Październik 2020

Rothschild, Bank Światowy i dowód na to, że pandemia COVID-19 ma trwać do końca marca 2025 roku!

Ostatnie niezależne dochodzenie internautów pokazuje bardzo wyraźnie, że tzw. „pandemia COVID-19” został zaplanowana przez elity kilka lat temu i ma potrwać kilka lat.

Okazuje się, że testy na COVID-19 zostały opatentowane przez Richarda A. Rothschilda  13 października 2015 roku.  Co prawda rzecznik prasowy Europejskiego Urzędu Patentowego - Rainer Osterwalder  powiedział agencji AFP, że zgłoszenie patentowe przed 2020 r. nie miało związku z COVID-19, ale są inne dowody, które pokazują, że jest to globalnie skoordynowana akcja, która trwa od dawna.

Dane z Europejskiego Urzędu Patentowego zostały odkryte przez kogoś 5 września 2020 roku. 6 września urząd ten nagle zmienił pierwotne oznaczenie „COVID-19” na niejasne „Zestawy testów medycznych”. Nie jest to jednak dozwolone w handlu, ponieważ zawsze musisz być konkretny, a to dlatego, że istnieje wiele rodzajów zestawów testowych do różnych chorób. Fakt, że usunęli specyfikację „COVID-19” po tym, jak te dane stały się znane na całym świecie, dowodzi, że nie chcą, aby ktokolwiek o tym wiedział. Zapomnieli jednak usunąć jeden szczegół: kod produktu dla tych „medycznych zestawów testowych” to 300215, co oznacza: „zestawy do testów COVID-19”

Dwa lata przed wybuchem COVID-19 USA, UE, Chiny oraz narody na całym świecie zaczęły eksportować miliony diagnostycznych instrumentów testowych na… COVID-19, chorobę, która podobno nawet wtedy nie istniała.

Co więcej Bank Światowy pokazuje, że COVID-19 to projekt, który ma trwać do… końca marca 2025 roku! Tak więc intencją jest kontynuowanie tego przez kolejne PIĘĆ LAT!



Do tego w 2017 roku główny epidemiolog USA Anthony Fauci z pełnym przekonaniem zapowiedział, że podczas pierwszej kadencji prezydenta Trumpa na pewno dojdzie do niespodziewanego wybuchu choroby zakaźnej.

19 grudnia 2019 roku krótko po mającym miejsce w październiku 2019 roku „ćwiczeniu przed pandemią koronawirusa” o nazwie „Event201” Bill Gates napisał na Twitterze:
 

Jestem szczególnie podekscytowany tym, co może oznaczać następny rok dla jednego z najlepszych zakupów na świecie: szczepionek.

Gates mówił też o tym, że każdy, kto nie przyjmie szczepionki na COVID-19, będzie wykluczony ze społeczeństwa:

Bill Gates uważa, że osoby nieszczepione na CoVID-19 będą wykluczone ze społeczeństwa

Ponadto w 2018 roku The Institute for Disease Modeling nakręcił film, w którym pokazują wirusa grypy pochodzącego z Chin, z obszaru Wuhan i rozprzestrzeniającego się po całym świecie, zabijając miliony. Nazwali to „symulacją globalnej pandemii grypy”. Dokładnie tak się stało dwa lata później. Dlaczego w symulacji pojawiają się Chiny i Wuhan, a nie np. Afryka, gdzie występuje znacznie więcej chorób, albo Ameryka Południowa lub Indie?

Także polski dziennikarz Mariusz Max Kolonko mówił już w 2012 roku, że pandemia może być czymś zaplanowanym przez architektów NWO:

Mariusz Max Kolonko już w 2012 roku mówił o tajnym raporcie ostrzegającym przed nowym wirusem. Czy służby USA wiedziały, że wybuchnie pandemia?

Z biegiem czasu pojawia się więc coraz więcej informacji, które rzucają całkowicie nowe światło na to czym jest obecna „pandemia”. Co jeszcze wyjdzie na jaw?

 

 


Naukowcy sprzeciwiają się idei odporności stadnej na COVID-19

Ponad dwa tysiące naukowców podpisało już memorandum Johna Snowa wzywające do porzucenia idei rozwoju odporności stadnej na COVID-19. Zdaniem autorów memorandum, ze względu na chęć uzyskania odporności stadnej, osoby z niskim ryzykiem powikłań COVID-19 (młode zdrowe osoby) są w mniejszym stopniu ograniczone, aby mogły łatwo przenosić chorobę i uzyskać odporność pozakaźną. Jednak takie podejście „nie ma dowodów naukowych”, więc jego stosowanie może być niebezpieczne dla całej populacji.

 

Wysoka zaraźliwość w połączeniu z podatnością organizmu na SARS-CoV-2 stwarza warunki do jego szybkiego rozprzestrzeniania się. Śmiertelność z powodu zakażenia COVID-19 jest kilkakrotnie wyższa niż w przypadku grypy sezonowej.

 

Według stanu na 12 października 2020 r. WHO odnotowała ponad 1 milion zgonów z powodu COVID-19, a ponieważ druga fala pandemii dotknęła już Europę, świat potrzebuje jasnych i naukowych ianformacji na temat zagrożeń związanych z infekcją i skutecznych strategii ich zwalczania.

 

Ograniczenie przenoszenia wirusa zostało (i nadal jest) osiągane poprzez fizyczne zachowanie dystansu, stosowanie masek na twarz, higienę rąk i dróg oddechowych oraz unikanie tłumu i słabo wentylowane obszary. Szybkie testy, śledzenie kontaktów i izolacja przypadków również odgrywają ważną rolę w ograniczaniu przenoszenia wirusa.

 

Ponadto rządy wielu krajów nałożyły zakazy dużych zgromadzeń, aby wykluczyć naturalne zgromadzenia ludzi w transporcie i miejscach pracy, nałożyły ograniczenia na swobodny przepływ. Takie środki zapobiegły zatorom w usługach zdrowotnych i dały czas na zbudowanie systemów reagowania na pandemię w celu powstrzymania transmisji po izolacji.

 

Druga fala pandemii spowodowała ponowne zainteresowanie zjawiskiem odporności stadnej, polegającym na umożliwieniu dużym, niekontrolowanym wybuchom choroby w populacjach o niskim ryzyku poważnych powikłań przy jednoczesnej ochronie populacji wrażliwych. Zwolennicy tej koncepcji sugerują, że takie ogniska doprowadzą do rozwoju odporności po infekcji populacji w populacjach niskiego ryzyka, co ostatecznie ochroni podatną masę.

