Wrzesień 2020

Pszczoły okazały się zdolne do tresury. Zapylają to co trzeba!

Argentyńscy naukowcy byli w stanie nauczyć owady zapylania głównie słoneczników i mają teraz nadzieję powtórzyć to samo z innymi roślinami rolniczymi.

Aby osiągnąć ten wynik, grupa biologów pod kierownictwem Waltera Fariny z Uniwersytetu w Buenos Aires stworzyła specjalny sztuczny aromat, który pszczoły kojarzą z zapachem słonecznika. Jednocześnie naukowcy nie skopiowali całkowicie zapachu, ale wzięli tylko te elementy, które są ważne dla owadów. 

 

Ten aromat był następnie dodawany w ulach aż owady go zapamiętały. W rezultacie pszczoły zbierały nektar i pyłek głównie na słonecznikach, co zwiększyło plon nasion na pobliskich polach o 29 do 57%. 

 

Zespół Fariny wykazał już wcześniej, że pszczoły miodne potrafią utrwalić stabilną i długotrwałą pamięć związaną z zapachami pokarmu w gnieździe. Wiedzieli również, że wspomnienia z ulów mogą wpływać na wybory pszczół dotyczące roślin, które mają odwiedzić później.

Innymi słowy wspomnienia związane z zapachem słoneczników wpływają na preferencje smakowe pszczół. Dlatego ogólnie oczekiwano takiego wyniku, chociaż zauważono, że to zaskakujące jak długo trwał ten sztucznie indukowany efekt.

 

Dzięki tej procedurze można wpływać na aktywność żywieniową pszczół, a tym samym znacznie zwiększyć plony. Obecnie naukowcy badają inne uprawy, których plony zależą od zapylania, i zamierzają stworzyć całą linię zapachów do „szkolenia” pszczół.

 

 


Określono maksymalną możliwą masę czarnej dziury

Czarne dziury mogą urosnąć do naprawdę potwornych rozmiarów. Nowe badanie potwierdziły, że czarne dziury mogą osiągnąć „kolosalne rozmiary” osiągając masę 100 miliardów mas Słońca lub więcej.

 

Zdaniem naukowców, odkrycie takich gigantycznych czarnych dziur może rzucić światło na naturę dużej części ciemnej materii, która teoretycznie stanowi cztery piąte materii we Wszechświecie.

 

W centrum większości galaktyk, jeśli nie wszystkich, znajdują się supermasywne czarne dziury. Ich masa jest miliony lub miliardy razy większa od masy naszego Słońca, które z kolei waży 332 982 razy więcej niż Ziemia. Na przykład w centrum naszej galaktyki Drogi Mlecznej znajduje się Strzelec A *, który ma masę około 4,5 miliona Słońc.

 

Obecnie największa znana czarna dziura (kwazar TON 618) ma masę 66 miliardów mas Słońca. Sama masa TON 618 skłoniła naukowców do zastanowienia się, czy istnieją jeszcze większe czarne dziury i czy istnieją jakieś ograniczenia co do ich wielkości.

W nowym badaniu naukowcy obliczyli, że czarne dziury mogą być nawet 100 miliardów razy masywniejsze niż Słońce, ale dopóki nie uda się takiego obiektu zaobserwować, można wierzyć, że to nie jest ich limit. 

 

Astrofizycy nazwali te hipotetyczne czarne dziury „kolosalnie masywnymi” lub „kolosalnie dużymi”. Naukowcy zauważyli również, że obecnie nie ma dowodów na to, że takie czarne dziury faktycznie istnieją i może się okazać, że uda się zaobserwować taki obiekt o masie nawet większej niż 100 miliardów Słońc. 

 

 

 


Pasożyt wysysający krewetki znaleziony na północnym Pacyfiku

Naukowcy po raz pierwszy zauważyli pasożyta Orthione griffenis w pobliżu wyspy Calvert w Kolumbii Brytyjskiej. To najbardziej wysunięty na północ dowód potwierdzający pojawienie się tego pasożyta.

Orthione griffenis to organizm będący mikroskopijnym skorupiakiem - wielkości kropli wody - pochodzący z Azji i Rosji. W ciągu ostatnich 30 lat zniszczył populacje krewetek błotnych w Kalifornii i Waszyngtonie, powodując upadek delikatnych ekosystemów, w których krewetki odgrywają ważną rolę. 

