Kwiecień 2019

Sygnały z mózgu można przekształcić na mowę za pomocą sztucznej inteligencji

Naukowcy starają się pomóc ludziom, którzy nie są w stanie mówić. Specjalnie dla nich neurolodzy opracowali urządzenie, które może konwertować sygnały z mózgu na mowę. Technologia ta nie jest jeszcze dostatecznie dopracowane do użytku poza laboratorium, ale może ona być stosowana do syntezy całych zdań, które są w większości zrozumiałe.

 

Twórcy dekodera mowy przedstawili jego opis w artykule opublikowanym w prestiżowym magazynie Nature. Naukowcy wykorzystali sztuczną inteligencję aby konwertować sygnały mózgowe na odrębne słowa, głównie składające się z jednej sylaby.

 

Wiele osób, które utraciły zdolność mówienia, do komunikowania się ze światem stosuje różne urządzenia, najczęściej programy AAC z ikonami, umożliwiającymi budowanie zdań. Dobrze znanym przykładem był brytyjski fizyk Stephen Hawking, który cierpiał na chorobę neurologiczną. Używał on protezy mowy aktywowanej za pomocą mięśni policzków.

 

W tym badaniu naukowcy pracowali z pięcioma osobami, które były w trakcie leczenia padaczki i na powierzchni mózgu miały wszczepione elektrody. Gdy uczestnicy badania głośno czytali setki tekstów, naukowcy rejestrowali aktywność ich mózgu, starając się identyfikowac sygnały płynące dla aparatu mowy.

 

Korzystając z tych danych, naukowcy „przeszkolili” algorytm do uczenia się ich interpretacji, a następnie włączono go do dekodera. Urządzenie przetwarza obecnie sygnały w stylu ułożenia krtani etc. i przekształca te ruchy w syntetyczną mowę. Ludzie, którzy słuchali ponad stu takich syntetyzowanych przekazów byli w stanie zrozumieć przeciętnie 70% słów.

 

Jeśli technologia ta zostanie dopracowana oznacza to przełom w komunikacji alternatywnej, który zwróci do społeczeństwa osoby, z problemami w wyrażaniu swoich myśli na przykład z afazją, czyli utratą mowy, na skutek jakichś bliżej niesprecyzowanych czynników zewnętrznych. 

 

 



Firma Mercedes Benz nie ma pojęcia, skąd Kim Dzong Un wziął ich luksusowe limuzyny

Niemiecki producent samochodów Daimler przyznał wprost, że nie ma pojęcia, w jaki spósob przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un, znalazł się w posiadaniu niemieckiej limuzyny. Firma jednoznacznie stwierdziła, że nie ma żadnych powiązań biznesowych z Azjatami, a sankcje USA tak czy inaczej uniemożliwiają handel z Koreą.

Kim Dzong Un używał limuzyn Daimlera zarówno podczas spotkań z Donaldem Trumpem, jak i ostatnio podczas wizyty w Rosji. Obecność Kima w ich samochodzie zdezorientowała członków koncernu motoryzacyjnego, ponieważ handel z Koreą Północną nie był możliwy w wyniku nałożonych sankcji.

 

Rzeczniczka Daimlera przyznała, że nikt w firmie nie ma pojęcia, jak ich pojazdy zostały dostarczone do Korei. Zaznaczyła również, że dla Daimlera prawidłowy eksport produktów zgodny z międzynarodowym prawem jest podstawową i respektowaną wartością.

Oprócz limuzyn Daimlera, Kim skorzystał również z Mercedesa Maybacha podczas jednego ze spotkań z Donaldem Trumpem. Jednym z punktów dyskusji między przywódcami było m.in. wycofanie zakazu sprzedaży luksusowych towarów do Korei Północnej. Rozmowy zakończyły się niepowodzeniem, ale jak widać zakaz nie przeszkadza Kimowi w spełnianiu swoich zachcianek na inne nielegalne sposoby.

 

Daimler jest jednym z największych dostawców ekskluzywnych samochodów na świecie i sprzedaje swoje pojazdy niemal na całym świecie, lecz według strony internetowej producenta Korea Północna nie jest jednym z klientów. Producent wdrożył kompleksowy proces kontroli eksportu pojazdów, aby upewnić się, że nie dochodzi do nadużyć. Firma nie ma jedynie żadnego wpływu na sprzedaż limuzyn przez osoby trzecie i to zapewne właśnie w ten sposób Korea nabyła pojazdy.

