Styczeń 2021

Miesiąc po niszczycielskim trzęsieniu ziemi w Chorwacji nadal pojawiają się tam duże zapadliska

Miesiąc po najpotężniejszym trzęsieniu ziemi w historii Chorwacji, które miało siłę aż 6,4 stopni w skali Richtera, mieszkańcy wciąż doswiadczają jego skutków. Nękają ich szczególnie pojawiające się powszechnie leje krasowe.

 

Epicentrum wstrząsu sejsmicznego z 29 grudnia 2020 roku, znajdowało się w okolicy miejscowości Petrinja. To właśnie w jej pobliżu nadal pojawiają się duże kratery.

 

Liczne zapadliska zanotowano we wsi Mechenchani, położonej około 25 km od epicentrum. Od czasu trzęsienia ziemi zarejestrowano w tej okolicy tysiące wstrząsów wtórnych, a każdego dnia odkrywane są nowe uszkodzenia gruntu.

 

Niektóre zapadliska mają po kilka metrów szerokości, największe do 30 metrów i więcej. Największy krater ma około 15 m głębokości, ale większość takich dołów jest obecnie wypełniona wodą, co utrudnia oszacowanie ich głębokości.

 

Istniejące zapadliska wciąż się rozrastają, a każdego dnia w okolicy otwierają się nowe. Niektóre z dołów znajdują się tak blisko domów, że istnieje obawa, że ​​niektóre z nich mogą zapaść się w ziemię.

 

Według lokalnych mieszkańców kratery zaczęły pojawiać się 2 dni przed głównym wstrząsem, ale 29 grudnia ich liczba gwałtownie wzrosła. 10 dni po trzęsieniu ziemi we wspomnianej wsi było 15 lejów krasowych i co najmniej drugie 15 w pobliżu.

 


Naukowcy stworzyli jeszcze dwa zarodki niemal wymarłego nosorożca białego północnego

Międzynarodowy zespół naukowców stworzył jeszcze dwa zarodki północnego nosorożca białego. Zwierzęta te są na skraju całkowitego wyginięcia. W ten sposób całkowita liczba żywych embrionów wzrosła do pięciu. 

Pandemia koronawirusa miała ogromny wpływ na pracę naukowców. 

„Rok 2020 był naprawdę trudnym rokiem dla nas wszystkich, ale poddanie się nie jest naturą żadnego prawdziwego naukowca” - powiedział Reuterowi lider zespołu Thomas Hildebrandt z Instytutu Zoologii i Dzikiej Przyrody im. Leibniza z siedzibą w Berlinie. „W ostatnie Święta przybyły nam dwa embriony. I bardzo nas to cieszy” 

Obecnie zarodki są umieszczone w ciekłym azocie w laboratorium we Włoszech i czekają na implantację u matek zastępczych. Pierwsze dwa zarodki powstały we wrześniu ubiegłego roku i kolejny zarodek wyprodukowany w styczniu również oczekują na wszczepienie u matek zastępczych. Naukowcy mają nadzieję, że w ciągu najbliższych dwóch dekad uda im się zwiększyć populację tych zwierząt. Jednocześnie naukowcy spodziewają się, że pierwsze młode północne nosorożce białe będą mogły się urodzić za trzy lata.

 

Ostatnie dwa północne nosorożce białe na Ziemi, samice Najin i Fatu, znajdują się teraz w rezerwacie przyrody Ol Pageta w Kenii. To od nich w 2019 roku pobrano dziesięć jaj, z których naukowcy tworzą zarodki, korzystając z materiału genetycznego uzyskanego w 2014 roku od ostatniego samca tego gatunku nosorożca. Z wielu powodów zdrowotnych Najin i Fatu nie mogą rodzić potomstwa, co zrobi samica nosorożca białego południowego również znajdująca się w rezerwacie przyrody Ol Pageta.

 

Współczesna nauka uważa, że ​​północny nosorożec biały jest szczególnym podgatunkiem nosorożców. W latach 60-tych ubiegłego wieku ich inwentarz żywy w tradycyjnym środowisku - górnego Nilu, osiągnął 20 tysięcy. Zwierzęta te zamieszkiwały tereny współczesnego Sudanu Południowego, Ugandy, Republiki Środkowoafrykańskiej i DR Konga. Jednak na początku tego tysiąclecia zwierzęta zostały niemal całkowicie wytępione, a w 2008 roku kłusownicy zabili ostatniego północnego białego nosorożca, który żył na wolności.

 


Naukowcy po raz pierwszy oszacowali masę ciemnej materii we Wszechświecie

Po wielu latach badań wciąż nie wiemy, czym jest ciemna materia, ale przynajmniej jesteśmy blisko określenia jej masy. Naukowcy po raz pierwszy zdołali określić dolną i górną granicę masy ciemnej materii. Okazuje się, że wbrew niektórym teoriom nie może być ultralekka, ani superciężka – chyba, że na ciemną materię oddziałuje nieznana nam siła.

