Sierpień 2020

Odkryto, że przez ostatnie 33 tysięcy lat Układ Słoneczny leci przez radioaktywne pozostałości supernowych

Żelazo ze starożytnych złóż oceanicznych potwierdziło hipotezę, że Układ Słoneczny porusza się przez rozrzedzone pozostałości starożytnych supernowych, które wybuchły miliony lat temu. Nowe badanie sugeruje, że Ziemia przemieszczała się przez pozostałości starożytnej gwiazdy, która stała się supernową i eksplodowała. Nasz system planetarny przechodzi przez pozostałości po tej eksplozji co najmniej przez ostatnie 33 tysiące lat. 

Zespół badawczy wydobył specjalny izotop żelaza o nazwie żelazo-60 z próbek osadów morskich i stwierdził, że izotop jest wytwarzany głównie w masywnych gwiazdach. Izotopy żelaza zachowane w starożytnych osadach na dnie oceanu wskazują, że nasza planeta porusza się przez rozrzedzoną chmurę pozostałości po supernowych. Wszystko wskazuje na to, że jedna lub więcej z tych gwiazd eksplodowało kilka milionów lat temu i od tego czasu Układ Słoneczny przemieszcza się przez ten pył. Naukowcy z Australii i Niemiec piszą o tym w artykule opublikowanym w czasopiśmie PNAS.

 

Żelazo-60 jest jednym z radioaktywnych nuklidów, które powstają w wybuchach supernowych. Jego okres półtrwania wynosi 2,6 miliona lat, więc po 15 milionach lat prawie całkowicie zamienia się w inne, stabilne jądra. Każdy ślad obecnej obecności żelaza-60 na Ziemi sugeruje, że przybyło ono na planetę z zewnątrz, znacznie później niż własne narodziny, które miały miejsce ponad 4,5 miliarda lat temu.

Wcześniej takie izotopy były wykrywane przez sondę ACE NASA działającą na orbicie okołoziemskiej, która śledzi cząstki promieniowania kosmicznego. Stwierdzono również obecność żelaza-60 w całkowicie świeżym śniegu z Antarktydy, który spadł w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Lekka „mgiełka” tych cząstek może pokryć Ziemię Lokalnym Obłokiem Międzygwiazdowym (LMO), przez który porusza się dziś Układ Słoneczny i będzie się poruszał przez następne kilkadziesiąt tysięcy lat. Być może jest to właśnie rozrzedzona pozostałość po supernowej.

 

Jeśli jednak tak jest, to gdy Słońce i jego planety przelatują przez LMO, w starożytnych złożach należy wykryć wzrost, a następnie spadek zawartości żelaza-60. Aby to przetestować, eksperci prześledzili skład izotopowy skał uniesionych z dna oceanu i datowanych na 33 tysiące lat. Jednak nic takiego nie zostało znalezione. Przez cały ten czas dopływ żelaza-60 utrzymywał się na niskim, ale stabilnym poziomie. Żelazo-60 mogło powstać również w starszej supernowej, z której widzimy coś w rodzaju echa.

Wszystko to wydaje się dowodzić, że ta „mgiełka” z żelaza-60, która otacza dziś Ziemię jest związana z jakąś eksplozją supernowej. Opierając się na znanej astronomom średniej częstotliwości występowania supernowych w naszej części Galaktyki, takie eksplozje powinny występować w pobliżu Ziemi co 2 do 4 milionów lat. Najwyraźniej ich ślady znajdują się do dziś zarówno w przestrzeni kosmicznej jak i w lodzie antarktycznym, oraz w osadach na dnie oceanu.

 

 


Komputer kwantowy Google przeprowadził pierwszą kwantową symulację reakcji chemicznej

Naukowcy z Google wykorzystali komputer kwantowy do wykonania symulacji reakcji chemicznej. Współczesne tradycyjne komputery nie mają większego problemu z symulowaniem procesów chemicznych, lecz najnowszego osiągnięcia po raz pierwszy dokonano z udziałem komputera kwantowego.

