyposażony satelita ICESat-2, widzi najdrobniejsze szczegóły powierzchni nawet w nocy polarnej. 

 

Jego obrazy budowane są na podstawie odbitych impulsów fotonów wysyłanych przez laser. Analiza obrazów radarowych wykazała, że ​​w czerwcu 2019 roku duże jezioro o objętości 600-750 milionów metrów sześciennych wody zniknęło w niecały tydzień. Na jego miejscu pozostało przypominające krater zagłębienie o powierzchni około jedenastu kilometrów kwadratowych z nagromadzeniem pokruszonego lodu, który wcześniej pokrywał taflę jeziora. 

 

W tej depresji, nazywanej przez naukowców „doliną lodową”, w sezonie letnim 2020 ponownie zaczęła gromadzić się roztopiona woda, tworząc nowe jezioro, ale znacznie mniejsze od poprzedniego. Eksperci uważają, że woda zgromadzona w głębokim jeziorze otworzyła pęknięcie w szelfie lodowym pod jeziorem i wypłynęła do oceanu. 

 

Proces ten, zwany szczelinowaniem hydraulicznym, jest dość częstym zjawiskiem, prowadzącym do zapadania się niewielkich szelfów lodowych na Półwyspie Antarktycznym, gdzie w okresie południowego lata na powierzchni lodowców powstają niewielkie jeziora z roztopów. Jednak po raz pierwszy naukowcy mają do czynienia ze szczelinowaniem hydraulicznym na taką skalę - lodowiec Aymery'ego ma około 1400 metrów grubości.

 

Analiza obrazów ICESat-2 uzyskanych podczas przechodzenia po dokładnych śladach gruntu przed i po osuszeniu jeziora wykazała pionową skalę zniszczeń - powierzchnia lodu w miejscu jeziora spadła o 80 metrów, a otaczający pływający lodowiec po zrzuceniu ładunku wody podniósł się o 36 metrów!

 

Zdaniem naukowców przyszłość osuszonego jeziora pozostaje niejasna. W sezonie topnienia 2020 woda zaczęła się w nim ponownie gromadzić, ale potem jej poziom spadł. Być może, jak uważają autorzy, szczelina pod jeziorem jest otwierana tylko czasowo.

 

 


Gwałtowna burza utopiła południowe i zachodnie Niemcy

Niespodziwany huragan, przetoczył się przez północne i wschodnie regiony Niemiec. W Stuttgarcie straż pożarna otrzymała ponad 330 telefonów od poniedziałku wieczorem do wtorku rano. Ulewne deszcze, zalały kilka z miejskich tuneli. Zniszczenia objęły również część dachu Opery Narodowej w Stuttgarcie.

 

Strażacy i policja pracowali całą noc, aby uporać się ze skutkami ulewy. Rzecznik policji w Pforzheim poinformował, że w rejonie Altensteig zalanych zostało wiele ulic, zatłoczonych wąwozów i osuwisk. Kilka gwałtownych burz, nawiedziło także Nadrenię-Palatynat i część Hesji.


Źródło: @TetovaOnline (Twitter)

We wtorek rano, straż pożarna poinformowała, że ​​w rejonie Vorderpfalz odebrano 265 zgłoszeń związanych z ulewnymi deszczami. W Bawarii, burza szalała również późnym wieczorem. W bardzo krótkim czasie, w mieście Würzburg przeprowadzono 101 akcji gaśniczych i 25 akcji ratowniczych.Sytuacja na niemieckich drogach była równie katastrofalna.

 

Południowe i zachodnie landy Niemiec, Badenia-Wirtembergia, Bawaria i Hesja, zostały szczególnie dotknięte intensywnymi opadami deszczu. We wtorek rano zgłoszono dziesiątki wypadków drogowych. Na dwóch autostradach w Nadrenii-Palatynacie doszło do wypadków z ofiarami śmiertelnymi. W sumie doszło tam do siedmiu poważnych kolizji. Szczególnie niebezpieczne okazały się autostrady A3 i A48 w rejonie Montabaur Autobahn.


Mężczyzna sprzed 5000 lat został zarażony dżumą przez bobry

Naukowcy odkryli bakterię wywołującą zarazę z rodzaju Yersinia w szczątkach łowcy-zbieracza sprzed 5000 lat. Odnalezienie pałeczki dżumy w szczątkach z tak dawnego okresu, cofa pojawienie się „czarnej śmierci” o 2000 lat. Artykuł na ten temat, został opublikowany w czasopiśmie Cell Reports.