 

Najnowszego osiągnięcia dokonał zespół badawczy z Uniwersytetu Sussex, który przyjął założenie, że jedyną siłą działającą na ciemną materię jest grawitacja. W ten sposób obliczono, że masa tej tajemniczej cząstki powinna wynosić od 10-3 eV do 107 eV (elektronowoltów). Warto dodać, że jest to znacznie węższy zakres niż 10-24 eV do 1019 eV, który postulowano dotychczas.

 

Zdaniem naukowców, jeśli w przyszłości okaże się, że masa ciemnej materii wykracza poza obliczony zakres to udowodni to obecność dodatkowej siły, która wraz z grawitacją działa na ciemną materię.

Naukowcy z zaskoczeniem przyjęli fakt, że dotychczas żaden zespół nie pomyślał o tym, aby obliczyć zakres masy ciemnej materii, wykorzystując dostępną wiedzę na temat grawitacji kwantowej.

 

Najnowsze osiągnięcie pomoże w dalszych badaniach nad ciemną na dwa sposoby – pozwolą skoncentrować się na obszarze poszukiwań ciemnej materii i pomogą w ujawnieniu, czy we Wszechświecie istnieje tajemnicza nieznana nam dodatkowa siła.

 


Naukowcy zaproponowali istnienie czarnych dziur wielkości galaktyk

Najnowsze badania sugerują istnienie niespotykanych dotąd gigantycznych czarnych dziur, które w żaden sposób nie mogą równać się z supermasywnymi czarnymi dziurami. Naukowcy nadali nawet nazwę nowym obiektom – zdumiewająco duże czarne dziury.

 

Powszechnie uważa się, że supermasywne czarne dziury powstają w galaktyce macierzystej i rosną do swoich olbrzymich rozmiarów podczas pochłaniania gwiazd i gazu z otoczenia lub w trakcie łączenia się z innymi czarnymi dziurami. Naukowcy przyjęli górną granicę masy supermasywnej czarnej dziury, która wynosi 10 miliardów mas Słońca.

 

Przykładem supermasywnej czarnej dziury jest obiekt o nazwie Sagittarius A*. Znajduje się on w centrum Drogi Mlecznej i posiada masę około 4 milionów mas Słońca. Innym przykładem jest obiekt M87*, którego masa wynosi 6,5 miliarda mas Słońca. Jednak w centrum galaktyki o nazwie Holmberg 15A odkryto czarną dziurę, której masa przekracza górną granicę 10 miliardów mas Słońca.

Droga Mleczna - źródło: NASA

Dlatego zespół naukowców, którym przewodził profesor emeritus Bernard Carr z Queen Mary University of London zaproponował istnienie „zdumiewająco dużych czarnych dziur” (stupendously large black hole – SLAB). Próbowano ustalić, w jaki sposób te monstrualne czarne dziury mogą się tworzyć i jakie mogłyby być potencjalne ograniczenia co do ich wielkości.

 

Naukowcy właściwie nie wiedzą, w jaki sposób powstają i rosną czarne dziury. Jedna z możliwości zakłada, że czarne dziury powstają w swojej galaktyce macierzystej, a następnie rosną, pożerając ogromne ilości gwiazd, gazu i pyłu oraz łącząc się z innymi czarnymi dziurami. Zgodnie z tym modelem, czarne dziury typu SLAB mogą mieć górną granicę około 50 miliardów mas Słońca.

 

Jednak dotychczas odkrywano już supermasywne czarne dziury we wczesnym Wszechświecie o masach zbyt dużych, aby mogły urosnąć w wyniku tego stosunkowo powolnego procesu od czasu Wielkiego Wybuchu. Dlatego przyjęto inną teorię, która głosi, że różna gęstość wczesnego Wszechświata mogła wytworzyć „kieszenie” na tyle gęste, że zapadały się w czarne dziury. Nie podlegałyby one ograniczeniom wielkości czarnych dziur zapadających się gwiazd i mogłyby być bardzo małe lub ogromne.

W przypadku bardzo małych czarnych dziur, jeśli istniały, prawdopodobnie wyparowałyby z powodu promieniowania Hawkinga, jednak znacznie większe obiekty mogłyby przetrwać. Przyjmując model pierwotnej czarnej dziury, naukowcy ustalili, że zdumiewająco duże czarne dziury mogą mieć masę od 100 miliardów do 1 tryliona mas Słońca.

 

Oczywiście nie ma żadnych dowodów na istnienie tak masywnych czarnych dziur, a artykuł naukowców ma jedynie rozważyć wpływ takich obiektów na przestrzeń wokół nich. Zdumiewająco duże czarne dziury, gdyby zostały odkryte, mogłyby pomóc wyjaśnić problem ciemnej materii.