 

Autorzy memorandum stwierdzają, że jest to niebezpieczne złudzenie, niepoparte dowodami naukowymi. Każda strategia radzenia sobie z pandemią oparta na odporności pozakaźnej przeciwko COVID-19 powinna być uznana za wadliwą. Nie ma dowodów na trwałą i czynną odporność na SARS-CoV-2 po zakażeniu. Nie jest jasne, jak długo może trwać odporność ochronna i jakie jest prawdopodobieństwo ponownego zakażenia. To ostatnie nabiera szczególnego znaczenia po doniesieniach o ponownych zakażeniach COVID-19.

 

Ponadto niekontrolowane przenoszenie zakażenia wśród młodych i zdrowych ludzi niesie ze sobą istotne ryzyko zwiększonej zachorowalności i śmiertelności w całej populacji. Takie podejście może spowodować niedobory siły roboczej i załamanie się systemów opieki zdrowotnej, które nie są w stanie zapewnić doraźnej i rutynowej opieki.

 

Naukowcy uważają, że taka strategia nie zakończy pandemii COVID-19, a jedynie doprowadzi do powtarzających się epidemii, jak miało to miejsce w przypadku wielu chorób zakaźnych w erze przedszczepiennej. Takie epidemie nałożyłyby niedopuszczalne obciążenie na gospodarkę i pracowników służby zdrowia, z których wielu zmarło z powodu COVID-19.

 

Dlatego też w perspektywie krótkoterminowej prawdopodobnie konieczne będą trwałe ograniczenia w celu ograniczenia przenoszenia. Autorzy uważają, że celem tych ograniczeń jest skuteczne powstrzymanie rozprzestrzeniania się infekcji poprzez szybkie wykrywanie i lokalizowanie ognisk choroby.

 

Skuteczna reakcja na takie epidemie wymaga opracowania systemów wyszukiwania, testowania, śledzenia, izolowania i wspierania kolejnych przypadków. Kontrolowanie rozprzestrzeniania się COVID-19 wśród populacji to najlepszy sposób na ochronę społeczeństwa i gospodarki, dopóki bezpieczne i skuteczne szczepionki nie trafią do cywilnego obrotu.

 


Negowanie pandemii może zostać zagrożone ograniczeniem wolności lub grzywną

Posłowie klubu parlamentarnego Lewica zaproponowali projekt ustawy, która będzie penalizować wypowiedzi negujące istnienie pandemii koronawirusa SARS-CoV-2. Osoby tak uważające są zdaniem posłów Lewicy, zagrożeniem dla zdrowia publicznego i w związku z tym powinny być karane za to co mówią lub piszą w przestrzeni publicznej i to nawet więzieniem.

Przykręcanie wolności słowa zaczęło się od implementacji dziwnego potworka prawnego zwanego kłamstwem oświęcimskim. Nagle okazało się, że w przypadku tak zwanego holokaustu w czasie II wojny światowej, wszystko już zostało ustalone i nie wolno na przykład spierać się o liczbę ofiar tego ludobójstwa, nawet jeśłi ktoś jest historykiem. Głoszenie w tym zakresie poglądów innych od oficjalnych powodowało, że można było takiego delikwenta nazwać "kłamcą oświęcimskim" co oznaczało od razu nałożenie na niego swoistej infamii.

 

To właśnie ten precedens sprzed lat spowodował, że lewica postanowiła wykorzystać ten sam mechanizm w celu dalszego rozkręcania. Trudno się dziwić, że to właśnie oni się za to zabrali bo przecież w kwestii ograniczania wolności wypowiedzi są to specjaliści od wielu dekad. Dlatego potem wprowadzono szereg kolejnych ograniczeń ustawowych wyłączających wolność słowa zagwarantowaną w konstytucji. Wymyślono rozmaite prześladowania, mowy nienawiści i obwarowano sankcjami kolejne poglądy, które nie podobają się lewicy. Jednocześnie uczyniono to tak nieprecyzyjnie, że nikt nie wie kiedy dochodzi do wyczerpania znamion takich przestępstw, co stwarza bogate pole do interpretacji i jeszcze większego ograniczenia swobody wypowiedzi.

 

Trudno się zatem dziwić po tych wcześniejszych próbach ograniczenia wolności słowa, że lewica postanowiła błysnąć proponując kolejną ustawę, tym razem wymierzoną w osoby, które sceptycznie podchodzą do tego, że reakcja na wirusa SARS-CoV-2 jest nieodpowiednia, a on sam nie jest tak niebezpieczny jak kształtują to media. Takie opinie moga być niedozwolone jeśli PiS przychyli się do tego pomysłu posłów Lewicy.

Gdyby przegłosowano takie prawo, oznaczałoby to właściwie zakaz krytyki sposobu w jaki z pandemią radzi sobie polski rząd. Każda wypowiedź krytyczna mogłaby zostać uznana za negowanie straszności rzekomej pandemii, co okazywałoby się przestępstwem. Niestety społeczeństwo jest zdezorientowane i z łatwością zgodzi się na takie dictum. Na szczęście to nadal jest tylko szalony projekt, ale pisowski rząd może szybko podchwycić temat i jeszcze bardziej dokręcić śrubę Polakom.

 

Ukuto już nawet określenie na tych, którzy śmią kwestionować rządową reakcję na koronawirusa. Są to tak zwani denialiści covidowi, albo antycovidianie. Wcześniej wytworzono sformułowanie denialiści klimatyczni, określające wszystkich, którzy nie podzielają zdania tak zwanych ekspertów z ONZ-owskiego IPCC. Jednak nikomu jeszcze dotychczas nie przyszło do głowy, aby takie poglądy penalizować, no może poza korporacjami Google,YouTube, Twitter czy Facebook, które chętnie karają za ich publikowanie w sieciach społecznościowych rozmaitymi restrykcjami.

 

Gdyby okazało się, że dzięki sojuszowi PiS-SLD-Razem, wkrótce żadna krytyka rządowego podejścia do pandemii nie będzie mogła być legalnie wyrażana, sceptykom pozostanie udanie się na wewnętrzną emigrację.

 

 

 


Astronomowie odkryli kosmiczną katastrofę, która dotknęła naszą Galaktykę

Naukowcy z Rensselaer Polytechnic Institute w Stanach Zjednoczonych odkryli ślady zderzenia Drogi Mlecznej z galaktyką karłowatą sprzed trzech miliardów lat. Gigantyczna katastrofa doprowadziła do pojawienia się charakterystycznych struktur z gwiazd znalezionych w pobliżu konstelacji Panny. Odkrycie zostało opisane w artykule opublikowanym w Astrophysical Journal.