 

W 2000 roku pasożyt dotarł nawet do wyspy Vancouver. Odkrycie O. griffenis na wyspie Calvert, opisane w nowych badaniach, jest skokiem pasożyta na północ o prawie 300 kilometrów. Naukowcy odkryli go w 2017 roku podczas „inwentaryzacji” organizmów morskich. 

 

Większość badaczy do tej pory zakładała, że ​​ten pasożyt zjadający krewetki rozprzestrzenia się wyłącznie poprzez transport ludzi, pokonując odległości w statkach balastowych statków. Jednak nowe odkrycie mikroskopijnego skorupiaka pokazuje, że może on samodzielnie poruszać się w wodzie na spore dystanse.

 

Ten pasożyt przed dorosłym etapie swojego cyklu łapie żywiciela pośredniego, który umożliwia organizmom podróżowanie w poszukiwaniu krewetek. W wieku dorosłym pasożyty przyczepiają się do skrzeli innego żywiciela skorupiaka - krewetki błotnej Upogebia pugettensis - i zaczynają z niego wysysać krew. Zainfekowanym krewetkom błotnym brakuje energii potrzebne nawet do rozmnażania.

 

Naukowcy obecnie śledzą rozprzestrzenianie się pasożyta na północ. Występowanie tego organizmu na wyspie Calvert wskazuje, że może wkrótce dotrzeć do północnego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej i przenieść się na Alaskę, górną granicę występowania krewetek błotnych.

 

 


W birmańskim bursztynie odkryto prehistoryczne plemniki

Naukowcy ustalili, że plemniki sprzed stu milionów lat są doskonale zachowane w skamieniałej żywicy drzew. Komórki, które są kilkakrotnie większe od ludzkich plemników, należały do malutkich stworzeń o średnicy zaledwie 0,6 mm, tzw. mikrorrustidów znanych jako małżoraczki, które nadal istnieją.

 

Szczególnie godna uwagi w przypadku tych stworzeń jest ich skłonność do wytwarzania plemników, które są dziesięć razy większe od nich samych, co jest możliwe dzięki ich zwijaniu się i podskakiwaniu w postaci małych kulek.

 

Okazało się, że bursztyn zawiera 39 oddzielnych stworzeń, a także ich gigantyczne plemniki.

 

„Fakt, że naczynia nasienne samicy są rozszerzone w wyniku wypełnienia nasieniem, wskazuje, że udana kopulacja nastąpiła na krótko przed utknięciem zwierząt w bursztynie” - piszą autorzy badania.

 

Takie odkrycie, gdy tkanka miękka utrzymuje się tak długo, jest szczególnie rzadkie.

 

Znalezisko pokazuje również, jak niewiele zmieniły się te mikroskorupiaki na przestrzeni milionów lat.

 

„Męskie klamry, pompy nasienia, hemipeny i żeńskie naczynia nasienne z olbrzymimi plemnikami ze skamieniałości małżoraczki pokazują, że repertuar reprodukcyjny związany ze znaczną adaptacją morfologiczną pozostaje niezmieniony przez co najmniej sto milionów lat” - piszą autorzy badania.

 


Naukowcy zidentyfikowali główną metodę transmisji zakażenia koronawirusem

Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych ustalili, że koronawirus SARS-CoV-2 jest przenoszony głównie przez aerozole w powietrzu, a nie przez powierzchnie płaskie. Zostało to ogłoszone w artykule opublikowanym w czasopiśmie Annals of Internal Medicine.

Amerykańscy eksperci twierdzą, że zdobyli dowody przedstawione w opisach przypadków dotyczących choroby koronawirusowej, wskazujące, że dominującą formą zarażeń SARS-CoV-2 jest transmisja oddechowa. Kluczowymi czynnikami przenoszenia jest bliskość zakażonych osób i słaba wentylacja.

 

Jednak eksperci zaznaczają, że ta transmisja wirusa jest najskuteczniejsza w bardzo krótkim okresie czasu. Zauważono, że najwięcej cząstek koronawirusa obserwuje się u osób zakażonych dzień przed pojawieniem się pierwszych objawów. Następnie w ciągu tygodnia ich liczba stopniowo maleje, a wraz z tym maleje teźż szansa na zakażenie innych.