 

 



Brazylijska policja aresztowała papugę, która pomogła handlarzom narkotyków w ucieczce

Brazylijscy funkcjonariusze aresztowali papugę, która ostrzegła handlarzy narkotyków przed nalotem policji i tym samym umożliwiła im ucieczkę. 

Według doniesień brazylijskiej prasy, ptak został wytresowany przez przestępców, w jaki sposób ma ich ostrzegać przed operacjami policyjnymi. Całe zdarzenie miało miejsce w biednym regionie miejscowości Vila Irmã Dulce. Funkcjonariusze zamierzali przeprowadzić nalot na siedzibę miejscowych handlarzy narkotyków, lecz gdy tylko zbliżyli się do wejścia, papuga zaczęła głośno krzyczeć. Oficerzy są przekonani, że ptak został przygotowany na taką ewentualność przez przestępców.

 

Brazylijski dziennikarz, który już po pojmaniu papugi przez policję miał okazję się z nią zobaczyć, zwrócił uwagę, że ptak jest niezwykle posłuszny wobec ludzi, ale od czasu aresztowania w ogóle się nie odezwał, tak jakby był świadomy prawa do zachowania milczenia. Wszystko wskazuje więc na to, że nie chce wydać policji swoich właścicieli. Lokalny weterynarz zwrócił uwagę, że wielu policjantów różnymi sposobami próbowało skłonić ptaka do odezwania się, lecz ten pozostał nieugięty.

 

Telewizja Globo poinformowała, że policjanci oddali papugę do zoo, gdzie ma spędzić 3 miesiące na nauce latania, zanim zostanie wypuszczona na wolność. Wątpliwe, by jej właściciele próbowali odbić ją z niewoli, ryzykując tym samym własne ubezwłasnowolnienie. Ptak dołączył tym samym do rosnącej listy zwierząt zamieszanych w handel narkotykami w Brazylii.

 

Do tej pory była to jednak głównie domena gadów. W 2008 roku policja uchwyciła dwa aligatory podczas nalotu na fawelę w Rio de Janeiro. Handlarze zostali oskarżeni o napuszczeniu gadów na swoich wrogów. Przestępcy bronili się, twierdząc, że aligator odmówił zjedzenia ludzkich zwłok.

 

 



Wojna w Jemenie pochłonie setki tysięcy ofiar śmiertelnych

Liczba ofiar wojny w Jemenie, jak się okazuje, jest wielokrotnie wyższa niż przypuszczano, a sytuacja na miejscu jest wręcz katastrofalna. Najnowsze szacunki mówią, że więcej ludzi umiera z głodu i chorób, niż w wyniku działań zbrojnych.

 

Najnowszy raport w sprawie Jemenu został przygotowany przez specjalistów z Uniwersytetu w Denver na zlecenie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie przedstawia on aktualnej liczby ofiar śmiertelnych, ale przewiduje, że jeśli wojna wciąż będzie trwała, a sytuacja humanitarna nie ulegnie poprawie, na przestrzeni lat 2015-2019 zginie łącznie 233 tysięcy ludzi.

W raporcie zaznaczono, że w wyniku samych działań zbrojnych, do końca 2019 roku może zginąć około 102 tysiące Jemeńczyków, a 131 tysięcy kolejnych zginie z powodu głodu, chorób, fatalnych warunków mieszkaniowych i innych czynników, które bezpośrednio mają związek z toczącymi się działaniami wojennymi.

 

Oznacza to, że na przestrzeni tych kilku lat, zginie 0,8% populacji państwa. Specjaliści ustalili również, że Jemen cofnął się w rozwoju nawet o 21 lat, a do końca 2019 roku, kraj poniesie straty ekonomiczne w wysokości 89 miliardów dolarów.