Analizując nowe dane, naukowcy postawili hipotezę, wedle której nadmierna gęstość w konstelacji Panny jest wynikiem zdarzenia sprzed 3 miliardów lat. Uważają oni, że wówczas jedna z pobliskich galaktyk karłowatych zderzyła się z Drogą Mleczną. Niezwykłe struktury dostrzeżone przez astronomów to zakrzywione płaszczyzny utworzone przez gwiazdy, gdy galaktyka karłowata kilkukrotnie przeszła w pobliżu centrum Drogi Mlecznej. 


Za każdym razem grawitacja ciągnęła ją do tyłu, zmuszając ją do oscylowania wokół jądra i rozpraszania gromad gwiazd. Wyniki symulacji pokazały, że nienazwana galaktyka karłowata przeszła przez centrum po raz pierwszy 2,7 ​​miliarda lat temu.

 

 


Badacze z Holandii natrafili na nieznany wcześniej gruczoł człowieka

Naukowcy z Netherlands Cancer Institute odkryli nieznany nauce organ, ukryty w ludzkiej głowie, przypominający gruczoły ślinowe. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Radiotherapy and Oncology.

 

Odkrycie nastąpiło przypadkowo, kiedy lekarze badali pacjentów z rakiem prostaty za pomocą skanera. Niespodziewanie, eksperci znaleźli na zdjęciach dwa nieznane organy.

„Dwa narządy, na które zwrócono uwagę w badaniu, mają wszystkie cechy gruczołów ślinowych” - powiedział główny autor badania, chirurg stomatolog Matthijs Walstar z Uniwersytetu Amsterdamskiego. 


Narządowi nadano nazwę „gruczołów rurkowych”, ponieważ znajdują się one powyżej grzbietu rurowego. Te nowo odkryte gruczoły, stwierdzono u wszystkich 100 pacjentów zbadanych skanerem. Naukowcy przeprowadzili także sekcję zwłok dwóch ciał, mężczyzny i kobiety, które również potwierdziły istnienie tej „struktury”. W raporcie z badań stwierdzono, że tak zwane gruczoły rurkowe nie były wcześniej opisywane w żadnym źródle naukowym.

 

 


Nowy model pokazuje szanse zarażenia COVID-19 w restauracji

Naukowcy z RIKEN Institute for Computational Science wraz z ich kolegami z Kobe University, wykonali model rozprzestrzeniania się koronawirusa podczas zwyczajnej rozmowy. Badacze modelowali tę sytuację za pomocą superkomputera Fugaku, jednego z najpotężniejszych urządzeń tego typu na świecie.


W ich modelu cztery osoby siedzą przy stole gdy jedna z nich zaczyna rozmawiać. Symulacje wykazały, że osoba siedząca obok "źródła" zakażenie, jest narażona na około pięć razy więcej cząstek aerozolu niż osoba siedząca naprzeciwko. Według naukowców najbezpieczniejsze miejsce znajduje się po przekątnej. Wyniki wskazują na to, że dociera tam nie więcej niż jedna czwarta cząstek aerozolu.

 

Symulacja pokazała również, że rozkład takich cząstek w dużym stopniu zależy od wilgotności w pomieszczeniu. Przy wilgotności poniżej 30% odległość propagacji cząstek jest podwojona w porównaniu z wilgotnością 60%. Wynika to z faktu, że przy dużej wilgotności cząsteczki sklejają się ze sobą intensywniej i szybciej osiadają. 


Oznacza to, że ​​nawilżacze powietrza, mogą pomóc zmniejszyć prawdopodobieństwo zarażenia się Covid-19. Naukowcy zalecają również zainstalowanie specjalnych przezroczystych ekranów ochronnych na stołach kawiarni i restauracji, aby odwiedzający mogli komunikować się ze sobą w jak najbezpieczniejszy sposób. Nowe ustalenia zostały szczegółowo omówione w poniższym filmiku.


Sonda OSIRIS-REx zebrała próbki materiału z asteroidy Bennu

We wtorek, sonda kosmiczna OSIRIS-REx przystąpiła do próby zebrania materiału z powierzchni asteroidy Bennu. Wszystko wskazuje na to, że misja kosmiczna agencji NASA zakończyła się sukcesem – sonda dotknęła planetoidy, zdobyła próbki i bezpiecznie oddaliła się.

 

Sonda OSIRIS-REx została wystrzelona w kosmos 8 września 2016 roku z pomocą rakiety nośnej Atlas V z przylądka Cape Canaveral na Florydzie. Na orbicie asteroidy Bennu znalazła się w 2018 roku, po czym rozpoczęła badania powierzchni tego ciała niebieskiego. Jednak najważniejszym zadaniem, jakie sonda miała do wykonania, było zebranie próbek materiału podczas bardzo krótkiego manewru Touch-And-Go (TAG).

 

Przygotowania do tej trudnej operacji rozpoczęły się we wtorek. Sonda kosmiczna OSIRIS-REx bardzo powoli i ostrożnie zbliżała się do powierzchni asteroidy Bennu, a w nocy z wtorku na środę czasu polskiego, jej zrobotyzowane ramię dotknęło powierzchni w niewielkim kraterze Nightingale i wystrzeliło sprężony azot, aby zdobyć próbki. Cała operacja potrwała zaledwie 15 sekund i została wykonana automatycznie.

 

Na chwilę obecną, wszystko wskazuje na to, że manewr TAG został wykonany pomyślnie, jednak będziemy musieli poczekać jeszcze kilka dni, aby dowiedzieć się, jaką ilość materiału udało się pobrać. Agencja NASA zamierza zdobyć próbkę o wadze co najmniej 60 gramów.

Źródło: NASA/GSFC/University of Arizona

Jeśli okaże się, że sonda kosmiczna OSIRIS-REx pobrała niewystarczającą ilość materiału, kolejna próba odbędzie się w styczniu 2021 roku. W przeciwnym wypadku, sonda kosmiczna pozostanie na orbicie asteroidy Bennu do marca 2021 roku, po czym wyruszy w kierunku naszej planety. We wrześniu 2023 roku, sonda OSIRIS-REx zrzuci próbki do atmosfery Ziemi, które powinny wylądować na poligonie na terenie amerykańskiego stanu Utah.


 

Chociaż jest to pierwsza taka misja agencji NASA, już w listopadzie 2005 roku zrobotyzowana sonda Hayabusa japońskiej agencji JAXA pomyślnie wylądowała na asteroidzie Itokawa i zebrała próbki, które sprowadziła na Ziemię w czerwcu 2010 roku. Natomiast kolejna misja Hayabusa-2 zdobyła próbki z powierzchni asteroidy Ryugu i powinna dostarczyć je na Ziemię 6 grudnia 2020 roku.