 


Facebook od kilku lat pracuje nad urządzeniem do czytania w myślach

Jednym z kluczowych punktów wdrażanego obecnie "Wielkiego Resetu", będzie masowo wykorzystywana technologia kontroli myśli. Okazuje się, że giganci technologiczni, tacy jak Facebook, od lat pracują nad jej opanowaniem oraz implementacją do wszelkich celów.

Portale LifeSiteNews oraz BuzzFeed News dotarły do nagrania dźwiękowego spotkania,  w czasie którego dyrektor do spraw technologii Facebooka - Mike Schroepfer - wyjaśniał innym pracownikom tej firmy, w jaki sposób czujnik neuronowy, przekładałby myśli ludzi na polecenia komputerowe, takie jak chociażby pisanie na klawiaturze czy też trzymanie wirtualnego obiektu w grze wideo.

Co ciekawe  Schroepfer podkreślił, że kluczem do rozwoju Facebooka oraz jego najbardziej śmiałych projektów, jest zapewnienie użytkowników o najwyższych standardach dbałości o ich prywatność.

Powiedział:

Musimy budować odpowiedzialnie, aby zdobyć zaufanie i prawo do dalszego rozwoju. Konieczne jest, abyśmy zrobili to dobrze, aby ludzie na całym świecie mieli dostęp do wszystkich tych niesamowitych technologii… bez odczuwania ich wad.

Brzmi to dość dziwnie po ostatnich skandalach cenzorskich. Poza tym, trudno jest oczekiwać, że Facebook udostępniając taką technologię nie będzie chciał wykorzystywać myśli użytkowników do własnych komercyjnych celów.

Jeszcze trudniej uwierzyć w to, że owa technologia nie będzie narzędziem służb specjalnych oraz rządów, skoro jej użycie bardzo ułatwiłoby budowę skrajnie totalitarnej dystopii, jaka marzy się takim ludziom jak np. szef Światowego Forum Ekonomicznego w Davos - Klaus Schwab. On wprost mówi o używaniu interfejsów mózg-komputer, cyborgizacji społeczeństwa oraz całkowitej inwigilacji.

Facebook ma za sobą zakup start-up’u CTRL-Labs, który opracowywał specjalną opaskę na rękę, mogącą mierzyć aktywność neuronalną na podstawie fizycznych gestów i przekładać ją na sterowanie komputerowe.

Od 2019 roku gigant mediów społecznościowych pracuje ponadto nad interfejsem mózg-komputer, w którym do czytania myśli używany jest zestaw słuchawkowy zamiast opaski na rękę. 

Ów zestaw słuchawkowy opiera się na algorytmie zdolnym do dekodowania aktywności mózgu, aby natychmiast zamienić to, co mówi dana osoba, na tekst.

W jednym z postów specjaliści z Facebooka zachęcając do zgłębienia opracowywanej przez nich technologii napisali:

Wyobraź sobie świat, w którym cała wiedza, zabawa i użyteczność dzisiejszych smartfonów będą  natychmiast dostępne, całkowicie bez użycia rąk.

O technologiach rozwijanych przez Facebooka napisała gazeta „The Independent”.

Pozostaje więc uważnie śledzić postępy w tej dziedzinie i to nie tylko ze strony firmy należącej do Marka Zuckerberga. Wszystko wskazuje, że już wkrótce technologia ta stanie się tak oczywista, jak dziś wysyłanie sms-ów.

 

 

Źródła: 

https://www.lifesitenews.com/mobile/news/top-facebook-executive-reveals-details-of-new-brain-reading-device-in-leaked-audio

https://www.independent.co.uk/life-style/gadgets-and-tech/facebook-mind-reading-neural-sensor-b1774825.html


Chiny zagroziły Tajwanowi wojną

Władze Tajwanu – nieuznawanego na świecie wyspiarskiego państwa, chcą nie tylko uzyskać pełną niezależność, ale też zawiązać bliskie relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Chiny od bardzo dawna przygotowują się na taki scenariusz i ogłosiły właśnie, że „niepodległość oznacza wojnę”.

 

Pekin uznaje Tajwan jako swoje własne terytorium, które zbuntowało się i tymczasowo oddzieliło się od reszty państwa. Potwierdzają to ostatnie działania militarne wokół wyspy, a także wypowiedź rzecznika Ministerstwa Obrony Chin. Wu Qian ogłosił, że Tajwan pozostaje nieodłączną częścią Chin, a działania wojskowe prowadzone w Cieśninie Tajwańskiej mają między innymi chronić suwerenność i bezpieczeństwo narodowe.

„Ostrzegamy niepodległościowe elementy Tajwanu: ci, którzy bawią się ogniem, spalą się, a niepodległość Tajwanu oznacza wojnę” - powiedział Wu Qian, rzecznik Ministerstwa Obrony Chin.