 

Czarna śmierć, zapisała się w historii ludzkości jako bakteria, która zabiła miliony ludzi w trzech kolosalnych pandemiach. Dopiero teraz okazało się, że najstarszy szczep tej choroby, pojawił się około 5000 lat temu – prawie dwa razy wcześniej niż sądzono. Łowca-zbieracz nazwany „RV 2039”, był 20-30-letnim mężczyzną i jedną z czterech osób, których szczątki wydobyto z miejsca pochówku w pobliżu Morza Bałtyckiego na Łotwie. Analiza próbek zębów i kości tego mężczyzny wykazała, że ​​jako jedyny wśród pochowanych został zarażony tą zarazą.


Pałeczka dżumy, obraz ze skaningowego mikroskopu elektronowego

Naukowcy przeprowadzili sekwencjonowanie genomu bakterii i przywrócili mu jego pierwotną formę. Autorzy uważają, że bakteria prawdopodobnie była częścią linii, która rozpoczęła się około 7000 lat temu, wkrótce po tym, gdy gatunek Yersina pestis oddzielił się od swojego poprzednika, Yersina pseudotuberculosis. Analiza wykazała, że większość kluczowych genów bakterii odpowiadających za jej śmiertelne działanie, istniała już na wczesnym etapie ewolucji.

 

Współczesne warianty dżumy zawierają jednak jedną rzecz, której brakowało niedawno odkrytemu starożytnemu szczepowi. Mowa tu o genie, który umożliwia przenoszenie choroby przez pchły. Ta adaptacja znacznie zwiększyła szybkość, z jaką bakterie dżumy mogły zarażać ludzkich gospodarzy, wnikając do organizmu i przemieszczając się do węzłów chłonnych, gdzie szybko się namnażały. To powodowało pojawianie się na skórze żywiciela bolesnych i wypełnionych ropą ran. Głównie z tego powodu, choroba ta nazywana jest dżumą dymieniczą.


Obraz mikroskopowy preparatu z pałeczkami dżumy

Ponieważ odkryty przez naukowców wczesny szczep Yersinia pestis nie był jeszcze przenoszony przez pchły, sugerują oni, że bakteria pierwotnie weszła do ciała łowcy-zbieracza poprzez ukąszenie gryzonia, prawdopodobnie bobra, który był nosicielem prekursora bakterii dżumy Yersinia pseudotuberculosis. Ten szczep, prawdopodobnie nie rozprzestrzenił się poza zarażoną osobę. Zdaniem naukowców, oznacza to, że wczesna forma Y. pestis prawdopodobnie była wolno postępującą chorobą, niezdolną do wielokrotnego przenoszenia.

 

 

 

Historycy już od dawna sugerują, że choroby zakaźne, takie jak Yersinia pestis, ewoluowały głównie w megamiastach liczących ponad 10 000 osób. Jednak 5000 lat temu to długo przed powstaniem pierwszych dużych miast. W Europie Środkowej dopiero zaczynało pojawiać się rolnictwo, a populacje były znacznie mniejsze. Przeczy to również hipotezie, jakoby pandemia wywołana przez pałeczki dżumy, doprowadziła do dużego spadku populacji w Europie Zachodniej pod koniec epoki neolitu.

 


W jądrze Ziemi mogą znajdować się ślady ekspozycji na wiatr słoneczny

Naukowcy znaleźli ślady gazów szlachetnych syntetyzowanych w głębinach Słońca w meteorycie żelaznym. Ze względu na swój skład chemiczny takie obiekty są często wykorzystywane jako modele metalowego rdzenia Ziemi. To skłania naukowcówe do snucia teorii, że burze magnetyczne mogło wpływać na jądro Ziemi.

Podczas formowania się żelaznego jądra Ziemi, co miało miejsce około 4,5 miliarda lat temu, mógł być pod wpływem wiatru słonecznego. Pokazała to analiza meteorytu znalezionego 100 lat temu.

 

Meteoryty żelazne to rzadka klasa obiektów kosmicznych. Stanowią one tylko pięć procent wszystkich znanych meteorytów znalezionych na Ziemi. Większość z tych obiektów to fragmenty większych asteroid, które stanowiły podstawę metalowych rdzeni w ciągu pierwszego do dwóch milionów lat ewolucji naszego Układu Słonecznego. 