 

Atomy i cząsteczki to systemy, którymi rządzi mechanika kwantowa. Dlatego też naukowcy uważają, że komputery kwantowe będą wręcz idealne do wykonywania precyzyjnych symulacji. Komputery kwantowe używają tzw. bitów kwantowych (kubitów) do przechowywania informacji i wykonywania obliczeń. Niestety, współczesne komputery kwantowe wciąż mają trudności z wykonywaniem dokładnych symulacji dużych atomów i reakcji chemicznych.

 

Korporacja Google może wkrótce odmienić ten stan rzeczy. Komputer kwantowy z procesorem Sycamore, który zawiera 54 kubity, przeprowadził pierwszą dokładną kwantową symulację diazenu – cząsteczki składającej się z dwóch atomów azotu i dwóch atomów wodoru. Maszyna opisała zmiany położenia wodoru w celu utworzenia różnych izomerów diazenu i uzyskała dokładny opis energii wiązania wodoru w coraz większych łańcuchach.

Procesor Sycamore – źródło: Erik Lucero, Research Scientist and Lead Production Quantum Hardware

Powyższa symulacja z łatwością mogłaby zostać uruchomiona na zwykłym komputerze, lecz wykonanie jej na komputerze kwantowym ma istotne znaczenie dla informatyki kwantowej. Naukowcy z Google twierdzą, że zasymulowanie reakcji w większych cząsteczkach będzie wymagało jedynie większej liczby kubitów i drobnych poprawek w obliczeniach. W przyszłości, komputery kwantowe mogłyby przyczynić się do opracowania nowych związków chemicznych.

 

Warto przypomnieć, że w 2019 roku, ten sam komputer kwantowy w ciągu 200 sekund wykonał obliczenia, które klasycznemu najszybszemu komputerowi zajęłyby aż 10 tysięcy lat. Wtedy firma Google powiadomiła o osiągnięciu kwantowej przewagi.

 


Opracowano silnik spalinowy o zerowej emisji CO2

Naukowcy z Politechniki w Walencji (UPV) opracowali silnik spalinowy, który nie emituje dwutlenku węgla ani innych szkodliwych substancji do atmosfery. Według twórców ich rewolucyjny silnik spełnia normy emisji planowane w Europie na 2040 r., a jednocześnie odznacza się wysoką wydajnością.

Wszystko to osiągnięto dzięki opatentowanym membranom ceramicznym MIEC - informuje Tech Xplore.

„Membrany te, zainstalowane w silniku pojazdu, pozwalają na selektywne oddzielenie tlenu od powietrza podczas spalania paliwa. W ten sposób powstaje czysty gaz składający się z wody i dwutlenku węgla, który jest wychwytywany we wnętrzu samochodu i nie jest emitowany z rury wydechowej ”- wyjaśnia Jose Manuel Serra, jeden z wynalazców nowej technologii.

Dzięki temu nowy silnik zachowa wszystkie zalety samochodów benzynowych (zasięg i szybkie tankowanie za rogiem), ale nie będzie zanieczyszczał środowiska. Inne wskaźniki, w tym moc silnika, moment obrotowy i zużycie paliwa, nie będą różnić się od standardowego ICE. Proces tankowania również będzie przebiegał normalnie.

 

To nie wszystkie zalety. System zamieni samochód z takim silnikiem w dostawcę CO2. Podczas gdy konwencjonalne pojazdy z silnikiem ICE wydalają dwutlenek węgla przez rurę wydechową, nowa technologia zbiera pozostały dwutlenek węgla i wodę we wstępnie zaprojektowanym zbiorniku ciśnieniowym. Stamtąd dwutlenek węgla może być sprzedawany (oddzielany przez kondensację) lub wykorzystywany do innych celów.

„Będziemy mieć jeden zbiornik na paliwo, a drugi na CO2, który powstaje po spaleniu paliwa i to może być korzyść” - mówią autorzy opracowania.

Opracowana technologia jest ukierunkowana głównie na duże pojazdy do przewozu pasażerów i towarów zarówno na lądzie, jak i na morzu, a także lotnictwo do określonego poziomu mocy. Ponadto może być również używana do konwersji istniejących silników wysokoprężnych na neutralne dla środowiska. Inżynierowie powiedzieli, że pierwsze działające prototypy pojawią się w ciągu dwóch miesięcy.