Władze Tajwanu dążą do formalnego uzyskania niepodległości i zabiegają o wsparcie Stanów Zjednoczonych. Wyspa naraża się w ten sposób Chinom, które w ostatnich miesiącach przeprowadzały liczne ćwiczenia wojskowe w okolicy, a w zeszłym tygodniu, chińskie myśliwce i bombowce naruszyły tajwańską strefę identyfikacji obrony powietrznej.

Władze Chin uznają, że ruchy proniepodległościowe na Tajwanie stanowią obcą ingerencję w sprawy Chin. Co więcej, wielokrotnie ostrzegały przed interwencją zbrojną na wyspę. Jakby tego było mało, Tajwan posiada własne siły zbrojne i zakupuje broń od Stanów Zjednoczonych.

 

Chiny prawdopodobnie po raz pierwszy zagroziły wojną, wskazując przy tym na Tajwan. Wygląda na to, że sytuacja w tej części świata raczej nie zostanie złagodzona, a może nawet zaognić się. Nowe władze Stanów Zjednoczonych zapowiedziały już, że nie odwrócą się od Tajwanu i w tej kwestii będą kontynuować politykę Donalda Trumpa.

 


Naukowcy odkryli, że rośliny kwitnące pojawiły się w okresie przedkredowym

Naukowcy z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Chin i Szwecji dowiedzieli się, kiedy pojawiły się pierwsze rośliny kwitnące, rozwiązując w ten sposób słynną „zagadkę Darwina”.

 

Praca została opublikowana w czasopiśmie Nature Ecology & Evolution. Rośliny kwitnące (okrytozalążkowe) to dziś najliczniejsza i najbardziej zróżnicowana grupa roślin we współczesnych ekosystemach świata. Znacznie przewyższają liczbę paproci i nagonasiennych, a także obejmują prawie wszystkie rośliny uprawne, które wspierają ludzką egzystencję.

 

Jak wiemy, pochodzenie roślin kwiatowych zdziwiło Karola Darwina, ponieważ pojawiają się one raczej nagle w zapisie kopalnym. Stało się to w okresie kredowym. Co więcej, jak wskazują dane genomu, rośliny te powstały znacznie wcześniej. Zespół naukowców z Uniwersytetu we Fryburgu (Szwajcaria), Uniwersytetu w Gothenburgu (Szwecja), Chińskiej Akademii Nauk i Uniwersytetu w Bristolu (Wielka Brytania) postanowił ustalić przyczyny tej sprzeczności.

W tym celu opracowali metodę, która pozwala na oszacowanie wieku rodzin roślin okrytozalążkowych na podstawie danych kopalnych i różnorodności ich żyjących krewnych. Ponadto autorzy zastosowali złożone modelowanie, w tym dużą bazę danych znalezisk skamieniałości. Zapisy obejmowały ponad 15 000 roślin, w tym palmy, orchidee, słoneczniki i groch.

 

Wyniki pokazały, że kilka rodzin roślin kwitnących pojawiło się już w okresie jurajskim. Ale w kredzie mogły stać się najliczniejszą grupą. Naukowcy zasugerowali, że powstając w okresie jurajskim lub nawet wcześniej, okrytozalążkowe przez około 100 milionów lat kuliły się w cieniu paproci, które dominowały w starożytnych ekosystemach.

 

Podobnie jak ssaki, które powstały w czasach dinozaurów, zanim stały się dominującą grupą na planecie, przez długi czas dosłownie żyły w „cieniu” tych gigantów. Pomimo ich odkrycia autorzy nie twierdzą, że na pewno tak się stało i przyznają, że nie są pewni, czy debata na temat pochodzenia roślin kwitnących ustanie. Podkreślają też, że potrzeba więcej badań na ten temat.

 

 


Odkryto najmniejszego gada na Ziemi z zaskakująco dużymi genitaliami

Niemieccy herpetolodzy wraz ze swoimi kolegami z Madagaskaru odkryli na Madagaskarze nowy gatunek malutkich kameleonów z rodzaju Brookesia. Nazywano go Brookesia nana. Jest to najmniejszy znany kameleon i prawdopodobnie najmniejszy gad na świecie

Długość ciała dorosłego samca wynosi zaledwie 13,5 milimetra od czubka pyska do kloaki. Niestety górskie lasy zamieszkałe przez B. nana szybko zanikają pod naporem rolnictwa i towarzyszącego mu wylesiania, więc przyszłość miniaturowego gada jest wysoce niepewna. Wyniki badań zostały opublikowane w artykule w czasopiśmie Scientific Reports.