 

Meteoryt żelazny z okręgu Washington jest obecnie badany w miejscowym Instytucie Nauk o Ziemi. Odkryto go prawie 100 lat temu. To ciało niebieskie przypomina metalowy dysk, ma sześć centymetrów grubości i waży około 5,7 kilograma. W nowym badaniu tego obiektu autorzy byli w stanie określić stosunek izotopów helu i neonu w nim za pomocą spektrometru masowego. Okazało się, że te zależności są typowe dla wiatru słonecznego.

Wyniki pomiarów pozwoliły naukowcom stwierdzić, że w jądrze naszej planety mogą znajdować się również „słoneczne” atomy gazów szlachetnych. Kolejna obserwacja naukowa potwierdza to założenie. Geochemicy znaleźli już izotopy helu i neonu w skałach magmowych wysp oceanicznych, takich jak Hawaje i Reunion. Te magmatyty powstają ze specjalnej formy wulkanizmu, której źródłem są pióropusze płaszcza. Wysoka zawartość „słonecznych” izotopów sprawia, że ​​skały te zasadniczo różnią się od płytkiego płaszcza, który charakteryzuje się aktywnością wulkaniczną podwodnych grzbietów śródoceanicznych.

 

Wyniki nowego badania potwierdzają założenie, że „słoneczne” izotopy gazów szlachetnych w pióropuszach płaszcza pochodzą z jądra planety. To z kolei oznacza, że ​​w jądrze Ziemi powinny znajdować się ślady wiatru słonecznego.


Izrael testuje powietrzną broń laserową dla samolotów

Izrael przeprowadził test prototypowej broni laserowej, przeznaczonej dla samolotów. W ramach eksperymentu działo laserowe zestrzeliło kilka dronów będących w powietrzu w odległości ponad 1 kilometra.

 

Podczas konfliktów zbrojnych, Izrael aktywnie korzysta z tarczy antyrakietowej Żelazna Kopuła. W jej skład wchodzą amerykańskie systemy Patriot, które z pomocą rakiet potrafią zestrzelić wrogie rakiety i drony w zasięgu do 70 km. Współczesne systemy laserowe mają znacznie słabszy zasięg, jednak są o wiele tańsze w użyciu. Odpalenie jednej antyrakiety Tamir to koszt ok. 100 tys. dolarów.

 

Dlatego Izrael i Stany Zjednoczone rozwijają broń laserową, a badania traktują jak inwestycję. Podczas ostatnich eksperymentów izraelskich Sił Powietrznych i firmy Elbit Systems wypróbowano nowe działo laserowe, które zamontowano na pokładzie samolotu cywilnego Cessna 208B Grand Caravan. System potrzebował zaledwie kilku sekund na zniszczenie jednego drona, który służył jako cel w teście. Szacuje się, że "pojedynczy strzał" z broni laserowej kosztuje tylko kilka dolarów.

Źródło: Elbit Systems

Eksperyment ten potwierdził, że laser pozwala skutecznie eliminować wrogie ruchome obiekty, takie jak pociski czy właśnie drony, przy bardzo niewielkich kosztach. Warto jednak dodać, że zamontowane na samolocie działo laserowe posiada znacznie mniejszy zasięg niż Patrioty - drony zostały wyeliminowane w odległości ponad 1 km.

 

Broń laserowa tego typu prawdopodobnie nie zastąpi całkowicie antyrakiet i może służyć jako dodatkowa ochrona przed wrogimi pociskami i dronami. Systemy tego typu można byłoby instalować na pokładzie samolotów, aby chronić je przed atakami lub wykorzystać wyposażone w ten sposób samoloty jako powietrzne tarcze antyrakietowe.

 


Japońscy naukowcy tworzą ryż, który sam syntetyzuje szczepionkę na cholerę

Cholera wciąż zabija do 10 tys. osób rocznie. Japońscy naukowcy opracowali nowy rodzaj szczepionki przeciwko cholerze, modyfikując genetycznie kiełki ryżu okrągłoziarnistego. Teraz ryż, dojrzewając, sam syntetyzuje toksynę cholery, która jest używana do wywołania odpowiedzi immunologicznej po zakażeniu cholerą. Szczepionka nie wymaga przechowywania w lodówce. Ziarna ryżu mieli się na proszek, wystarczy wymieszać z wodą i wypić. Nowy typ szczepionki przeszedł już pierwszą fazę badań klinicznych.

 

„Białko ryżowe działa jak naturalna kapsułka, dostarczająca antygen do jelitowego układu odpornościowego” – wyjaśnił Hiroshi Kiyono z Uniwersytetu Tokijskiego, jeden z naukowców.