 


Brazylijski stan Sao Paulo wprowadzi obowiązkowe szczepienia na koronawirusa

Brazylijski stan São Paulo zapowiada obowiązkowe szczepienia przeciwko koronawirusowi. Mieszkańcy tego najbardziej zaludnionego obszaru w Brazylii będą otrzymywali chińską szczepionkę, która jak dotąd wykazuje się największą skutecznością i bezpieczeństwem.

Gubernator São Paulo, João Doria, ogłosił, że wszyscy mieszkańcy tego stanu, tj. około 44 miliony ludzi, będą musieli przyjąć szczepionkę na koronawirusa. Zwolnione z tego obowiązku będą tylko osoby posiadające odpowiednie zaświadczenie lekarskie. Masowe szczepienia mogą rozpocząć się na początku 2021 roku.

 

João Doria jest całkowitym przeciwieństwem prezydenta Jaira Bolsonaro, który z kolei porównuje koronawirusa do grypy i sam nie przestrzegał zarówno zasad bezpieczeństwa, jak i wprowadzonych obostrzeń. Gubernator São Paulo mówił, że Brazylia zmaga się z pandemią koronawirusa i z „wirusem Bolsonaro”.

Brazylijczycy będą otrzymywali chińskie szczepionki CoronaVac, które jak dotąd wykazują się największą skutecznością i bezpieczeństwem oraz nie wywołują żadnych poważnych niepożądanych skutków ubocznych. CoronaVac jest własnością chińskiej firmy farmaceutycznej Sinovac Biotech, która do końca 2021 roku dostarczy do Brazylii 60 milionów dawek szczepionki.

 

Brazylia ma jeden z najwyższych na świecie wskaźników zakażeń i zgonów spowodowanych chorobą Covid-19, jaką wywołuje koronawirus. Nie można wykluczyć, że obowiązkowe szczepienia zostaną wprowadzone na terenie całego państwa. Władze Brazylii planują wprowadzić dwie szczepionki – chińską CoronaVac oraz szczepionkę stworzoną przez Uniwersytet Oksfordzki i koncern farmaceutyczny AstraZeneca.

 


Wysokie spożycie cukru może powodować agresję i zaburzenie afektywne dwubiegunowe

Naukowcy przedstawili dowody na to, że zbyt duża ilość fruktozy może wywoływać u człowieka impulsywne zachowania i zwiększać ryzyko zaburzeń zachowania. Biorąc pod uwagę wysoką zawartość cukru w rafinowanej żywności, dieta może być ważnym narzędziem zapobiegania i leczenia tych schorzeń.

Zwiększone spożycie fruktozy wiąże się z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD), chorobą afektywną dwubiegunową i agresywnym zachowaniem - stwierdzili naukowcy z University of Colorado. Ich praca wskazuje na nowe prawdopodobne zagrożenia dla tych warunków.

 

Ostatnie badania wykazały, że powodem, dla którego spożycie fruktozy jest ściśle związane z rozwojem zespołu metabolicznego, jest aktywacja odpowiedzi organizmu na ciągłe poszukiwanie pożywienia i gromadzenie się tłuszczu. Było to konieczne, aby nasi przodkowie przeżyli, ale obecnie zwiększone spożycie cukru i fruktozy w żywności może prowadzić do nadpobudliwości w poszukiwaniu pożywienia.

„Przedstawiamy dowody na to, że fruktoza, obniżając energię w komórkach, wywołuje nadaktywną reakcję w poszukiwaniu pożywienia, podobną do postu” - wyjaśnił Richard Johnson, współautor badania.

Obie reakcje prowadzą do gromadzenia się kwasu moczowego w organizmie. Taka reakcja stymuluje impulsywność, podejmowanie ryzyka, pragnienie różnorodności i nowości, a także szybkie podejmowanie decyzji i agresywność. Nadmierna aktywacja tego procesu z powodu większego spożycia cukru może powodować zaburzenia zachowania, od ADHD po agresję.

 

Warto zauważyć, że wysokoglikemiczne węglowodany i słone potrawy mogą również przyczyniać się do tych stanów, ponieważ mogą być przekształcane w organizmie we fruktozę.

„Widzimy, że cukier może być czynnikiem ryzyka, ale nie neguje to znaczenia innych przyczyn zaburzeń zachowania, w tym genetycznych, emocjonalnych i innych” - podsumował Johnson.

Naukowcy będą kontynuować badania, aby potwierdzić behawioralne skutki nadmiernego spożycia cukru i zbadać potencjalne strategie leczenia chorób za pomocą inhibitorów metabolizmu fruktozy.

 


Japonia uwolni do Pacyfiku milion ton radioaktywnej wody z Fukushimy

Wkrótce minie 10 lat od wielkiej katastrofy elektrowni atomowej Fukushima, a kryzys wciąż nie został zażegnany. Co więcej, czas najwyraźniej nie jest sprzymierzeńcem Japonii, gdyż wkrótce skończy się miejsce na składowanie radioaktywnej wody. Dlatego podjęta zostanie decyzja o uwolnieniu skażonej wody do Pacyfiku.

 

Pomysł na wypompowanie radioaktywnej wody z Fukushimy do środowiska został ujawniony w 2017 roku, jednak pod wpływem protestów ekologów i lokalnych rybaków, wstrzymywano się z podejmowaniem decyzji. Z drugiej strony, Japonia nie wie, jak rozwiązać problem radioaktywnej wody, składowanej w zbiornikach na terenie obiektu, której cały czas przybywa. Dlatego ostateczna decyzja może zapaść jeszcze w tym miesiącu.

 

We wrześniu 2020 roku, w Fukushimie zmagazynowano w sumie 1,23 miliona ton radioaktywnej wody w 1044 zbiornikach. Woda została uzdatniona i usunięto z niej część zanieczyszczeń z wyjątkiem radioaktywnego trytu. Jednak ilość skażonej wody stale przybywa w tempie 170 ton na dzień i szacuje się, że do lata 2022 roku zabraknie miejsca na dalsze składowanie wody.

Dyrektor Generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Rafael Grossi twierdzi, że wypompowanie radioaktywnej wody do Pacyfiku spełnia „światowe standardy praktyki” w tej branży i jest to powszechnie stosowana metoda w elektrowniach jądrowych na całym świecie, nawet jeśli nie znajdują się w sytuacjach awaryjnych. Według agencji, odpowiednio przefiltrowaną wodę można rozcieńczyć wodą morską, a następnie bezpiecznie uwolnić do oceanu.

 

Zapewnienia agencji MAEA w żaden sposób nie uspokajają lokalnych rybaków i mieszkańców, którzy obawiają się, że konsumenci zaczną unikać owoców morza złowionych na obszarze, do którego uwolniona zostanie skażona woda. Korea Południowa i inne kraje zakazały importu japońskich owoców morza i produktów rolnych. Jeśli Japonia mimo wszystko zatwierdzi ten kontrowersyjny pomysł, uwolnienie radioaktywnej wody z Fukushimy do Pacyfiku rozpocznie się najwcześniej w 2022 roku, a cały proces potrwa około 30 lat.