 

Madagaskar jest domem dla szerokiej gamy kameleonów. Niektóre z nich w procesie ewolucji stały się gigantami o długości ciała dochodzącej do siedemdziesięciu centymetrów. Inne, na przykład przedstawiciele endemicznego rodzaju Brookesia, wręcz przeciwnie, znacznie się zmniejszyli, zapomnieli, jak zmienić kolor i osiedlili się na dnie lasu. Rozmiar niektórych z nich jest tak skromny, że jaszczurki te należą do najmniejszych gadów na świecie, obok gekonów z rodzaju Sphaerodactylus.

Do tej pory herpetolodzy opisali około trzydziestu gatunków z rodzaju Brookesia. Jednak rzeczywista różnorodność tych maleństw jest najprawdopodobniej znacznie większa, ponieważ jego przedstawiciele nie są tak łatwi do znalezienia. Są nie tylko bardzo mali i tajemniczy, ale często mają również małe zasięgi w trudno dostępnych obszarach lasu. Nic dziwnego, że eksperci regularnie donoszą o odkryciach nowych gatunków takich kameleonów.

 

Długość ciała samicy B. nana od czubka pyska do tylnego końca kloaki wynosi zaledwie 19,2 milimetra (całkowita długość ciała wynosi 28,9 milimetra). Samiec jest jeszcze mniejszy: od czubka pyska do kloaki ma tylko 13,5 milimetra (od czubka nosa do czubka ogona - 21,6 milimetra). Dla porównania u spokrewnionego gatunku B. micra, który do tej pory uważany był za najmniejszego kameleona, minimalna długość ciała dorosłego samca od czubka pyska do kloaki wynosi 15,3 milimetra (długość ciała wraz z ogonem wynosi 22,2 milimetra). Zdaniem autorów B. nana to najmniejszy kameleon i najmniejszy gad na świecie, a samiec tego gatunku jest najmniejszym samcem spośród wszystkich owodniowców (grupa obejmująca gady, ptaki i ssaki).

 

Co ciekawe, maleńki samiec B. nana okazał się właścicielem stosunkowo dużych narządów kopulacyjnych (sparowanych hemipenisów). W stanie całkowicie odwróconym długość każdego z nich wynosi 2,5 milimetra. Inne, najmniejsze gatunki rodzaju Brookesia wykazują podobną cechę. Autorzy sugerują, że chodzi o odwrotny dymorfizm płciowy, ponieważ samice tych kameleonów są znacznie większe niż samce, te ostatnie musiały nabyć duże genitalia, aby zapłodnić swoich partnerów.

 

Podobno miniaturowa brukesia B. nana żyje wyłącznie w lasach pasma górskiego Surat, gdzie znaleziono oba znane nauce okazy. W siedlisku nowego gatunku niedawno utworzono rezerwat przyrody, ale na Madagaskarze obszary chronione rzadko zapewniają im rzeczywistą ochronę. Biorąc to wszystko pod uwagę, odkrywcy proponują od razu nadanie B. nana statusu gatunku na skraju całkowitego wyginięcia.

 

 

 


Inwazyjna roślina została oskarżona o „kradzież” wody Etiopczyków

Rozprzestrzenianie się w całej Etiopii amerykańskich krzewów z gatunku Prosopis juliflora grozi niedoborem świeżej wody zarówno dla ludzi, ich zwierząt domowych i upraw, jak i dla dzikich zwierząt i roślin. 

 

W wyniku globalizacji jednym z głównych problemów środowiskowych stały się tzw. Gatunki inwazyjne - rośliny, zwierzęta i inne organizmy, które w wyniku działalności człowieka rozprzestrzeniają się w nietypowych dla siebie ekosystemach.

 

Ekolog Urs Schaffner z Międzynarodowego Centrum Rolnictwa i Nauk Biologicznych, wraz z kolegami znaleźli kolejny przykład negatywnego wpływu gatunku inwazyjnego. W trakcie swoich badań badali skutki rozprzestrzeniania się amerykańskiego wiecznie zielonego krzewu Prosopis juliflora w Etiopii. Pochodząca z Meksyku i południowych Stanów Zjednoczonych roślina została wprowadzona do Etiopii i południowej Afryki około czterdzieści lat temu, aby ozdobić ulice i poprawić jakość gleby. Jednak stało się poważnym zagrożeniem dla lokalnej flory i fauny. Etiopscy pasterze zaczęli nawet nazywać tę roślinę „diabelskim drzewem”.

 

Faktem jest, że z powodu braku naturalnych wrogów krzew zaczął rosnąć bardzo szybko. W rezultacie w regionach gdzie występował, zaczął stopniowo zastępowaćwszystkie inne rośliny. W rezultacie gleba zaczyna się degradować, a domowe i dzikie zwierzęta roślinożerne zostały pozbawione pożywienia. Liście i pędy Prosopis juliflora zawierają neurotoksyny, więc nikt ich nie zjada.

 

Ponadto dzięki tej roślinie w Etiopii nasiliła się epidemia malarii. Faktem jest, że podczas suszy wszystkie lokalne rośliny - źródło cukrów dla nosicieli malarii, komarów - zrzucają liście. A Prosopis juliflora ich nie wyrzuca, więc nadal dostarcza komarom pożywienie. 