 

Nowy artykuł z The Lancet Microbe szczegółowo opisał wyniki pierwszej fazy badań klinicznych szczepionki MucoRice-CTB, w których wzięło udział 40 osób. Zostali podzieleni na cztery grupy. Każdy, z wyjątkiem kontroli, otrzymał określoną dawkę leku. Każdy ochotnik przyjął cztery dawki w ciągu ośmiu tygodni.

 

Nie odnotowano żadnych znaczących skutków ubocznych. Trzy grupy wykazały pozytywną odpowiedź w zależności od dawki. Im wyższa dawka, tym wyraźniejsza odpowiedź układu odpornościowego. Jedna trzecia z nich miała minimalną reakcję. Naukowcy sugerują, że indywidualny skład mikroflory może odgrywać znaczącą rolę w skuteczności szczepionki.

 

Dokładne badanie mikroflory jelitowej uczestników wykazało, że ci, którzy wykazywali wysoki wskaźnik pozytywnych reakcji, mieli ogólnie bardziej zróżnicowaną mikroflorę. Chociaż jest to tylko spekulacja, możliwe jest, że zwiększona różnorodność może stworzyć korzystniejsze warunki dla szczepień doustnych.

 

Naukowcy planują teraz przeprowadzić podobne badanie kliniczne na przedstawicielach innych narodowości, których mikrobiota znacznie różni się od tej w Japonii.

 

Chociaż dostępne są inne doustne szczepionki przeciw cholerze, tylko MucoRice-CTB nie musi być przechowywany w lodówce. Wyeliminowanie tego wymogu upraszcza dostarczanie leku do odległych regionów i krajów rozwijających się.

 


Toshiba ustanowiła nowy rekord teleportacji kwantowej

Naukowcy z korporacji Toshiba pomyślnie przesłali informacje kwantowe przez światłowód o długości 600 km, tym samym ustanawiając nowy rekord. Eksperyment potwierdza, że jesteśmy coraz bliżej wielkoskalowych sieci kwantowych, które można wykorzystać do bezpiecznej wymiany informacji między miastami, a nawet krajami.

 

W tradycyjnych komputerach informacje są zakodowane w bitach (zera lub jedynki). Lecz w komputerach kwantowych stosuje się tzw. kubity, które mogą być zerami lub jedynkami jednocześnie. To drastycznie zwiększa ich potencjalną moc obliczeniową, co oznacza, że ​​mogą rozwiązywać problemy wykraczające poza zakres zwykłych komputerów. Kubity są jednak wrażliwe na zakłócenia ze strony środowiska - wystarczą niewielkie wahania temperatury lub wibracje, aby zakłócić transmisję danych. To utrudnia przesyłanie informacji kwantowych na duże odległości.

 

Jednak naukowcy z firmy Toshiba znaleźli rozwiązanie. Dzięki nowej technologii, która stabilizuje wahania środowiskowe, zespół zdołał przesłać zaszyfrowane kwantowo dane w światłowodzie na odległość ponad 600 km. Warto jednak dodać, że cały eksperyment został przeprowadzony na terenie laboratorium Cambridge Research Laboratory w Wielkiej Brytanii.

 

Zespół twierdzi, że technika stabilizacji zostanie wykorzystana w pierwszej kolejności w kwantowej dystrybucji klucza, co pozwoli na bezpieczne przekazywanie tajnych informacji. Dzięki zasadom mechaniki kwantowej już sama obserwacja (próba podsłuchu) zmienia klucz i sprawia, że dla potencjalnego hakera jest on bezużyteczny, a użytkownicy dowiadują się o próbie podsłuchu.

 


Minister Niedzielski zapowiada na sierpień czwartą falę koronawirusa i płatne szczepionki przeciw COVID

Minister Zdrowia Adam Niedzielski ogłosil w wywiadzie medialnym, że istnieje prawdopodobieństwo, że czwarta fala pandemii pojawi się już w II połowie sierpnia! Na dodatek ten sam minister ogłosił, że rozważane jest wprowadzenie odpłatności za trzecią i przyszłe dawki szczepień, które będą musieli sobie wstrzykiwać okresowo ci, którzy chcą cieszyć się z praw obywatelskich.