 


Kardynał, który zajmował się decydowaniem, kto powinien zostać ogłoszony świętym, ukradł 454 miliony euro przeznaczone dla biednych!

O tym, że Watykan jest święty tylko z naiwnych skojarzeń wiemy nie od dziś. Ta superskryta enklawa przez setki lat ukrywała i ukrywa to, co dla niej niewygodne. Czasem jednak pewne fakty wychodzą na jaw.

Kilkanaście dni temu pojawił się raport Watykanu, który ujawnił skalę przekrętów. Wynika z niego, że z zasobów Sekretariatu Stanu wyprowadzono setki milionów euro. Pieniądze te miały trafić do biednych, tymczasem przeznaczono je m.in. na zakup rezydencji w Londynie. Zdefraudowano 454 miliony euro.

Mózgiem afery był kardynał Angelo Becciu. Przez siedem lat kierował Sekretariatem Stanu (które jest odpowiednikiem ministerstwa spraw wewnętrznych) a w czerwcu 2018 roku papież przesunął go na stanowisko prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Kardynał, który okradał Watykan z pieniędzy dla biednych, zajmował się więc decydowaniem, kto powinien zostać ogłoszony świętym! Kilka dni temu zmuszony został do podania się do dymisji.

Dotychczas pieniędzmi Stolicy Apostolskiej zarządzał były dyrektor Credit Suisse - Enrico Crasso. Zasłynął on szeregiem nietrafionych inwestycji. Chodzi między innymi o zakup ropy naftowej z Angoli oraz inwestycje w fundusze spekulacyjne z siedzibami w rajach podatkowych. Pieniądze trafiały również na niepotrzebne konsultacje, czy na zlecenia dla rodziny Becciu, którego konsultantka miała być przy okazji jego kochanką.

Trzeba czekać na dalszy rozwój wypadków, bo to nie jest ostatnia afera, jaka w najbliższej przyszłości może wypłynąć.

 

 


Człowiek zabija prawie 3 biliony zwierząt rocznie!

W znakomitej większości postrzegamy samych siebie jako przedstawicieli najważniejszego gatunku na Ziemi. Czy to jednak pozwala nam na usprawiedliwienie dla hekatomb, jakie każdego roku gotujemy niewyobrażalnej liczbie innych żywych stworzeń?

W Polsce jest ostatnio głośno o tzw. ustawie futerkowej, która ma ograniczyć liczbę bestialsko mordowanych zwierząt. Ten tekst nie powstał jednak z tego powodu. Kiedy zsumuje się bowiem łączną ilość zwierząt, które każdego roku zabijamy z różnych powodów, można dojść do bardzo smutnych egzystencjalnych wniosków.

Lew Tołstoj napisał kiedyś, że „dopóki istnieją rzeźnie, dopóty będą istniały pola bitew”. Według mnie miał rację. Nie nauczymy się pokojowego współżycia, jeśli będziemy zabijać zwierzęta.

Jak więc wygląda ta przerażająca statystyka?

W ciągu roku zabijamy nawet 2 biliony 740 miliardów ryb, 62 miliardy 230 milionów sztuk drobiu, 2 miliardy 650 milionów innych zwierząt hodowlanych, 400 milionów dzikich zwierząt oraz 200 milionów zwierząt wykorzystywanych w laboratoriach.
W sumie daje to 2 biliony 805 miliardów 480 milionów zwierząt! A nie wliczamy w to przecież owadów!

Zabija nie tylko ten, który pracuje w rzeźni, ale także ten, kto kupuje i spożywa mięso tych zwierząt. Zabija też ten, kto kupuje chociażby pamiątki takie jak np. kość słoniowa. Zabija ten, kto podnieca się, że ma buty lub torebkę ze skóry jakiegoś gada. Zabijamy większość z nas. I jakkolwiek to tłumaczymy, jakkolwiek próbujemy się wybielać, statystyka jest nieubłagana.

Chyba pora na głęboką refleksję, zwłaszcza gdy wrażenie robi na nas ponad milion domniemanych ofiar pandemii COVID-19.

 


Wybory w USA 2020 czyli dlaczego Biden lepszy niż Trump

Od lat syjonistyczna propaganda stara się ukierunkowywać opinię publiczną na rządy prawicowe, zarówno w USA jak i w Polsce. Wynika to rzecz jasna z ideologii jaka rządzi Izraelem (gdyż podstawą współpracy politycznej jest wspólnota ideologiczna) od drugiej połowy lat 70-tych a de facto od roku 1967 kiedy to kraj ten po raz pierwszy pokazał swój militarystyczno-wywiadowczy potencjał, kiedy to dzięki sprawnemu wywiadowi oraz zbudowanej dzięki Europejczykom potędze militarnej zdołał wymierzyć wyprzedzający cios sąsiedzkim państwom arabskim, które były (przynajmniej w teorii) zainteresowane zmieceniem go z powierzchni ziemi.

Oczywiście owa "prawica" musiała zostać skonfigurowana tak, aby pozbyć się z niej elementów antyżydowskich a co najmniej antyizraelskich. O ile jednak w USA udało się to zrobić, o tyle w Polsce wciąż proizraelskość kolejnych polskich rządów jest szczelnie ukrywana pod fasadą lojalności wobec USA. Krótko mówiąc wspieramy Izrael gdyż jest on sojusznikiem naszego największego sojusznika a więc Stanów Zjednoczonych. Oczywiście wsparcie Izraela przez kolejne marionetkowe rządy w Polsce bywa też ukryte pod fasadą wspierania USA. Czego najlepszym przykładem jest wypowiedź nieżyjącego od 10 kwietnia 2010 roku prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego, który będąc w Izraelu zadeklarował osobiście, że obecność żołnierzy polskich, którzy razem z reżimem amerykańskim okupują suwerenne kraje na Bliskim Wschodzie związana jest nie ze współpracą w ramach sojuszu polsko-amerykańskiego, lecz odbywa się w ramach ochraniania interesów syjonistycznych.

Krótko mówiąc Polacy giną na Bliskim Wschodzie po to, aby Żydzi w Izraelu mogli czuć się bardziej komfortowo i odczuwać mniejsze zagrożenie ze strony skonfliktowanych z nim krajów arabskich.