Wojna w Jemenie wybuchła w marcu 2015 roku, gdy rebelianci, którzy prawdopodobnie są wspierani przez Iran, obalili prosaudyjski rząd w Sanie. Bojownicy kontrolują obecnie zachodnią część kraju łącznie ze stolicą, natomiast Arabia Saudyjska, we współpracy z innymi państwami w regionie oraz Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi, chce siłą przywrócić poprzedni porządek. Brutalna kampania wojenna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i przyczyniła się do ogromnych zniszczeń i ofiar w ludziach.

 



Na pustyni koło Dubaju powstaje największa na świecie elektrownia słoneczna

Na pustyni w Dubaju powstaje największy na świecie park solarny, nazwany imieniem władcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Mohammeda Bin Rashida Al Maktouma. Niezwykle kosztowny projekt budowlany stale się rozwija i właśnie osiągnął kolejny kamień milowy.

Obecnie trwa już ósmy rok prac budowlanych, a zdjęcia satelitarne zaczynają oddawać niezwykłą skalę projektu. Dubajski Urząd ds. Energii i Wody (DEWA) poinformował stację CNN, że inwestycja o wartości 13,6 miliarda dolarów będzie w stanie zasilić nawet 1,3 miliona gospodarstw domowych, jednocześnie zmniejszając emisję dwutlenku węgla o 6,5 miliona ton rocznie.

Prace nad projektem rozpoczęto oficjalnie w 2012 roku, a planowany termin ukończenia parku oscyluje około 2030 roku. Park słoneczny o łącznej mocy 5000 megawatów będzie więc budowany 3 razy dłużej niż słynny dubajski drapacz chmur Burj Khalifa. Pierwsze dwie fazy, obejmujące zainstalowanie 2,3 miliona paneli fotowoltaicznych o mocy 213 megawatów, zostały już zakończone. Obecna faza polega na dodaniu kolejnych 3 milionów ogniw głębiej wewnątrz konstrukcji. DEWA informuje, że te prace mają zostać sfinalizowane do 2020 roku.

Najbardziej ambitna będzie jednak faza czwarta. Polegać ona będzie na zbudowaniu najwyższej na świecie wieży skoncentrowanej energii słonecznej. Potwierdzono, że na jej szczycie zamocowane będą specjalne lustra zwane heliostatami, których rolą będzie skupianie światła słonecznego. Następnie nagromadzone ciepło będzie wykorzystywane do zasilania turbin parowych, generujących energię elektryczną.

 

Jak zaznaczają specjaliści, magazynowanie energii cieplnej jest około 10 razy tańsze niż magazynowanie elektryczności i to właśnie ten aspekt stanowi największą przewagę technologii solarnej. DEWA informuje, że wieża będzie w stanie przechowywać ciepło przez 15 godzin, ale zasilanie będzie dostarczane przez całą dobę. Ogółem wieża ma być otoczona przez ponad 70 tysięcy heliostatów.

Już teraz dubajski park solarny o mocy 1963 megawatów jest najbardziej wydajnym projektem tego typu na świecie, a zainstalowano zaledwie 40% końcowych osiągów. Do tej pory największym działającym parkiem solarnym na świecie był chiński Tengger Desert Solar Park o mocy 1547 megawatów. DEWA zwraca jednak uwagę na pewien istotny problem, a mianowicie pustynny pył. Gromadzenie się pyłu na modułach wieży może znacznie ograniczać wytwarzanie energii. W odpowiedzi na wyzwanie rozpoczęto już prace nad automatycznym systemem czyszczenia parku.

 

Celem Dubaju jest wygenerowanie co najmniej 25% krajowej energii ze źródeł odnawialnych do 2030 roku. Do 2050 roku energia solarna ma stanowić aż 75% produkcji elektryczności. Czas pokaże, czy ambitne plany znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości.

 

 



Australijskie władze planują eksterminację dzikich kotów na wielką skalę

Władze Australii utworzyły specjalną radę do walki z dzikimi kotami. Obecnie w kraju żyje około 6 milionów tych zwierząt. Rząd postanowił eksterminować co nakmniej 2 miliony.

 

W Australii koty pojawiły się w siedemnastym wieku wraz z Anglikami, którzy zaczęli kolonizować zielony kontynent. Teraz zwierzęta rozmnażają się i żyją na wolności. To powoduje, że ciągle polują, aby zdobyć pokarm. Ich pożywienie to oczywiście najczęściej mniejsze ssaki, takie jak gryzonie, ale także ptaki i gady.