Nadchodząca czwarta fala koronawirusa jest już praktycznie przesądzona i nikogo już to nie dziwi, że wkrótce znowu pogrążymy się w pandemicznym szaleństwie. Covidek wziął urlop na wakację, jak stwierdził minister Dworczyk i wkrótce trzeba wracać do prozy życia. Od kilku tygodni obserwujemy zmasowaną operację propagandową mającą za zadanie przygotowanie ludzi do kolejnych obostrzeń i lockdownów, czyli uczynić z nich ponownie żałosnych niewolników.

 

Od początku roku słyszeliśmy cały czas, że wystarczy się zaszczepić i skończy się koszmar absurdalnych lockdownów i groteskowych maseczek, które przypominają nam, że jesteśmy niewolnikami systemu. Teraz okazuje się, że prawdą jest to co mówili od początku tzw. "foliarze" czyli według obecnej nomenklatury - wszyscy, którzy śmią mieć inne zdanie na temat przebiegu tzw. pandemii od propagandy rządowej. Okazuje się, że szczepionki nie chronią przed zakażeniem. Wystarczyło wygenerować w mediach straszny wariant koronawirusa, który powoduje śmiertelnie niebezpieczne przeziębienie i już można zaczynać cały cyrk od nowa.

 

Rządzący zapewniali, że szczepionki stręczone obywatelom, zabezpieczą ich przed zarażeniem. Teraz okazuje się, że zaszczepienie nie chroni przed COVIDem. Oficjalnie już przyznaje się, że zaszczepieni chorują, a złowrogi wariant Delta niebawem będzie dominującym na całym świecie. Przy poprzedniej fali straszono nas identycznie tzw. wariantem brytyjskim. Jednocześnie covidowi celebryci medyczni przekonują, że co prawda zaszczepieni chorują, ale lżej przechodzą zakażenie. Te same opowiastki serwowano nam przez lata w kontekście szczepionki przeciw grypie, wirusowi który wyginął w tajemniczych okolicznościach półtora roku temu.

 

Zatem okazuje się, że nawet po masowej akcji szczepień nasza sytuacja nie zmieniła się ani na jotę. Szczepionki okazują się są nieskuteczne na Deltę i niektóre rządy, jak na przykład brytyjski czy niemiecki, otwarcie już informują, że w październiku zacznie się wstrzykiwanie trzeciej zaktualizowanej dawki. Standardowo decydenci obiecują ludziom, że ta berbelucha już na pewno będzie skuteczna. I zapewne ta sama śpiewka będzie użyta przy piątej, szóstej i siódmej fali, które oczywiście będą skorelowane z sezonami grypowymi.

 

Ale to nie wszystko. Dowiedzieliśmy się również, że rząd planuje wprowadzenie odpłatności za szczepienia przeciw COVID. Potwierdził to między innymi wspomniany powyżej minister Niedzielski. Gdyby tak się stało państwo polskie stanie się kimś w rodzaju dealera narkotykowego. Dwie dawki za darmo, stworzenie sanitarnego apartheidu, a potem płatne szczepienia. Samonakręcający się biznes. Nie wiadomo do końca czy płatne miałyby być same preparaty czy też usługa zaszczepienia, co zasugerował Niedzielski.

 

Być może te sugestie szefa MZ to prymitywna akcja proszczepienna, bo dodał on, że jeśli ktoś się zaszczepi we wrześniu to wszystko odbędzie się bezpłatnie. Rządzący muszą chyba mieć wyobrażenie o Polakach jako bezkształtnej głupiej masie, która biegnie wstrzyknąć sobie eksperymentalne preparaty tylko dlatego, że są za darmo, czyli z naszych podatków.

 


Nad wulkanem Taal na Filipinach zaobserwowano największą w historii emisję dwutlenku siarki

Wysoki poziom wulkanicznej emisji dwutlenku siarki (SO2) oraz wysokie, bogate w parę pióropusze nadal emanują z głównego krateru wulkanu Taal. Jak poinformował filipiński instytut geofizyczny PHIVOLCS, tego typu aktywność trwa od zeszłego weekendu. Bezprecedensowe emisje SO2 odnotowano 28 czerwca, co spowodowało negatywne konsekwencje dla części mieszkańców mieszkających w pobliżu wulkanu.

Emisje SO2, do których doszło 28 czerwca 2021 r. wyniosły średnio 14 326 ton dziennie. To najwyższa wartość w historii odnotowana w obrębie kaldery wulkanu Taal.

 

Wysoki strumień SO2, para wodna emitowana w pióropuszach, słaby ruch powietrza i promieniowanie słoneczne będą nadal powodować smog wulkaniczny, który będzie się unosił nad regionem kaldery Taal. Jest to szczególnie dolegliwe w kierunku północno-wschodnich i wschodnich osad nad jeziorem wzdłuż obecnego kierunku wiatru.