Takie bezinteresowne i bezmyślne poświęcanie żywej tkanki Narodu Polskiego przez ukryte pod fasadą prawicowości, konserwatyzmu oraz patriotyzmu prożydowskie elity Polski trwa właściwie już od 1990 roku, kiedy Polska oraz polskie specsłużby osłaniały emigrację Żydów z ZSRR do Izraela, która odbywała się przez dwa lata (1990-1992) z użyciem warszawskiego lotniska Okęcie, które co noc obsługiwało samoloty El Alu, wywożące przybyłych z Mińska żydowskich imigrantów z ZSRR.

Od tamtej można by powiedzieć założycielskiej misji polskich specjednostek takich jak choćby GROM zaczęła się trwająca po dziś dzień bezmyślna współpraca Polski z reżimem syjonistycznym, który poprzez siebie lub też poprzez żydowską diasporę w Ameryce przy każdej nadarzającej się okazji, kiedy polskie elity zdecydują się wykonać jakiś niepoprawny względem Żydostwa ruch, z użyciem wszelkich dostępnych środków, zaczynają atakować oraz oczerniać Polskę i Naród Polski na arenie międzynarodowej.

Do tego chóru antypolskiego plugastwa, które co jakiś czas zalewa światową opinię publiczną dołączył się także prezydent Stanów Zjednoczonych, wielbiony przez koncesjonowane elity prawicowe w Polsce Donald Trump, poprzez chociażby podpisanie osławionej już ustawy 447, która to zleca Departamentowi Stanu monitorowanie postępów w zwracaniu pożydowskiego mienia, zagrabionego Żydom przez okupantów Polski w trakcie i po II wojnie światowej, o które walczą podmioty nijak nie powiązane z przedwojennymi ich właścicielami.

Polskie elity, których władza jest umocowana w Waszyngtonie i które mogą czerpać finansowe profity z racji bycia u władzy jedynie dlatego iż Imperium Amerykańskie na obecnym etapie dziejowym potrzebuje wspomnianej już przeze mnie wspólnoty ideologicznej, aby zachować swoją globalną dominację, zdają się jednak nie zwracać uwagi na zagrożenie jakie płynie dla Polski ze strony administracji Trumpa, która jak się wydaje jak do tej pory żadna inna przedstawia radykalnie prosyjonistyczną linię polityczną w czasie kiedy cały świat, zdając sobie sprawę z potęgi muzułmańskich krajów - eksporterów ropy naftowej, zdaje się zostawiać Izrael na lodzie.

Tak samo z resztą planowała poczynić administracja Obamy (w której Biden piastował funkcję wiceprezydenta), jak się wydaje najbardziej znienawidzonego przez Izrael i żydowskie lobby prezydenta USA w historii istnienia amerykańsko-izraelskiego sojuszu, za rządów której, przypomnijmy, 16 amerykańskich tajnych służb przygotowało raport, który mówił o potrzebie ukierunkowania działania amerykańskiej administracji na realizację przede wszystkim amerykańskich interesów narodowych a nie przekładanie ponad nie interesów Izraela.

Polskie elity, jeśli nie bagatelizują tego zagrożenia to co najmniej udają że go nie ma. Robią to rzecz jasna w jednym jedynym celu - po to aby utrzymać sie u władzy. Oczywiście każdy zaznajomiony z działalnością tajnych służb państwa syjonistycznego powinien zdawać sobie sprawę, że kraj ten utrzymuje swoje wpływy w USA ale także zapewne w innych krajach przede wszystkim dzięki produkcji komprmateriałów na karierowiczów zwanych potocznie politykami, którą zajmują się różnego rodzaju Epsteiny czy inne Maxwelle.

Jednak ów element nacisku na danego polityka jest konieczny jedynie wtedy, gdy nie chce on sprzyjać interesom Izraela. W przypadku osobnika o nazwisku Donald Trump tak owe zapewne nie muszą być konieczne, z racji tego iż jego córka jest konwertytką na judaizm a więc wedle prawa mojżeszowego wnuki pana D. Trumpa są Żydami.

Krótko mówiąc: syjonistyczny aparat wywiadowczy, przekierowujący działanie Imperium Amerykańskiego na tory sprzyjające Izraelowi oraz lobby żydowskiemu, z całą pewnością będzie miał utrudnione działanie pod rządami Partii Demokratycznej oraz Joe Bidena. Nie tylko ze względu na fakt iż w bliskiej rodzinie Bidena nie ma żydowskich elementów etnicznych ani religijnych ale także ze względu na fakt iż Trump wywodzi się z protestanckiej rodziny a to protestanci z przyczyn religijnych są silnym zapleczem Syjonizmu w USA natomiast Biden jest wierzącym katolikiem natomiast jego dzieci uczęszczały do prywatnej katolickiej szkoły, zlokalizowanej w Claymont w stanie Delaware.

Polacy, którym rządowa oraz pseudoprawicowa propaganda, sączona przez różnego rodzaju "niezależne" media indoktrynuje mózgi tak, aby kierowali się przede wszystkim kwestiami ideologicznymi, stawiają rzecz jasna na Trumpa, gdyż ten (co zaprojektowali jego żydowscy doradcy oraz doradcy ich doradców) aby utrzymać się u władzy, stosuje antyimigracyjną oraz szeroko pojętą antyestablishmentową retorykę, co bardzo łatwo trafia do głów nie potrafiących analizować rzeczywistości ludzi, dla których "walka z lewactwem" stanowi jedyną inicjatywę polityczną jaką są w stanie się podjąć, nie rozumiejąc przy tym, że to w interesie USA a przede wszystkim Izraela jest utrzymanie się u władzy reprezentanta amerykańskiej prawicy Donalda Trumpa.

Dla Polski i Polaków rządy Trumpa stanowią przede wszystkim zagrożenie i to z wielu stron.

Pierwszym najważniejszym zagrożeniem jest uzależnienie jego administracji od lobby żydowskiego co będzie rzecz jasna skutkowało poparciem dla wszelakich antypolskich inicjatyw, oczerniających Polskę na arenie międzynarodowej czego skutkiem nie będzie być może wyegzekwowanie 300 mld dolarów na ile wyceniane są bezpodstawne żydowskie roszczenia, ale wykorzystanie owych roszczeń jako elementu nacisku do tego, aby polski rząd nie zbaczał z linii politycznej naznaczonej mu przez reżim w Waszyngtonie a zaprojektowanej przez izraelski sztab generalny.

Krótko mówiąc wobec ewidentnej militaryzacji amerykańskiej polityki zagranicznej poparcie dla owych roszczeń, które jasno wyraził swoim podpisem pod ustawą 447 Donald Trump może spowodować, że w przypadku kolejnej rozpętanej z inicjatywy USA awantury na Bliskim Wschodzie, polskie wojsko może zostać, wobec braku sojuszników USA w Europie, w nią wmanewrowane.