 

Australia słynie z ekosystemu różnorodności fauny. Polowania dzikich kotów doprowadziły do tego, że wiele gatunków małych zwierząt jest zagrożonych wyginięciem. Ze względu na konieczność odtworzenia populacji endemitów  postanowiono zniszczyć dzikie koty.

Obrońcy praw zwierząt, ekolodzy i tzw. zieloni podejmują próby powstrzymania rzezi. Działacze opowiadają się za „etycznym traktowaniem zwierząt”, ponieważ metody „zwalczania szkodników”, ich zdaniem, należy nazwać kontrowersyjnymi. Łowcy do walki używają m. in. zatrutych kiełbas i strzelania z łuku.

 



W Botswanie znaleziono rekordowo wielki diament

W Botswanie odkryto największy surowiec diamentowy w najnowszej historii tego kraju. Klejnot został wykopany w kopalni Kares, która jest obsługiwana przez kanadyjską firmę.

 

Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat w tym samym miejscu znaleziono dwanaście diamentów ważących ponad 300 karatów. Tym samym poprawiono rekord z listopada 2015 r., kiedy firma odkryła 1109 - karatowy diament Lesedi La Rona.

Został on sprzedany dwa lata później, kiedy brytyjska kompania zapłaciła za niego 53 miliony dolarów. Nowy 1758 klejnot karatowy  przypomina wyglądem piłkę tenisową. Zajmuje drugie prestiżowe miejsce po 3106 - karatowym diamencie Cullinana znalezionym w Południowej Afryce w 1905 roku.

 



Przewlekły stres powoduje raka

To odkrycie może wpłynąć na sposób leczenia chorych na raka, twierdzi The Age. Pracownikom Monash University przy pomocy laboratoryjnych myszy udało się udowodnić, że przewlekły stres powoduje szereg zmian fizjologicznych. Te zmiany powodują, że komórki rakowe szybciej i łatwiej rozprzestrzeniają się do innych części ciała. 

 

W całym tym procesie kluczową rolę odgrywa adrenalina. Związek ten zwiększa rozmiary i ilość naczyń limfatycznych wewnątrz i wokół nowotworu. Jednocześnie rośnie prędkość przepływu wewnątrz tych naczyń. Tak oto naczynia limfatyczne stają się dystrybutorem komórek nowotworowych na całe ciało. Wpływ na układ limfatyczny następuje za pośrednictwem aktywacji współczulnego układu nerwowego, twierdzą eksperci. 

Naukowcy są w posiadaniu danych medycznych kilku pacjentów przyjmujących leki w przebiegu terapii lękowej i redukujących wysokie ciśnienie krwi (beta-blokery, które redukują działanie adrenaliny). Okazało się, że u tych osób rzadko diagnozowano nawroty chorób nowotworowych - rak bardzo rzadko rozprzestrzeniał się po ich całym organizmie. 

Równolegle prowadzi się eksperymenty również w Peter MacCallum Cancer Centre. Naukowcy testują leki, które blokują adrenalinę u pacjentek cierpiących na nowotwór piersi.

 

 

 



W Grecji urodziło się dziecko posiadające geny trojga osób

Greccy oraz hiszpańscy lekarze zajmujący się płodnością twierdzą, że „stworzyli” dziecko, które posiada geny trzech różnych osób. Chłopczyk urodził się we wtorek i ważył niespełna 3 kg. Lekarze potwierdzają, że matka i dziecko czują się dobrze.

 

Lekarze twierdzą, że udało im się znaleźć sposób, który może pomóc niepłodnym parom na całym świecie. Jednak eksperci w Wielkiej Brytanii twierdzą, że tego typu procedura jest nieetyczna i nie powinna była mieć miejsca.


Eksperymentalna forma zapłodnienia pozaustrojowego wykorzystuje komórkę jajową od matki, spermę od ojca oraz drugą komórkę jajową od innej dawczyni. Sposób ten został opracowany, aby pomóc rodzinom dotkniętym poważnymi chorobami genetycznymi, jednak w przypadku pacjentki z Grecji było to wyłącznie leczenie niepłodności.