Nie poinformowano niestety jak się to ma w stosunku do tak zwanych "chorych bezobjawowo", którzy rzekomo zarażają mówiąc. To przecież z tego powodu w maskach dusi się w tej chwili wiele miliardów ludzi na całym świecie. Inną kwestią jest to w jaki sposób te maski pomagają, pomijając już kwestię tego jak bardzo szkodzą używających je ludziom. W obliczu tych ustaleń nawet zakażony u którego rozwinęły się jakieś objawy, zaraża w ograniczonym zakresie a co dopiero mityczni "bezobjawowi".

 

Naukowcy doszli do wniosku, że najgroźniejsze z punktu widzenia zakaźności są osoby, u których choroba jest dopiero na wczesnym etapie. Nie sposób oczywiście wykryć stadium choroby za pomocą nienadającego się do badań przesiewowych testu RT PCR, któy jest podstawową metodą identyfikowania przypadków koronawirusa. Czyli jako zakażonego wykryć można również ozdrowieńców w których organizmach fragmenty wirusa wzmacniane testem, mogą pozostawać przez kilka miesięcy. To właśnie dlatego w Polsce odstąpiono od robienia testów po kwarantannie, ponieważ niektórzy pozostawali na niej nawet przez kilka miesięcy, co było oczywistym absurdem.

 

 

 

 


Dym z pożarów Kalifornii dociera już do Europy

Dym z pożarów na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych rozprzestrzenia się po całym kraju, przenosząc się na północ do Kanady, ale też przez Ocean Atlantycki, docierając aż do Europy.

NASA opublikowała zdjęcia z kosmosu pokazujące, że wiatr niesie dym z pożarów w Kalifornii po dużej części kontynentu. Prowadzi to nieuchronnie do pogorszenia jakości powietrza, w miejscach do których dotarł. W powietrzu unoszą się aerozole, które są mieszaniną drobnych cząstek i substancji chemicznych, powstających w wyniku niepełnego spalania materiałów zawierających węgiel, takich jak drzewa, trawy, torf i krzewy. 

 

Dym zawiera tlenek węgla, dwutlenek węgla i pył zawieszony. Im mniejsze cząsteczki, tym łatwiej są wchłaniane do płuc. Dym i aerozole prowadzą do pieczenia oczu i kataru, a także zaostrzają choroby serca, płuc i temu podobne.

 

Sonda NASA, która znajduje się na pokładzie satelity Aqua, monitoruje na bieżąco emisje tlenku węgla. Agencja zauważa, że ​​zanieczyszczenie może pozostawać w atmosferze przez miesiąc po uwolnieniu i jest się w stanie przemieszczać na duże odległości.

 

Ale nie tylko mieszkańcy USA cierpią z powodu pożarów. Dym dotarł do co najmniej pięciu prowincji w Kanadzie. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) monitoruje również rozprzestrzenianie się dymu nad Oceanem Atlantyckim. Zaczyna już docierać nad Europę.

 

Pożary w Stanach Zjednoczonych w tym roku są dziesiątki lub nawet setki razy bardziej intensywne niż średnia w latach 2003-2019. Powoduje to, że pożary w Kalifornii i w Oregonie już teraz wyemitowały rekordowe ilości węgla do atmosfery. Dym z pożarów jest widoczny nawet w odległości ponad 8000 kilometrów od miejsc pożarów.

 

 

 


Trwają przygotowania do misji kosmicznej na Wenus, która potwierdzi istnienie tam życia

Gdy tylko naukowcy ogłosili potencjalne odkrycie fosforowodoru w chmurach Wenus, wszystkie światowe media zaczęły pisać o możliwym odnalezieniu życia pozaziemskiego. Choć sama obecność tego gazu wcale nie gwarantuje istnienia życia bakteryjnego w atmosferze Wenus, liczne agencje kosmiczne i prywatne firmy już zapowiedziały wykonanie misji kosmicznych. Pierwsza z nich odbędzie się już w 2023 roku.