 

PHIVOLCS zgłosił negatywny wpływ na niektórych mieszkańców miasta Lake Tanaouan i gminy Talisay, naprzeciwko wyspy wulkanicznej Taal, oraz niektórych pracowników zajmujących się rybołówstwem w jeziorze Taal. Ze względu na utrzymujące się i bezprecedensowo wysokie poziomy dwutlenku siarki emitowanego z głównego krateru wulkanu Taal, zalecono, aby lokalne władze przeprowadziły badania lekarskie w społecznościach dotkniętych smogiem w celu oceny stopnia narażenia mieszkańców na SO2 i rozważenia tymczasowej ewakuacji bardzo narażonych mieszkańców do bezpieczniejszych obszarów.

 

Władzom lokalnym polecono regularne sprawdzanie prognoz pogody i kierunku wiatru w celu oceny potencjalnego wpływu na mieszkańców gdyby emisje SO2 pozostawały na podwyższonym poziomie.


Potężna erupcja wstrząsnęła wulkanem Rincon de la Vieja na Kostaryce

Potężna erupcja freatyczna miała miejsce w wulkanie Rincon de la Vieja na Kostaryce. Mowa tu o aktywności wywołanej ciśnieniem pary wodnej powstałej po kontakcie wody z gorącą magmą.


Do erupcji doszło 28 czerwca o godzinie 11:40 UTC. Zdarzenie trwało około 3 minuty i wyrzuciło gęstą kolumnę gazu i pary, która osiągnęła wysokość 4,2 km nad poziomem morza. Popiół wulkaniczny przykrył wiele z pobliskich wiosek jednak erupcja nie spowodowała uszkodzeń budowli ani żadnych obrażeń ciała. 


Źródło: @ACGuanacaste

Komisje ds. Zapobiegania Ryzykom i Zarządzania Kryzysowego poinformowały, że sttosowny zespół zajął się oceną sytuacji. Wezwano również okolicznych ludzi, aby nie zbliżali się w okolice wulkanu. Ostatnia faza erupcji tego wulkanu trwała od 30 stycznia do 3 listopada 2020 roku.


Siły Kosmiczne USA planują przyszłe operacje wojskowe na Księżycu

Nowy raport opublikowany przez Laboratorium Badawcze Sił Powietrznych USA zakłada, że Siły Kosmiczne USA muszą przygotować się na dzień, w którym Księżyc i przestrzeń wokół niego stanie się kolejną granicą wojskową. Według raportu, amerykańskie siły kosmiczne muszą pracować nad teoretycznymi podstawami operacji w przestrzeni kosmicznej. Argumentem do tego mają być rządowe i prywatne programy kosmiczne.

 

Laboratorium Badawcze Sił Powietrznych USA od dawna zaleca władzom USA rozszerzenie wojskowych programów badawczych i technologicznych. Teraz mówi się, że w niedalekiej przyszłości, Księżyc stanie się strefą operacji wojskowych, a siły kosmiczne powinny zacząć opracowywać strategie działań wojennych. Raport skupia się zwłaszcza na tak zwanej przestrzeni cislunarnej. Jest to objętość wewnątrz orbity Księżyca, a mówiąc dokładniej przestrzeń pomiędzy orbitą geostacjonarną a orbitą księżyca.

Do tej pory, kwestie tego typu regulowały umowy z XX wieku, przy czym za najważniejsze porozumienie międzynarodowe w zakresie prawa kosmicznego, uważa się "Układ o zasadach działalności państw w zakresie badań i użytkowania przestrzeni kosmicznej łącznie z Księżycem i innymi ciałami niebieskimi" (zwany też w skrócie Traktatem o przestrzeni kosmicznej) z 1967 roku. Do tej pory, dominowało przekonanie, że przestrzeń kosmiczna jako dobro wspólne, może być użytkowana tylko w celach pokojowych. Tego typu ruchy ze strony armii USA, wywołują więc zrozumiały niepokój. Z treścią raportu możecie zapoznać się tutaj.


Szef NASA stwierdził: „nie jesteśmy sami we Wszechświecie”. Miękkiego „ujawniania” ciąg dalszy?

Za nami publikacja raportu Pentagonu na temat niezidentyfikowanych zjawisk lotniczych. Nie przyniósł on przełomu w sprawie dowodów na obecność kosmitów, ale ostatnia wypowiedź szefa najważniejszej amerykańskiej agencji kosmicznej, powinna stanowić dodatkowy bodziec do traktowania sprawy UFO bardzo poważnie.