 


W Australii zabito setki tysięcy ptaków z powodu ptasiej grypy

W australijskim stanie Wiktoria szaleje ptasia grypa. Z powodu choroby uśmiercono setki tysięcy ptaków hodowlanych, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Co najmniej osiem krajów tymczasowo wstrzymało import produktów drobiowych.

 

Epidemia ptasiej grypy rozpoczęła się pod koniec lipca na fermie jaj z wolnego wybiegu w mieście Lethbridge. Władze powiadomiły, że wykryto trzy różne szczepy wirusa o różnym nasileniu. Zarażone ptaki hodowlane, w tym kury, indyki i emu, znaleziono na sześciu fermach drobiu na terenie całego stanu Wiktoria.

Hodowcy drobiu uśmiercili dotychczas około 400 tysięcy ptaków. Najbardziej poszkodowana jest firma Farm Pride, która musiała zabić aż 380 tysięcy ptaków. Firma prognozuje, że z powodu epidemii ptasiej grypy może stracić 18-23 miliony dolarów w roku finansowym 2020-2021.

 

Wśród państw, które wstrzymały import produktów drobiowych, są Wyspy Salomona. Władze zdołały przekonać kraje, aby zakaz nie dotyczył wyrobów z całej Australii, lecz wyłącznie tych, które pochodzą ze stanu Wiktoria. Rząd postanowił również wspomóc finansowo firmy, które zmuszone są do uboju drobiu, aby zapobiec potencjalnej katastrofie finansowej.

 


W Australii odnaleziono dwa wielkie samorodki złota o wadze ponad 3,5 kg

W pobliżu górniczego miasta Tarnagulla w Australii poszukiwacze skarbów znaleźli dwa gigantyczne samorodki złota warte kilkaset tysięcy dolarów.

 

Brent Shannon i Ethan West odkryli dwa samorodki złota o wadze 3,5 kg. Eksperci szacują, że poszukiwacze wykopali skarb o wartości conajmniej 350 tysięcy dolarów australijskich. Jeśli mężczyznom uda się sprzedać obie bryły kolekcjonerowi, ich dochód mogą wzrosnąć nawet o 30 procent.

 

Ethan West twierdzi, że znalazł wiele bryłek złota w ciągu ostatnich czterech lat. Jednak według niego to znalezisko jest jednym z najcenniejszych. Szczególnie niesamowite jest znalezienie dwóch wielkich samorodków złota w ciągu zaledwie jednego dnia. Zwykle się to nie zdarza.

 

Australia to najstarszy kontynent na świecie i w związku z tym pokłady złota znajdują się tam bardzo blisko powierzchni. Wystarczy dobry wykrywacz metalu, szpadel i można ruszać do buszu poszukując samorodków. Większość z nich ma jednak niewielkie rozmiary. Takie giganty ważące po kilka kilogramów to zawsze sensacja i nadzieja dla rzeszy kolejnych poszukiwaczy złota, których tam nie brakuje.

 

 


Naukowcy wymienili trzy najbardziej prawdopodobne scenariusze końca świata

Naukowcy wymienili trzy najbardziej prawdopodobne scenariusze końca świata. Amerykańska kosmolog Katie Mack przedstawiła opcje apokalipsy w książce „Koniec wszystkiego z punktu widzenia astrofizyki”. Wnioski do jakich doszła są zaskakujące.

Za około pięć miliardów lat Słońce przejdzie do fazy czerwonego olbrzyma. W związku z tym bardzo urośnie i pochłonie orbitę Merkurego oraz Wenus. Przy okazji zwęgli Ziemię czyniąc ją pozbawioną życia skałę pokrytą magmą. Właśnie taką oczywistą przyszłość wyjawiła Katie Mack zaczynając swoją książkę. Specjalistka porównała opinie różnych naukowców, którzy wypowiadali się o hipotetycznej apokalipsie i doszła do wniosku, że nieuchronny koniec świata nastąpi za 200 miliardów lat.