 

Fosforowodór został odkryty przez naukowców z Uniwersytetu w Cardiff i MIT, którzy dokonali tego z pomocą teleskopu Jamesa Clerka Maxwella i obserwatorium ALMA. Badania wykazały, że gaz w atmosferze Wenus najprawdopodobniej powstał w wyniku procesów biologicznych. Jeśli tak, jego obecność może sugerować istnienie bakterii beztlenowych.

 

Aby potwierdzić to odkrycie, należy przeprowadzić dokładne badania z pomocą sondy kosmicznej. Tak się składa, że prywatna firma Rocket Lab od dawna interesuje się drugą planetą od Słońca, a podekscytowana najnowszym odkryciem zapowiedziała misję kosmiczną. W 2023 roku, prywatne przedsiębiorstwo kosmiczne wystrzeli rakietę Electron z sondą Photon na pokładzie. Ta z kolei zrzuci na Wenus jeszcze mniejszą sondę, która podczas swobodnego opadania będzie badać poszczególne warstwy atmosfery planety.

Rakieta Electron - źródło: Rocket Lab

Rocket Lab jako pierwsza dotrze na Wenus od czasu ogłoszenia związku, który może świadczyć o istnieniu życia bakteryjnego. Misja kosmiczna pochłonie zaledwie 10-20 milionów dolarów i zostanie wykonana w całości przez Rocket Lab, czyli bez współpracy z innymi firmami czy instytucjami.

 

Naukowcy zakładają, że obecność życia na Wenus jest możliwa jedynie wysoko w chmurach, ponieważ temperatura przy powierzchni wynosi około 467 stopni Celsjusza. Tymczasem warunki panujące na wysokości około 50 kilometrów nad powierzchnią planety są w pewnym sensie zbliżone do ziemskich, choć Wenus posiada chmury z kwasu siarkowego.

 

Przy okazji warto przypomnieć, że ostatnią sondą, która weszła w atmosferę planety Wenus, była radziecka Wega 2, czego dokonała w 1985 roku. Po dłuższej przerwie, świat na nowo zainteresował się drugą planetą od Słońca. Oprócz planowanej misji Rocket Lab, warto dodać o trwającej już misji BepiColombo, realizowanej wspólnie przez agencje ESA i JAXA, których sonda kosmiczna jest już w drodze na Merkurego i wykona dwa bliskie przeloty w okolicach Wenus. Pierwszy przelot odbędzie się już 16 października, a drugi w sierpniu 2021 roku. Poza tym, agencje NASA, ESA i Roskosmos już zapowiadają kolejne misje na Wenus.

 


Sieci bezprzewodowe są podejrzewane o wywoływanie masowej śmierci owadów

Nowe badanie zagregowane przez niemieckich biologów wykazało, że promieniowanie generowane przez sieci bezprzewodowe może mieć poważny negatywny wpływ na owady.

Promieniowanie z telefonów komórkowych mogło przyczynić się do dramatycznego spadku liczebności populacji owadów obserwowanego w ostatnich latach w dużej części Europy. Analiza przeprowadzona na zlecenie Niemieckiej Unii Ochrony Przyrody (NABU) i kilku innych organizacji, opierało się na agregacji 190 publikacji naukowych związanych z tematyką owadów i promieniowania elektromagnetycznego.

 

Po przeanalizowaniu wszystkich tych prac stwierdzono, że promieniowanie elektromagnetyczne, generowane przede wszystkim przez sieci komórkowe i Wi-Fi, może być jedną z głównych przyczyn zwiększonej śmiertelności owadów w Europie - obok środków owadobójczych i niszczenia siedlisk. Szczegółowo opisano negatywny wpływ, jaki promieniowanie może mieć na owady - przede wszystkim pszczoły, muchy i osy. 

 

Zdaniem naukowców promieniowanie elektromagnetyczne powoduje otwarcie kanałów wapniowych w komórkach organizmu, a tym samym zwiększa się uwalnianie jonów wapnia. Wapń jest ważnym przekaźnikiem i może wywoływać biochemiczną reakcję łańcuchową, która u owadów może prowadzić do utleniania komórek, w wyniku czego zmniejsza się ich zdolność do orientacji oraz funkcje rozrodcze. Ponadto promieniowanie elektromagnetyczne powoduje obniżenie rytmu dobowego u owadów i fałszywą aktywację układu odpornościowego.