Bill Nelson, to były astronauta, który na początku maja, został mianowany na nowego szefa NASA. Komentując ostatni raport Pentagonu, stwierdził, że „nie jesteśmy sami w Kosmosie”:

„Kosmos jest ogromny. Minęło 13,5 miliarda lat, od momentu kiedy powstał Wszechświat. To bardzo dużo. Ludzie są spragnieni informacji, więc będziemy szukać dalej.”

Wyraził nadzieję, że prawdziwą rewolucję w naszej percepcji rzeczywistości, wywoła uruchomienie Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba:

Już znajdujemy przykłady innych planet, krążących wokół innych słońc. Kiedy wystrzelimy w listopadzie teleskop Jamesa Webba, pozwoli on znaleźć dodatkowe informacje i odkryć kolejne planety.”

Nelson nie powołuje się więc na niezbite dowody, bo tych ostatecznie raport Pentagonu nie wykazał, ale na matematykę, fizykę i prawdopodobieństwo.

Bill Nelson

 

Wielu ludzi chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, że zarówno obecność innych istot pozaziemskich, jak również ich brak, są na fundamentalnym poziomie ontologicznym równowartościowe. Z jednej strony potencjał istnienia setek milionów rozwiniętych cywilizacji, z drugiej fakt, że spośród tych setek milionów, istnieje tylko jedna.

Jeśli Kosmos „żyje” od ponad 13,5 miliarda lat, a niektóre gwiazdy posiadają w swoich układach planety o kilka miliardów lat starsze niż Ziemia, to doprawdy trudno uznać, że w takim ogromie czasu, nie wyewoluowały inne inteligencje niż nasza.

Wydaje się, że podstawowy krok, jaki musi wykonać społeczeństwo, leży właśnie w uświadomieniu sobie, że miliardy lat, to naprawdę trudna do wyobrażenia skala, w której może się wydarzyć całe mnóstwo rzeczy.

Jeśli zdamy sobie sprawę, że na pewnym poziomie rozwoju technologicznego, postęp jest coraz szybszy i w coraz krótszych odstępach dochodzi do coraz bardziej radykalnych zmian w innowacjach, to łatwiej będzie pojąć, że czas istnienia oraz rozmiar Wszechświata są czynnikami wystarczającymi do tego, by bez cienia wątpliwości rozważać następstwo potencjalnego kontaktu Ziemian z innymi, być może nawet bardziej zaawansowanymi rasami, zamieszkującymi Uniwersum.

W tym aspekcie, oświadczenie szefa NASA jest bardzo cenne i dobrze, że pojawia się w tym samym czasie, co raport Departamentu Obrony USA.


Chiny wystrzelą dwa statki kosmiczne na skraj Układu Słonecznego

Chiny opracowują projekt wysłania pary statków kosmicznych - podobnej do pary Voyager wysłanej przez NASA. Urzadzenia będą miały na celu zbadanie odległych zakątków Układu Słonecznego i wejście w przestrzeń międzygwiezdną do połowy XXI wieku.

 

Celem projektu jest wysłanie statku kosmicznego na granice heliosfery, a także w obszar przestrzeni zdominowany przez wiatr słoneczny generowany przez nasze Słońce. Dzięki temu może dojść do zbadania poszczególnych obszarów tej przestrzeni i jej interakcji z ośrodkiem międzygwiazdowym.

Wedłuch chińskich oficjeli celem planowanej misji jest dotarcie na odległość 100 jednostek astronomicznych od Ziemi do 2049 roku Tak się skłąda, że to właśnie wtedy kiedy Chińska Republika Ludowa będzie obchodzić stulecie istnienia. Chińskie sondy heliosferyczne według planów zostaną wystrzelone do 2024 roku. 

 

Pierwszy z nich będzie musiała polecieć wokół Jowisza w 2029 roku, zanim skieruje się w stronę krawędzi heliosfery. Druga sonda okrąży Jowisza w 2033 r., a następnie w 2038 r. wykona asystę grawitacyjną wokół gazowego giganta Neptuna. Być może dojdzie przy okazji do eksploracji tej planety. Potencjalnie sonda mogłaby wystrzelić małą sondę badawczą na krótko przed przybyciem, przy czym główna sonda obserwowałaby jej interakcję z atmosferą Neptuna. 