Katie Mack - źródło: wikipedia

Pierwsza opcja zakłada śmierć cieplną, która będzie się stopniowo rozwijać w ciągu tysięcy lat. W końcu Wszechświat zniknie do najmniejszych atomów, a przeszłość i przyszłość połączą się w jedną całość.

 

Druga wersja mówi o „dużej luce”, która zniszczy czasoprzestrzeń. Grawitacja nagle zniknie, a ciała kosmiczne będą poruszać się chaotycznie w przestrzeni. Ziemię może zatem czekać kosmiczne zderzenie i wielka eksplozja, która zakończy istnienie naszej planety.

 

Trzeci scenariusz opiera się na hipotezie, że wszechświat składa się z niestabilnej materii. W związku z tym może natychmiast zniknąć w tak zwanej  „bańce kwantowej”. Jeśli by do tego doszło mieszkańcy naszej planety i wielu innych, które moga być zamieszkałe, po prostu nie będą mieli czasu, aby zrozumieć, co się z nimi dzieje i znikną w kataklizmie, który zakończy istnienie tego co znamy jako wszechświat.

 

 

 

 


Kompaktowy laserowy akcelerator cząstek mógłby w przyszłości zastąpić Wielki Zderzacz Hadronów

Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) to ogromna i bardzo kosztowna maszyna, dzięki której poznajemy nowe cząstki elementarne. Jednak po co zajmować się budowaniem tak drogich i czasochłonnych akceleratorów, skoro możemy mieć jeszcze potężniejsze maszyny, które zmieścimy na stole? Naukowcy dokonali ważnego przełomu na drodze do stworzenia kompaktowego laserowego akceleratora cząstek.

 

Zespół z Niemieckiego Synchrotronu Elektronowego (DESY) i Uniwersytetu w Hamburgu skonstruowali laserowy akcelerator plazmowy o nazwie LUX, który jako pierwszy w historii działał nieprzerwanie przez 30 godzin i wytwarzał w sposób ciągły wiązki elektronów. Naukowcy twierdzą, że ich urządzenie mogłoby pracować jeszcze dłużej. Eksperyment z kompaktowym akceleratorem przeprowadzono pomyślnie w sumie aż cztery razy.

 

W urządzeniu LUX, potężny laser wytwarza falę plazmy w kapilarze. Impulsy laserowe przedzierają się przez gaz, usuwając elektrony z cząsteczek wodoru i odrzucając je na bok. W ten sposób wzbudzone elektrony są przyspieszane przez dodatnio naładowaną falę plazmy.

Podczas rekordowo długiej ciągłej pracy akceleratora LUX, naukowcy przyspieszali ponad 100 tysięcy wiązek elektronów na sekundę. Test ten wygenerował duże ilości danych, na podstawie których można usprawnić pracę urządzenia poprzez wyeliminowanie niepożądanych zmian w wiązkach elektronów.

 

Zastosowana technika pozwala laserowym akceleratorom plazmowym osiągać przyspieszenia nawet tysiąc razy większe od współczesnych najpotężniejszych akceleratorów cząstek. Co więcej, urządzenia te są znacznie mniejsze, a mimo to posiadają szeroki zakres zastosowań.

 

Niemieccy naukowcy twierdzą, że mają przed sobą jeszcze wiele wyzwań natury technicznej, zanim laserowy akcelerator cząstek będzie mógł zostać wykorzystany w praktyce. Jednak dzięki najnowszemu osiągnięciu jesteśmy o krok bliżej od zastąpienia gigantycznych akceleratorów znacznie mniejszymi urządzeniami.

 


Trujący gaz z wulkanu błotnego zagroził mieszkańcom Indonezji

Wczoraj rano doszło do erupcji z krateru Oro-oro Kesongo we wsi Gabusan w Indonezji. Zjawisko spowodowało wystrzelenie mułu na kilkadziesiąt metrów do góry. Co gorsza, erupcji towarzyszyła również emisja trującego gazu.

Do zdarzenia doszło jeszcze 27 sierpnia 2020 roku. W wyniku zajścia, czterech pobliskich hodowców bydła zostało otrutych. Jeden ze świadków zdarzenia Gabusan Parsidi, twierdził że erupcja była tak silna, że zupełnie ogłuszyła go na dłuższy czas choć on sam nie poniósł znacznego uszczerbku na zdrowiu.