Stwierdzono, że 60 ze 100 analizowanych przez nich badań, które są dość poważne, dowodzą, na podstawie doświadczeń laboratoryjnych i terenowych, negatywnego wpływu promieniowania na insekty. Ustalono też, że prawdopodobnie ​​to promieniowanie w przyczyniło się do spadku liczebności populacji owadów obserwowanego w Europie w ciągu ostatnich kilku lat. Zasugerowano między innymi, że promieniowanie elektromagnetyczne może wpływać na biologiczne narzędzia nawigacyjne owadów, w tym materiał genetyczny i larwy owadów.

 

Warto zauważyć, że na razie badanie nie zostało jeszcze poddane ocenie. Nie oznacza to jednak, że jest ono fałszywe tylko, że wyniki nie zostały jeszcze odpowiednio potwierdzone przez naukowców pracujących w podobnych dziedzinach akademickich. Biorąc pod uwagę fakt, że w najbliższej przyszłości powstaną rozbudowane sieci 5G, może to nie wróżyć dobrze owadom. 

 

 .

 


W Meksyku na wybrzeżu, gdzie wcześniej padały lwy morskie, znaleziono setki martwych żółwi

Ekolodzy donoszą o masowych przypadkach śmierci żółwi w Meksyku. Dzieje się to na tym samym 130-kilometrowym odcinku wybrzeża, gdzie wcześniej odnotowano śmierć 137 lwów morskich. Pomór trwa nadal i masowo padają przedstawiciele kolejnych gatunków. 

 

Biolodzy uważają za konieczne wprowadzenie zakazu połowów przy użyciu sieci w rejonie Zatoki Ulloa. Przez pół roku w tej części wybrzeża znaleziono aż 351 martwych żółwi. 

 

Chociaż nie było śladów obrażeń spowodowanych złapaniem sieci rybackich u lwów morskich, aktywiści uważają, że u żółwi to sieci są jedną z głównych przyczyn śmierci żółwi morskich.

 

 


Zdaniem ekspertów ludzie emitują gazy cieplarniane 10 razy szybciej niż wulkany

Klimatolodzy przeanalizowali, ile dwutlenku węgla wyemitowały wulkany w starożytności i ile tego związku chemicznego produkuje się dzisiaj w wyniku działalności człowieka. Porównanie tych wartości wykazało, że ludzkość emituje gazy cieplarniane szybciej niż starożytne aktywne wulkany.


Ocieplenie zaczęło się na Ziemi 50 milionów lat temu. Temperatura planety wzrosła wtedy o 5 do 8 stopni Celsjusza w stosunkowo krótkim okresie geologicznym, który nazywany jest maksimum termicznym paleocenu-eocenu. Badania pokazują, że większość starożytnych emisji pochodzi z aktywności wulkanicznej, prawdopodobnie związanej z powstaniem Islandii.

 

W nowym artykule opublikowanym w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Science klimatolodzy wykazali, że 55,6 milionów lat temu, w ciągu kilku impulsów trwających 4000 do 5000 lat, ocean pochłonął około 15 biliardów ton metrycznych węgla. Jednak pomimo ogromnych ilości gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery klimat Ziemi nie ucierpiał zbytnio, ponieważ proces ten trwał tysiące lat i środowisko miało czas, aby się do niego przystosować.

Naukowcy twierdzą, że chociaż dzisiaj ludzkość emituje mniej dwutlenku węgla niż starożytne wulkany, robi to znacznie szybciej. Wyniki pracy pokazują, że wartości te różnią się co najmniej dziesięciokrotnie. Kluczowym faktem w nowych badaniach jest metoda pomiaru poziomu dwutlenku węgla w okresie maksimum paleocenu-eocenu. W tym celu naukowcy rozpoczęli eksperymenty z żywymi gatunkami starożytnych organizmów - otwornicami. 

 

Te organizmy morskie z muszlami były od dawna wykorzystywane przez paleoklimatologów do analizy zawartości dwutlenku węgla w przeszłości Ziemi. Jednak w nowej pracy naukowcy postanowili wziąć żywe otwornice i sprawdzić, jak zachowują się w wodzie o różnym stężeniu dwutlenku węgla. W rezultacie autorom udało się uzyskać dokładniejszą wartość stężenia - niż pozwalały na to poprzednie metody.