Chińskie sondy zwrócą większą uwagę na heliosferę i ośrodek międzygwiazdowy. Ponadto zbadają takie zjawiska, jak anomalne promienie kosmiczne i „ściana wodorowa” na granicy Układu Słonecznego i przestrzeni międzygwiezdnej.

 

Sondy heliosferyczne CNSA będą bazować na postępach chińskiego przemysłu kosmicznego w dziedzinie napędów i stacji naziemnych, a także komunikacji w przestrzeni kosmicznej, które zostały osiągnięte w ostatnich latach. Te postępy przyczyniły się ostatnio do powodzenia misji na Marsa i powrotu próbek księżycowych, a także planowanej misji na Jowisza.

 


Latające deskorolki staną się wkrótce rzeczywistością

Założyciel i dyrektor generalny Omni Hoverboards Alexander Duru, wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa za najdłuższy lot na hoverboardzie, zapowiedział przygotowania do masowej produkcji własnych hoverboardów. Ten środek lokomocji nie ma prawdziwego kontrolera lotu, automatycznej stabilizacji, żyroskopu ani akcelerometru.

 

„To właściwie wszystko, czym musisz zarządzać” - powiedział Duru. „To jest poziom ciągu”.

 

Zamiast kontrolera lotu, hoverboard wykorzystuje platformę elektroniczną Arduino do śledzenia wejść przepustnicy i komunikowania się z elektronicznymi kontrolerami prędkości pojazdu (ESC).

 

„To najłatwiejsza rzecz, jaką możesz sobie wyobrazić” - powiedział Duru o swojej deskolotce. „Tak właściwie to twoje ciało zapewnia równowagę. Nasze mózgi mogą się wiele nauczyć i nabywają tego jako kolejnej umiejętności. To nie jest takie trudne."

 

Alexander Duru ogłosił swój cel, aby uruchomić komercyjną wersję swojego hoverboardu, a jego strona internetowa Omni Hoverboards informuje: „Bądź na bieżąco z naszą wersją kliencką”. Chociaż Duru nie ujawnił szczegółów swoich planów komercjalizacji, powiedział, że hoverboard jego firmy „stanie się produktem, którego można używać”.

 

Oczywiście problemem jest bezpieczeństwo lotów, a Duru twierdzi, że być może rynek docelowy będzie przeznaczony tylko dla wyszkolonych pilotów i osób z doświadczeniem lotniczym. Mówi, że urządzenie będzie sprzedawane jako narzędzie sportów ekstremalnych dla każdego poszukiwacza wrażeń, który chce latać w powietrzu z ogromną prędkością.

 


Czy dane wytworzone przez ludzkość mogą przetrwać miliardy lat?

Naukowcy z całego świata od dekad starają się opracować techniki zapisu danych oraz nośniki, które pomogą zarchiwizować zgromadzoną przez naszą cywilizację wiedzę nie przez kilkadziesiąt lat, ale znacznie dłużej.

Uczonym z uniwersytetu w Southampton, udało się zaprojektować nowy rodzaj nośnika danych i opracować skuteczną metodę ich zapisu i odczytu.

Wykorzystali do tego celu tak zwany laser femtosekundowy, za pomocą którego wypalają w szkle drobne plamki. Każda z kropek ma swoje konkretne miejsce w trójwymiarowej przestrzeni. Plamki mają ponadto odpowiednią wielkość i właściwy kąt nachylenia. Każdą z nich opisuje pięć liczb.

Jeśli chodzi o przechowywanie danych, to szkło jest doskonałym materiałem. Nie dość, że wykazuje stabilność struktury do temperatury nawet 1000 stopni Celsjusza, to jeśli nie przekroczy ona 190 stopni, umożliwi trwałość zapisu obliczaną na 13,8 miliarda lat! Jest to więc czas porównywalny z obecnym wiekiem naszego Wszechświata!

Dzięki trójwymiarowej strukturze posiada ono także wielką gęstość. W krążku, którego średnica wynosi kilka centymetrów, a grubość mniej niż centymetr, można zapisać 360 terabajtów danych.

W tej chwili trwają przygotowania do seryjnej produkcji takich urządzeń. Co zrozumiałe, znajdą one przede wszystkim zastosowanie w centrach danych oraz wszelkiej maści cyfrowych repozytoriach.

Jest więc szansa, iż wyprodukowane przez nas informacje przetrwają, nawet jeśli my znikniemy z powierzchni planety. Pytanie czy ktoś kiedyś będzie w stanie je odczytać?