Biorąc pod uwagę, że aktualnym wrogiem Izraela numer 1 w tamtym regionie świata jest kraj tak potężny jak Iran, koszty udziału w ewentualnej wojnie mogą być dla Polski o wiele wyższe niż miało to miejsce w przypadku Iraku, gdzie naród, którego większą część stanowią szyici sam chętnie obaliłby swojego sunnickiego ciemiężcę Saddama Husseina.

Ale zagrożenie udziałem polskich wojsk w awanturze bliskowschodniej (które w przypadku rządów Bidena maleje niemal do zera, gdyż postuluje on o powrót do "irańskiego dealu nuklearnego") blednie przy zagrożeniu udziałem w jakiejś formie konfliktu zbrojnego z Chińską Republika Ludową, z którą Stany Zjednoczone z całą pewnością nie będą chciały się konfrontować militarnie, lecz zniszczyć ją za pomocą różnych gospodarczo-koronawirusowych machinacji. Jeżeli jednak to nie przyniesie skutku to konfrontacja militarna będzie koniecznością. A ponieważ oba kraje dysponują potencjałem nuklearnym, mogącym spowodować śmierć milionów niewinnych ludzi, USA zapewne będą chciały wykorzystać do walki z chińskim smokiem armie zastępcze. I tutaj udział dużego europejskiego kraju jakim jest Polska byłby dla reżimu amerykańskiego idealnym uwiarygodnieniem swojej geopolityki.

Generał Robert Spalding, jeden z twórców obecnie obowiązującej strategii bezpieczeństwa narodowego USA stwierdził w 2019 roku, że Stany Zjednoczone mają 2-3 lata na pokonanie Chin. Później może być już za późno. Biorąc pod uwagę, że przed wyborami Trump z pewnością nie chciał wykonywać jakiś bardziej agresywnych działań względem Chin, aby nie straszyć swojego potencjalnego elektoratu, od nowego roku (jeżeli rzecz jasna zostanie wybrany na drugą kadencję) z całą pewnością antychińska ofensywna ruszy pełną parą.

O ile Trump nie powinien mieć żadnych zahamowań względem Chin o tyle Biden, którego syn jest zaangażowany w działalność biznesową z chińskim bankiem centralnym a więc z chińskimi elitami finansowymi z całą pewnością tak owe zahamowania będzie miał. A dla Polski będzie stanowić to wielki plus, gdyż całkowite odcięcie Europy od towarów z Chin zlikwiduje zdrową konkurencję i spowoduje znaczny wzrost cen towarów konsumpcyjnych, na czym ucierpią przede wszystkim najmniej zamożni Polacy i inni biedni Europejczycy, co spowoduje także radykalizację przede wszystkim muzułmańsko-murzyńskich nizin społecznych w Europie zachodniej.

Rządy Bidena a więc rządy amerykańskiej lewicy spowodują także kolejne cięcia w amerykańskich spec służbach, z którymi walczą kolejni amerykańscy demokratyczni prezydenci od czasów Johna F. Kennedy'ego, który chciał nawet rozwiązać CIA. Tak więc rządy Bidena będą nie tylko hamowały zapędy amerykańskich militarystów, sprzężonych z lobby żydowskim, co zmniejszy zagrożenie wojną na Bliskim Wschodzie ale również osłabią amerykański potencjał wywiadowczy, ograniczając w ten sposób działania w stylu "regime change", destabilizujące kolejne nieprzychylne Ameryce rządy (np. rząd Białorusi). A przynajmniej przerzucą przeprowadzanie takich na sektor prywatny co znacząco osłabi ich potencjał.

Ale jest jeszcze jeden wielki plus ewentualnych rządów Joe Bidena. Tym plusem jest skłócenie Polski i USA.

W dniu dzisiejszym, kiedy pomiędzy USA a Polską panuje "wspólnota ideologiczna" Polacy de facto oddają swoją suwerenność Stanom Zjednoczonym. Przypomina to w dużej mierze sytuację Niemiec w trakcie zimnej wojny. Naród niemiecki nie musiał zbytnio się radykalizować ani prowadzić samodzielnej polityki zagranicznej, gdyż o wszystko zadbał dobry wujek zza oceanu. Efektem oddania wolności za bezpieczeństwo był wzrost nastrojów lewicowych, które nieuchronnie prowadzą do upadku społeczeństwa.

Działa to na zasadzie: po co mamy podtrzymywać reguły cywilizacji zachodniej, wielbiącej się w militaryzmie jak i tak w ostatecznym rozrachunku w sukurs przyjdą nam Amerykanie.

W ten sposób wytwarza się atmosfera nihilizmu, która prowadzić nieuchronnie w kierunku rewolucji społecznej.

Zerwanie a co najmniej osłabienie polsko-amerykańskiego sojuszu sprawi, że Polacy będą musieli w końcu spojrzeć prawdzie w oczy: mianowicie zrozumieć, że Stany Zjednoczone nie mają ŻADNEGO poważnego interesu żeby bronić terytorium Polski za wszelką cenę. Oczywiście nie mają również interesu żeby oddawać to terytorium Rosji. Jednak lata 90-te kiedy to Amerykanie podzielili się z Rosją wpływami w regionie Europy Środkowo-Wschodniej czy też konferencja w Jałcie kończąca II wojnę światową idealnie obrazują, że powtórka takiej alternatywy wcale nie jest niemożliwa w przyszłości.

Rok 1939 pokazał że opieranie się na egzotycznych sojuszach nie wróży niczego dobrego. Jednak wtedy mieliśmy 3 z najpotężniejszych armii w Europie. Dzisiaj nie tylko zawierzyliśmy swoje bezpieczeństwo jednemu krajowi ale de facto rozmontowaliśmy swój potencjał militarny i wpuściliśmy na swoje terytorium wojska okupacyjne, którym zawierzyliśmy nasz los a które w każdej chwili mogą cofnąć się za Odrę, pozostawiając nas na pastwę rewizjonistycznego imperium ze wschodu.

Wspomniany wcześniej przeze mnie gen. Spalding, doradca Trumpa ds. Chin w trakcie premiery polskiej wersji swojej książki, odpowiadając na pytanie jednego z działaczy opozycji antykomunistycznej z lat 80-tych czy Stany Zjednoczone mogą Polakom dać gwarancję tego, że nie wejdą w sojusz z Rosją przeciwko Chińczykom, stwierdził że takich gwarancji dać nie może. Krótko mówiąc: zagwarantował sobie oraz swojemu rządowi ewentualną "furtkę" w razie gdyby jednak Rosja, otoczona przez NATO i zmodernizowane na wzór zachodni byłe radzieckie republiki (w ramach doktryny Brzezińskiego) nie chciała jednak wejść w kooperację z USA przeciwko Chinom bez korzyści takich jak ponowne objęcie kontrolą obszaru postsowieckiego tudzież wycofanie wojsk USA na terytorium Niemiec.