Stan otrutych hodowców jest obecnie stabilny. Na całe szczęście niedługo po erupcji zostali oni przewiezieni do okolicznego szpitala. Incydent zakończył się jednak śmiercią dla bydła wypasanego w okolicy miejsca zdarzenia. Blisko 19 bawołów zginęło na skutek zatrucia.

 

 


Chiny ostrzelały rakietami Morze Południowochińskie. Czy to przygotowania do wojny z USA?

Trwający od wielu lat spór terytorialny na Morzu Południowochińskim coraz bardziej eskaluje. Tym razem, chińskie wojsko wystrzeliło w jego kierunku serie pocisków średniego zasięgu, które zdaniem analityków miało za cel zademonstrowanie strategicznej dominacji w tym regionie Pekinu.

Roszczenia terytorialne na Morzu Południowochińskim dotyczą kilku narodów azjatyckich, jednakże kluczowymi graczami są tam Chiny oraz Stany Zjednoczone. Wystrzelenie rakiet w środę zakończyło serię ćwiczeń wojskowych, które Chiny prowadziły w tym miesiącu. Napięcia na Morzu Południowochińskim i Tajwanie gwałtownie wzrosły w ostatnich tygodniach w wyniku szerszego pogorszenia się stosunków między Chinami a Stanami Zjednoczonymi.

 

Co ciekawe, rzecznik chińskiego Ministerstwa Obrony Narodowej nie wspomniał w czwartek o rakietach, ale potwierdził, że Chiny przeprowadziły planowane od dawna ćwiczenia na obszarze rozciągającym się od Qingdao w północno-wschodnich Chinach do spornych wysp na Morzu Południowochińskim. Chiny zasygnalizowały swoje plany testowania rakiet, ogłaszając w tym tygodniu strefę wykluczoną z podróży. Amerykańskie siły w tym regionie, wykryły wystrzelenie z lądu czterech pocisków na oznaczony wcześniej obszar.


Departament Stanu oświadczył w zeszłym miesiącu, że ekspansywne roszczenia morskie Chin na większości Morza Południowochińskiego są nielegalne. Amerykanie stanęli więc po stronie innych narodów w tym regionie, w tym z Malezją, Filipinami i Wietnamem. Administracja Trumpa jeszcze bardziej zaogniła konflikt w środę, kiedy Departament Handlu zakazał interesów z kilkudziesięcioma chińskimi firmami, które w ciągu ostatniej dekady, odegrały rolę w budowie archipelagu sztucznych wysp na rafach koralowych.


Na tamtejszych sztucznych wyspach budowane są między innymi obiekty militarne i lotniska. Pozostałe kraje w tym regionie, tj. Brunei, Malezja, Filipiny, Wietnam i Tajwan, mocno liczą na pomoc w kwestii ze strony Stanów Zjednoczonych. Wygląda na to że długoletnia obecność Amerykanów w tym obszarze jedynie pogłębiła cały konflikt. Już od lat obydwie strony dają jasno do zrozumienia iż są gotowe do walki o hegemonie w tym regionie. Moment przesilenia może nadejść szybciej niż nam się wydaje a pozornie mało znaczące wyspy mogą doprowadzić do olbrzymiej wojny na skalę światową.

 

 


W oceanie jest 10 razy więcej odpadów z tworzyw sztucznych, niż sądzono

Brytyjscy oceanografowie obliczyli, że w górnych warstwach Oceanu Atlantyckiego (od 0 do 200 metrów) unosi się od 12 do 21 milionów ton plastikowych śmieci. To dziesięć razy więcej niż pokazały poprzednie pomiary. Każdego roku około 300 milionów ton odpadów z tworzyw sztucznych trafia do ścieków i wysypisk śmieci na całym świecie, a potem w różnej formie trafia do oceanów.

Tak duża różnica w stosunku do poprzednich pomiarów tych zanieczyszczeń może wynikać z faktu, że w przeszłości naukowcy nie poszukiwali „niewidzialnych” cząstek mikroplastiku na dużych głębokościach.