 

Ekolodzy interesują się też tym, jak ta cecha rośliny wpływa na dostępność wody w regionie. Odkryto, że każdy krzew Prosopis juliflora zużywa do 36 litrów wody dziennie, w zależności od średnicy pnia i warunków panujących w okolicy. W czasie suszy, kiedy wszystkie rodzime rośliny zrzucają liście, potrzebują jeszcze więcej wody. Wydaje się, że wodę tę czerpią z bardzo długich korzeni, które mogą wnikać w glebę na głębokość 50 metrów.

 

Z obliczeń naukowców wynika, że ​​łącznie amerykańskie krzewy zużywają ponad 3 mln m3 wody rocznie! Ma to niezwykle negatywny wpływ zarówno na przyrodę, jak i na gospodarkę Etiopii. Ta woda zdaniem ekologów wystarczyłaby na utrzymanie plantacji bawełny lub trzciny cukrowej o powierzchni 460 tys. ha. Sprzedaż plonów z tych plantacji przyniosłaby około 330-450 milionów dolarów.

 

Sugeruje to, że walka z rozprzestrzenianiem się Prosopis juliflora jest ważna nie tylko z punktu widzenia ochrony ekosystemów i zdrowia Etiopczyków, ale także jest korzystna ekonomicznie dla władz i mieszkańców kraju. Tego rodzaju względy skłoniły już władze Republiki Południowej Afryki, gdzie ten krzew również się rozprzestrzenia, do podjęcia walki z tym inwazyjnym gatunkiem i zaangażowania w to całej populacji. 

 


W Indonezji na jeden z domów spadł meteoryt

W Indonezji doszło do niezwykłego zjawiska kosmicznego. Na jeden z domów spadł fragment meteorytu. Przebił dach i wpadł do budynku.

 

Meteoryt zniszczył dach domu. Spadł z nieba na wioskę w środkowym Lampung w Indonezji. Do zdarzenia doszło 28 stycznia 2021 roku o godzinie 22:00 czasu lokalnego. Według naocznych świadków upadkowi meteorytu towarzyszył głośny huk, podobny do wybuchu bomby.

Po kilku minutach poszukiwań źródła eksplozji mieszkańcy wioski znaleźli ciepłą skałę w małym kraterze w wiosce Astomulio w regionie Punggur.  Inni mieszkańcy, kilka kilometrów od miejsca katastrofy, donieśli, że widzieli jasną kulę ognia spadającą z nieba.

 


W ziemski Księżyc uderzył deszcz meteorów

Obserwatorium Astronomiczne w Szardży (ZEA) zaobserwowało ślady po deszczu meteorów, jaki uderzył w nasz Księżyc. Porównując uzyskiwane w ostatnim czasie obrazy powierzchni Srebrnego Globu, przeanalizowano czas uderzeń i ustalono względne pozycje impaktów. 

Na podstawie analiz ustalono, że wystąpiła seria uderzeń meteorytów, które spadły na Księżyc 18 stycznia 2021 roku. W wyniku tych uderzeń na powierzchni naszego naturalnego satelity powstały nowe kratery o średnicy od 5 do 10 metrów.

 

Specjaliści z Sharjah Academy of Astronomy, Space Sciences and Technology (SAASST), twierdzą, że zespół naukowców pracuje obecnie nad „głębszą analizą” tych księżycowych zderzeń, aby określić źródło i masę głównego obiektu.

 

Stwierdzono, że to, co odróżnia tę serię uderzeń od wszystkich poprzednich to to, że nastąpiły one w krótkim czasie - zaledwie w ciągu jednej minuty - a eksplozje były jaśniejsze niż zwykle. Zjawiska zostały zaobserwowane za pomocą teleskopu obserwacyjnego SLIO.

 


Dziwne zdarzenia w czasie inauguracji Joe Bidena mogą wskazywać, że została ona sfałszowana

W Internecie pojawiły się dość intrygujące doniesienia sugerujące, że zaprzysiężenie Joe Bidena na prezydenta USA, było jedynie wyreżyserowanym spektaklem. Czy może być to prawda?

Nasuwa się kilka bardzo poważnych pytań o okoliczności, w jakich doszło do inauguracji prezydentury Joe Bidena.

Co jeszcze ciekawsze, być może pewne zdjęcia dokumentują, że mieliśmy i mamy do czynienia z arcydziwnym spektaklem medialnym.

Pierwsza sprawa:

Dlaczego Biden nie leciał na inaugurację Air Force One?

Druga sprawa:

Dlaczego żołnierze Gwardii Narodowej stoją do niego tyłem, gdy przejeżdża obok nich limuzyną?

Trzecia sprawa:

Dlaczego zgasł "pomnik Waszyngtona"?