Gdyby do władzy doszedł Biden związki polsko-amerykańskie zostałyby poluzowane a Polacy a przede wszystkim polskie elity zrozumiały by wreszcie jak kruche są egzotyczne sojusze i jak wielka jest potrzeba usamodzielnienia się Państwa Polskiego. A to przyniosłoby jedynie pozytywne rezultaty i z pewnością wyrwało by Polaków z socjalistyczno-konsumpcyjnego marazmu, w który wepchnęły nas obecne rządy. Oczywiście nie krytykuje prosocjalnych reform obecnego rządu a jedynie zwracam uwagę, że ten spokój i względny dobrobyt jaki zapanował dzięki nim wobec przemeblowania porządku światowego i powrocie geopolitycznej rywalizacji mocarstw może okazać się dla nas zabójczy.

W 1939 roku społeczeństwo polskie, na które wciąż oddziaływał kryzys roku 1929 było w ogromnej części biedne, pozbawione jakichkolwiek perspektyw. Więc biorąc udział w wojnie obronnej Polacy nie mieli tak naprawdę nic do stracenia. Dzisiaj względny dobrobyt i przeświadczenie, że dobry wujek Trump obroni nas i pozwoli zachować nam resztki suwerenności, które jeszcze posiadamy może okazać się bardzo złudne. Jednak dopóki będzie on rządził w Białym Domu i dopóki będzie istniała "wspólnota ideologiczna" pomiędzy Warszawą a Waszyngtonem, dopóty rząd pisowski będzie nas w tym złudzeniu podtrzymywał. Zmiana władzy w Białym Domu była by niczym kubeł zimnej wody wlany na głowę polskich elit, które jedynym gwarantem naszego bezpieczeństwa ochrzciły US Army - spowodowałaby że po latach politycznego marazmu i kłaniania się kolejnym amerykańskich rządom elity polskie wreszcie otrzeźwiałyby i przekierowałyby środki na odbudowę potencjału gospodarczego Polski, który jest niezbędny do odbudowy potencjału militarnego.

Znany syjonistyczny propagandzista David Horowitz w 2016 roku jeszcze przed wyborem Trumpa napisał książkę pt. "Wielka Agenda: Plan prezydenta Trumpa na rzecz ocalenia Ameryki". Dlaczego prezydenta skoro wszystko wskazywało na to że wygra Hillary Clinton?

Jak widać pan Horowitz miał jednak inne informacje.

Kilka miesięcy temu ten sam osobnik napisał książkę pod tytułem: "BLITZ: Trump rozbije lewicę i wygra". Biorąc pod uwagę jak wpływowym jest on Żydem trudno oczekiwać, aby i tym razem miał się on pomylić. Tak więc moje rozważania o plusach z racji wymiany administratora Białego Domu na 99% pozostaną jedynie teoretycznymi rozważaniami a 3 listopada okaże się, że przez kolejne 4 lata władzę w Polsce będzie sprawowała jakaś Mosbacher czy inna marionetka żydowskiego lobby a polskie czołgi będą już tankować paliwo aby wspomóc reżim syjonistyczny w przebudowie Bliskiego Wschodu tak jak życzy sobie tego jakiś Netanjahu czy inny Rothschild.

 

 


Naukowcy określili maksymalną możliwą prędkość dźwięku

Gdy mówimy o prędkości dźwięku, zwykle mamy na myśli prędkość przemieszczania się fal dźwiękowych przez powietrze. Jednak dźwięk może poruszać się znacznie szybciej przez inne media. Tymczasem międzynarodowy zespół naukowców zdołał określić maksymalną możliwą prędkość dźwięku.

 

Zespół badawczy z Queen Mary University w Londynie, Uniwersytetu w Cambridge oraz Instytutu Fizyki Wysokociśnieniowej w Troicku doszedł do wniosku, że prędkość dźwięku jest zależna od dwóch fundamentalnych stałych - stałej struktury subtelnej oraz stosunku masy protonów do elektronów. Te dwa czynniki odgrywają ogromną rolę w różnych dziedzinach nauki - w tym przypadku we właściwościach materiałów.

 

Według teorii naukowców, prędkość dźwięku powinna być uzależniona od masy atomu, a więc im mniejsza masa, tym wyższa prędkość fal dźwiękowych. Dlatego zespół skupił się na wodorze, który może być ciałem stałym tylko przy ekstremalnie wysokim ciśnieniu powyżej 1 miliona atmosfer i występuje w jądrze planet gazowych, takich jak Jowisz. W takich warunkach, wodór może z łatwością przewodzić prąd elektryczny.

 

Zespół wykorzystał mechanikę kwantową, aby sprawdzić, jak szybko dźwięk będzie się poruszał przez metaliczny wodór. Z przeprowadzonych obliczeń wynika, że prędkość ta wynosi 36 km/s – to jest ponad 100 razy szybciej niż średnia prędkość przemieszczania się fal dźwiękowych przez powietrze, która z kolei wynosi 343 m/s, a także 3 razy szybciej niż poprzednio zmierzona prędkość maksymalna 12 km/s przez diament.

 

Zdaniem naukowców, badania te mogą znaleźć dalsze zastosowania naukowe np. w fizyce materii i materiałoznawstwie. Wiedza na temat maksymalnej możliwej prędkości dźwięku pozwoli znaleźć i zrozumieć granice różnych właściwości, takich jak lepkość i przewodność cieplna - istotnych dla nadprzewodnictwa wysokotemperaturowego, plazmy kwarkowo-gluonowej, a nawet fizyki czarnych dziur.

 


Silne trzęsienie ziemi na Alasce. Powstało tsunami, które dotarło nawet na Hawaje

W pobliżu Alaski zwystąpiło dzisiaj potężne trzęsienie ziemi o sile 7,5 stopni w skali Richtera. Według United States Geological Survey (USGS) trzęsienie ziemi miało miejsce 94 km na południowy wschód od Sand Point na Alasce.

Po głównym trzęsieniu ziemi zarejestrowano dziesiątki wstrząsów wtórnych. Od razu też wystosowano ostrzeżenie przed tsunami. Okazało się, że po tak potężnym wstrząsie rzeczywiście do niego doszło. Fale o wysokości do 70 cm, pojawiły się w wielu miejscach w pobliżu wybrzeży Alaski i na najbliższych wyspach.

Fale tsunami dotarły również do ​​Wysp Hawajskich, położonych tysiące kilometrów od epicentrum trzęsienia ziemi. Wysokość fal w pobliżu hawajskiego miasta Hilo osiągnęła 27 cm.