 

Wyniki badania przeprowadzonego przez National Oceanographic Center of Great Britain, opublikowanego w czasopiśmie Nature Communications. Pierwsze takie pomiary zostały wykonane po drugiej stronie Atlantyku, od wybrzeża Wielkiej Brytanii po Falklandy.

 

Każdego roku około 300 milionów ton odpadów z tworzyw sztucznych trafia do ścieków i wysypisk śmieci na całym świecie. Większość z nich nie może zostać rozłożona przez mikroby glebowe, więc te śmieci pozostają prawie nienaruszone przez dziesiątki, a nawet setki lat. Kiedy te odpady docierają do oceanów, grupują się w ogromne gromady, podobnie jak tak zwana Wielka Pacyficzna Wyspa Śmieci, która stała się monstrualna po tsunami japońskim z 2011 roku.


Potem te opakowania plastikowe ulegają fragmentacji i powstałe w jej wyniku cząsteczki pozostają w wodzie przez długi czas i są zjadane przez zwierzęta morskie. Z tego powodu każdego roku człowiek połyka średnio od 40 do 60 tysięcy mikrocząstek plastiku.

 


Astronomowie użyli sztucznej inteligencji do odkrycia wielu nowych planet

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować badania kosmosu. Przekonali się o tym astronomowie z Departamentu Fizyki na Uniwersytecie Warwick, którzy we współpracy z Instytutem Alana Turinga stworzyli algorytm uczenia maszynowego. Z jego pomocą po raz pierwszy odkryto 50 nowych egzoplanet.

 

Poszukiwania planet pozasłonecznych trwają od bardzo dawna, lecz dopiero w 1995 roku, astronomowie odkryli pierwszą egzoplanetę - gorącego jowisza 51 Pegasi b, znanego również pod nazwą Dimidium. Od tego czasu, naukowcy bardzo aktywnie poszukują kolejnych światów. Na dzień dzisiejszy odkryliśmy ponad 4 200 planet pozasłonecznych i ponad 5 tysięcy kandydatów na planety.

 

Potencjalne egzoplanety wymagają dalszej obserwacji, aby upewnić się, że wykryte przez teleskopy kosmiczne spadki światła odległych gwiazd faktycznie świadczą o obecności planet, a nie są efektem jakiegoś innego zjawiska lub błędu. Aby ułatwić swoją pracę, astronomowie postanowili skorzystać ze sztucznej inteligencji.

Algorytmy uczenia maszynowego mogą uczyć się na podstawie wcześniejszych doświadczeń i stopniowo zwiększać swoją dokładność. Brytyjscy naukowcy stworzyli taki algorytm i wyszkolili go, udostępniając mu dwa duże zestawy danych, pozyskanych dzięki Kosmicznemu Teleskopowi Keplera. Jeden zestaw zawierał dane dotyczące potwierdzonych egzoplanet, natomiast w drugim umieszczono „fałszywie dodatnie” przypadki.

 

Wytrenowany algorytm został następnie wykorzystany do analizy danych z niepotwierdzonymi kandydatami na egzoplanety. Rezultatem tego eksperymentu było potwierdzenie istnienia 50 nieznanych wcześniej planet pozasłonecznych, w tym niewielkich planet mniejszych od Ziemi, a także gazowych olbrzymów wielkości Neptuna.

 

Jest to pierwsze wykorzystanie algorytmu uczenia maszynowego do poszukiwań egzoplanet. Naukowcy wskazują na szereg korzyści, wynikający z zastosowania nowej techniki – algorytm przede wszystkim znacznie szybciej analizuje dane, jest precyzyjny i pracuje automatycznie. Badacze zamierzają ulepszać i trenować algorytm, aby wykorzystać go do przeszukania większych zestawów danych.

 


Czy życie na Ziemi przybyło z kosmosu?

Japońscy naukowcy dokonali zaskakującego odkrycia, które zdaje się potwierdzać teorię o kosmicznym pochodzeniu życia na Ziemi. Okazuje się, że konkretne bakterie potrafią żyć latami w przestrzeni kosmicznej. Wyniki najnowszych badań wskazują również, że bakterie mogą swobodnie migrować między planetami.