Czwarta sprawa:

Czy Barack Obama z inauguracji, to hologram?

Piąta sprawa:

Pogoda w Waszyngtonie, w dniu inauguracji była piękna i słoneczna, a według prognoz miała być brzydka:

Szósta sprawa:

Z tych samych ujęć w czasie składania przysięgi zniknęły cztery osoby: kobieta w różu, kobieta w bieli, mężczyzna w czerwonym szaliku i Chińczyk:

Siódma sprawa:

Mundury "Marines" są mało uroczyste w porównaniu z poprzednimi inauguracjami:

Tak było na zaprzysiężeniu u Busha:

Ósma sprawa:

Trump miał za plecami "gabinetu owalnego" drzewa, a Biden ma... parking:

Czy "Biały Dom" Bidena to tylko studio filmowe?

Dziewiąta sprawa:

Czy Biden nosi maskę?

Dziesiąta sprawa:

Czy Biden podpisuje puste kartki papieru?

W filmie przesłanym do BitChute jakaś osoba powiedziała mu, aby „mimo wszystko to podpisał”.

https://www.bitchute.com/embed/9fACwsay0VMa/

Jedenasta sprawa:

Biden został zaprzysiężony o 11:50, a nie o 12:00. Jest to naruszenie procedury inauguracyjnej. I może oznaczać brak prawidłowego przejścia.

Sprawa dwunasta:

Czy Trump nadal ma władzę i dowodzi ze swojej rezydencji na Florydzie?

Widać, że ma podium prezydenckie do wygłaszania przemówień

Widać też, że prowadzi zdalne spotkania, które przywodzą na myśl podejrzenie, że faktycznie ciągle jednak ma władzę.

Może dla wielu z Was powyższe przykłady są naciągane, ale według mnie, jeśli ktoś chce uniknąć podejrzeń, to niedopuszcza do wyżej wymienionych sytuacji. Trudno posądzać prezydenta USA o brak powagi. A to, co się wydarzyło, rzeczywiście otwiera pole do spekulacji...

 

 


Kolejne „rewelacje” Bena Fulforda. Szczepionka na COVID-19 ma usunąć u ludzi gen odpowiedzialny za wiarę w Boga…

Benjamin Fulford to człowiek, który mówi, że wie bardzo wiele, ale niewiadomo, ile z tego „wiele” należy traktować poważnie. Jego ostatni wpis jest jednak dosyć ciekawy…

Fulford powołując się na swoich tajnych informatorów informuje, że wstrzykiwane obecnie ludziom szczepionki na COVID-19 wykorzystują technologię edycji genów CRISPR/Cas9, aby zmienić ludzkie DNA oraz strukturę mózgu.

Cel?  

Usunięcie genów związanych z wiarą religijną i dodanie genów w celu zwiększenia produkcji dopaminy.

Skutek?

To uczyni ludzi biernymi i szczęśliwymi, bez względu na to, co ich rząd im zrobi.

Gen o nazwie VMAT2 jest związany z wiarą w mistykę i religię. Ponoć, jeśli usunie się ten gen, wyeliminowany zostanie z ludzkich zachowań fundamentalistyczny fanatyzm.

Efekt uboczny?

Wszelkie inne doświadczenia religijne i wiara w Boga również zostaną wyeliminowane.

Dzięki tej szczepionce ludzie mają być szczęśliwi przez cały czas, ponieważ produkcja dopaminy w ich mózgach zostanie zwiększona. To powstrzyma ich przed przemocą i sprawi, że staną się bezbronni.

Plan „Wielkiego Resetu” zakłada, że będziemy szczęśliwi nie mając niczego na własność. Czy szczepionka ma w tym pomóc? Czy chcą nas zmienić w szczęśliwe, ale duchowo puste owieczki, które zostały genetycznie zaprogramowane, aby być posłuszne bez względu na wszystko?

Czy na tym ma polegać koniec religii?

Wierzyć?

Nie wierzyć?

 

Źródło: https://meditation539.com/2021/01/28/benjamin-fulford-hollywoodzkie-efekty-specjalne-nie-uratuja-od-bankructwa-usa-inc/


Naukowiec proponuje, aby ludzkość skupiła się na kolonizacji pasa planetoid

Wizje skolonizowania najbliższych Ziemi obiektów skalistych stały się tak popularne, że planowane są już pierwsze załogowe misje kosmiczne. Największą popularnością cieszą się Księżyc i Mars, choć sporo mówi się również o kolonizacji bardzo nieprzyjaznej planety Wenus. Jednak zdaniem jednego naukowca, osiedlanie się na dowolnej planecie innej niż Ziemia może przysporzyć więcej problemów niż jest to tego warte.

 

Pekka Janhunen, astrofizyk z Fińskiego Instytutu Meteorologicznego w Helsinkach uważa, że najlepszym rozwiązaniem byłaby kolonizacja pasa asteroid, a konkretniej – orbity planety karłowatej Ceres. Jego propozycja zakłada budowę megasatelity, który składałby się z tysięcy cylindrycznych statków kosmicznych, połączonych ze sobą wewnątrz ramy w kształcie dysku. Kolonia miałaby stale okrążać Ceres – największy obiekt w pasie planetoid między Marsem a Jowiszem.

 

Janhunen obliczył, że każde cylindryczne siedlisko mogłoby pomieścić ponad 50 tysięcy ludzi. Kolonia mogłaby również wspierać sztuczną atmosferę i generować grawitację podobną do ziemskiej dzięki sile odśrodkowej.

Ceres - źródło: NASA

Naukowiec wybrał Ceres, ponieważ planeta karłowata jest bogata w azot, który miałby kluczowe znaczenie dla rozwoju sztucznej atmosfery w kolonii, a zamiast budować siedliska na powierzchni Ceres, której promień jest 13-krotnie mniejszy od Ziemi, lepiej zagospodarować orbitę. Surowce mogłyby być przenoszone z powierzchni planety karłowatej do kolonii z pomocą wind kosmicznych.

 

Pekka Janhunen wskazuje również, że średnia odległość od Ziemi do Ceres jest porównywalna do Marsa. Co więcej, niska grawitacja na Czerwonej Planecie może na dłuższą metę bardzo negatywnie wpłynąć na zdrowie kolonizatorów. Tymczasem na Ceres, sztuczna grawitacja skutecznie rozwiązałaby ten problem.

 

Pomysł fińskiego astrofizyka posiada istotne zalety – kolonię na orbicie Ceres można powiększać praktycznie w nieskończoność poprzez dodawanie nowych cylindrycznych siedlisk do istniejących. Natomiast prawidłowe umieszczenie dwóch szklanych luster pozwoliłby odbijać wystarczającą ilość naturalnego światła słonecznego do każdego siedliska i możliwa byłaby uprawa żywności. Jednak pewne kwestie pozostały niewyjaśnione. Budowa takiej struktury byłaby bardzo czasochłonna i kosztowna. Nie wiadomo również, skąd osadnicy mieliby pobierać tlen – sprowadzanie go z Ziemi byłoby nieopłacalne. Natomiast wydobywanie surowców na Ceres wymagałoby zastosowania autonomicznych robotów górniczych przystosowanych do warunków kosmicznych, czyli technologii, która wciąż nie jest dostępna.

 


Tajemnicze zgony wśród polskiej elity aktorów - czy jest to efekt działania "eksperymentalnego preparatu biologicznego" ?

Większość ludzi inteligentnych, którzy zapoznali się z literaturą, zdaje sobie sprawę z zagrożenia jakie występuje po przyjęciu "standardowej szczepionki". Jednak sprawa zagrożeń jakie powodują tzw. "szczepionki mRNA" jest przez media ukrywana, a przecież poważni lekarze, profesorzy oraz doktorzy ostrzegają przed przyjmowaniem tajemniczej substancji genetycznych poprzez wstrzyknięcia. Nawet FDA (Amerykańska Agencja Żywności i Leków) będąca jednym z promotorów szczepienia "szczepionkami DNA", nie odważyła się scharakteryzować tych „szczepionek” inaczej niż „eksperymentalny biologiczny preparat”.

Zakwalifikowała w ten sposób całe przedsięwzięcie jako „kliniczny test”. Tak więc po raz pierwszy w historii świata przeprowadza się kliniczne badania na całej Ludzkości i to pod przymusem! Informacja o zakwalifikowaniu tzw.  "szczepionki mRNA" jako „eksperymentalnego biologicznego preparatu” przez tak poważnąinstytucję jest czymś sensacyjnym, jednak wszystkie media milczą w tym temacie ! Niedawno mieliśmy pokazywany przez wszystkie stacje telewizyjne spektakl albo film odcinkowy-sensacyjny o środowisku aktorów, które jakoby zaszczepiło się poza kolejnością.

Możliwe, że ktoś podpuścił aktorów, albo sami się nakręcili, słuchając stacji telewizyjnych i ruszyli w popłochu by przyjąć do własnych organizmów genetyczną substancję, a dokładniej „eksperymentalny biologiczny preparat" ! I tu pojawia się pytanie. W styczniu 2021 roku mamy śmierć rysownika Jerzego Chmielewskiego ("Papcio chmniela"), a także Ryszarda Kotysa ("Paździocha"), dobiegła nas informacja że aktor Piotr Fronczewski jest w stanie krytycznym. Ktoś, w związku z akcją szczepienia, mógłby zadać pytanie czy przypadkiem osoby wymienione nie przyjęły "doświadczalnego biologicznego preparatu", po którym opuścili ten wymiar, a jedna walczy o życie ?