 

W 2018 roku, dr Akihiko Yamagishi i jego zespół z wydziału Farmacji i Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Tokijskiego przeprowadzał badania w atmosferze, korzystając z samolotu i balonów. Na wysokości 12 kilometrów nad powierzchnią Ziemi odkryto bakterie Deinococcal. Naukowcy postanowili sprawdzić, czy bakterie te, które tworzą duże kolonie o wielkości ponad 1 milimetra, mogą być odporne na promieniowanie ultrafioletowe i czy potrafią wystarczająco długo przetrwać w kosmosie, aby wesprzeć teorię panspermii.

 

W tym celu, zespół badawczy umieścił wysuszone agregaty bakterii Deinococcal na zewnętrznej części Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Próbki bakterii o różnych wielkościach wystawiono na działanie środowiska kosmicznego na okres 1-3 lat, po czym zabrano je na Ziemię do dalszych analiz.

 

Japońscy naukowcy odkryli, że wszystkie kolonie bakterii o rozmiarze powyżej 0,5 milimetra przetrwały surowe warunki kosmiczne. Część bakterii na powierzchni agregatów obumarła i utworzyła warstwę ochronną dla pozostałych bakterii, zapewniając przetrwanie kolonii. Eksperyment pozwolił ustalić, że agregaty o grubości ponad 0,5 milimetra mogłyby przetrwać na zewnątrz Międzynarodowej Stacji Kosmicznej od 15 lat do nawet 45 lat, a kolonia o średnicy 1 milimetra potrafiłaby przeżyć nawet do 8 lat w warunkach kosmicznych.

Powyższy eksperyment dostarczył najlepszych jak dotąd oszacowań w kwestii przeżywalności bakterii w kosmosie i jest to również pierwsze długoterminowe badanie, które zwiększa prawdopodobieństwo teorii panspermii. Według autorów badania, wyniki nie tylko wskazują na odporność bakterii Deinococcal na promieniowanie, ale też możliwość przetrwania podróży z Ziemi na Marsa i odwrotnie.

 

Najnowsze odkrycie wskazuje, że nasza planeta już dawno temu mogła „zanieczyścić” Marsa naszymi bakteriami. Oczywiście to działa w obie strony – bakterie z Czerwonej Planety najwyraźniej mogłyby przybyć do nas na Ziemię. Co więcej, eksperyment w pewnym sensie potwierdza możliwość rozsiewania się życia w kosmosie.

 


Niemal codziennie dochodzi do kolejnych widowiskowych upadków meteorów

Sierpień 2020 roku zdaje się być szczególnie aktywny pod względem przelatujących w okolicy naszej planety obiektów. Nie dość, że doszło w nim do 7 przelotów asteroid poniżej odległości księżycowej w tym rekordowo bliskiego 2020 QG, to na dodatek w ciągu zaledwie kilku dni, odnotowano wiele zgłoszeń dotyczących upadków meteorów.

 

Jeszcze 16 sierpnia dozsło do incydenty z prowincji Shandong gdzie eksplozja meteora była tak jasna, że noc zamieniła się w dzień a zjawisko to było widziane w promieniu wielu kilometrów. Dźwięk eksplozji był tak silny, że zatrzęsły się liczne budynki. Wybuch obiektu wchodzącego w ziemską atmosferę był nie tylko głośny, ale też ponad 900 razy jaśniejszy niż Księżyc w pełni. Eksplozja tej wielkości jest zdarzeniem niezwykłym, które zdarza się raz na dziesięć lat albo i rzadziej.

W zaledwie 2 dni później, inny meteor spadł i eksplodował nad Grecją. Zdarzenie zostało zresztą uchwycone na kamerze transmitującej obbraz na żywo z Livadii. Jak dotąd nie pojawiły się żadne informacje o jakichkolwiek zniszczeniach lub też fragmentach pozostałych po eksplozji obiektu. To oczywiście nie koniec, a kolejny upadek meteora został zgłoszony 20 sierpnia w Stanach Zjednoczonych. Mieszkańcy Missouri, Illinois, Iowa i Michigan donieśli, że widzieli na niebie jasną kulę ognia, która okazała się być kosmiczną skałą. Zdarzenie zostało zgłoszone organizacji AMS, która zajmuje się analizą takich incydentów.

 

Ostatni z serii meteorów został zarejestrowany na nocnym niebie nad regionem Kanto. Do zdarzenia doszło 21 sierpnia 2020 roku w Japonii. Jest to drugie znaczące zdarzenie meteorytowe w Japonii od 1 lipca. Zdaniem astronomów, obiekt znad Kraju Kwitnącej Wiśni był na tyle duży, że jego część która nie spłonęła w atmosferze, spadła na Ocean Spokojny u wybrzeży wyspy Izu Oshima.

 

To narazie wszystkie z ostatnich incydentów związanych z upadkami meteorów. Sierpień jeszcze się nie zakończył, a więc nie wykluczone że w ciągu następnych kilku dni, dojdzie do kolejnych incydentów tego typu. 
 


Orkan Francis wywołał liczne powodzie w Wielkiej Brytanii

Front burzowy Francis uderzył w Wielką Brytanię i Irlandię jeszcze we wtorek i przyniósł ze sobą falę ulewnych deszczy. Następujące na jego skutek powodzie, uszkodziły setki nieruchomości, spowodowały dziesiątki akcji ratunkowych i zaginięcie dwóch osób. W porywach wiatr sięgał tam od 79 km/h do 125 km/h.

 

Powodzie i zwalone drzewa zniszczyły wiele osiedli mieszkalnych. Gruz zablokował również drogi i linie kolejowe, znacznie utrudniając podróż. Policja szukała dwóch zaginionych osób, które jak się obawiano, wpadły do ​​wezbranej rzeki Taff. W St. Clears w Carmarthenshire po podniesieniu się poziomu rzek straż pożarna uratowała dziewięć osób i dwa psy z zalanego kempingu. Wszystkich wczasowiczów zabrano na kwaterę. 


Około 30 innych osób zostało również ewakuowanych z zalanego terenu karawany w Narberth w Pembrokeshire. W Llanelli i Neath wiele domów zostało zalanych przez powodzie. Most M48 został zamknięty w obydwu kierunkach z powodu prędkości wiatru. Ostrzeżenia powodziowe nadal obowiązują w Szkocji, Walii i Anglii. Biuro Meteorologiczne prognozuje poprawienie się sytuacji dopiero dzisiaj.


 

 


Mauritius zbiera ludzkie włosy, aby eliminować skutki wycieku ropy

Fryzjerzy z całej Australii gromadzą ścinki włosów w nadziei, że można je wykorzystać do oczyszczenia 4 tys. ton oleju z ogromnego wycieku na Oceanie Indyjskim.

Australijscy fryzjerzy zebrali ponad 10 ton ludzkich włosów, aby wykorzystać je w ogromnym wycieku oleju u wybrzeży Mauritiusa. Shipwreck M.V. Wakashio, pusty japoński masowiec, który w zeszłym miesiącu osiadł na mieliźnie na rafie u wybrzeży wyspy, zrzucił już około 4 tys. ton oleju opałowego, tj. trzy czwarte swojego zbiornika.

 

Znaczna część paliwa została od tego czasu wyrzucona na brzeg w rezerwacie przyrody Ile aux Egret, nisko położonej wysepce na południe od stałego lądu Mauritiusa, na której znajdują się ostatnie pozostałości suchego lasu przybrzeżnego kraju i zależne od niego zagrożone gatunki.

 

Jest to największa w historii morska katastrofa ekologiczna w tym rejonie świata. Teraz salony fryzjerskie w Sydney zbierają ogromną ilość strzyżonych włosów, aby użyć ich do niwelowania skutków katastrofy.

 

Tydzień przed wyciekiem oleju na Mauritiusie, University of Technology of Sydney (UTS) opublikował badania naukowe pokazujące, że ludzkie włosy i psia sierść są niezwykle skuteczne w wchłanianiu oleju.