Wady są zakodowane w mitochondriach komórek, więc połączenie DNA matki z mitochondriami dawcy może zapobiec dziedziczeniu choroby. Pacjentką była 32-letnia kobieta z Grecji, która przeszła cztery nieudane próby zapłodnienia in vitro. Syn kobiety posiada geny obojga rodziców oraz niewielką ilość DNA dawczyni, ponieważ mitochondria posiadają swój własny kod genetyczny.


Grecki zespół współpracował z hiszpańskim centrum Embryotools, które ogłosiło, że 24 inne kobiety biorą udział w badaniu, a osiem zarodków jest gotowych do wszczepienia. W lutym 2018 r. lekarze z Newcastle, którzy byli pionierami tej technologii, otrzymali pozwolenie na wykorzystanie nowatorskiego sposobu i doprowadzili do narodzin pierwszego dziecka, które posiadało DNA 3 różnych osób.


Zatwierdzono wtedy dwa przypadki, w których dziecko mogło urodzić się z poważnymi wadami genetycznymi. Lekarze podkreślają, że leczenie niepłodności a zapobieganie przekazywaniu wadliwych genów to dwie odmienne moralnie kwestie.


Tim Child z Uniwersytetu w Oksfordzie i dyrektor medyczny The Fertility Partnership, powiedział: „Obawiam się, że pacjentka nie miała udowodnionej potrzeby usunięcia materiału genetycznego ze swojej komórki jajowej i zastąpieniem go DNA dawczyni. Ryzyko związane z tą techniką nie jest do końca znane, choć można je uznać za dopuszczalne, jeśli stosuje się ją w leczeniu choroby mitochondrialnej, ale nie w tej sytuacji."


Lekarze podkreślają, że edytowanie genów nadal budzi ogromne kontrowersje i spory etyczne. Środowisko naukowe obiawia się, że ekspetymentalna metoda mogła zostać użyta bez odpowiedniego przygotowania, co może skutkować poważnymi problemami w przyszłości.

 



Czarnobyl truje Europejczyków już od 33 lat

Po cichu minęła niechlubna 33 rocznica awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu, która skaziła pół Europy i wywołała fale zachorowań na raka, która cały czas wzbiera.

Czwarta jednostka elektrowni jądrowej w Czarnobylu eksplodowała 26 kwietnia 1986 roku. Łączna powierzchnia skażenia radioaktywnego na Ukrainie wynosiła 50 tysięcy kilometrów kwadratowych. Radioaktywna chmura rozpostarła się po całej Europie.

 

Czwarta jednostka elektrowni jądrowej w Czarnobylu eksplodowała 26 kwietnia 1986 roku. Łączna powierzchnia skażenia radioaktywnego na Ukrainie wynosiła 50 tysięcy kilometrów kwadratowych. Radioaktywna chmura rozpostarła się po całej Europie. Likwidowanie jej skutków trwa po dziś dzień.

26 kwietnia 1986 roku doszło do eksplozji w czwartym reaktorze elektrowni jądrowej w Czarnobylu. W wyniku eksplozji reaktora zginęła jedna osoba, potem jednak z powodu choroby popromiennej śmierć poniosło przynajmniej 160 likwidatorów skutków wypadku.

 

Oprócz tego, że Czarnobyl był dramatem dla Ukrainy stał się tez przyczyną chorób tarczycy i onkologicznych. Obecna epidemia raka z pewnością ma jakiś związek z emisjami z Czarnobyla. Wtedy zanieczyszczone zostało około  42 tys. kilometrów kwadratowych Ukrainy, 57 tys. kilometrów kwadratowych terytorium Rosji i ponad 46,5 tys. kilometrów kwadratowych Białorusi. Na obszarze tym żyło 6 mln 945 tys. ludzi.

Do katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu doszło 26 kwietnia 1986 roku. W wyniku przegrzania reaktora doszło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX wieku.

 

Obecna epidemia raka obserwowana w Europie, z pewnością ma duży związek z emisjami z Czarnobyla. Nikt nawet nie próbuje tego łączyć i ustalać skąd wzięły się kancerogeny u masowo umierających ludzi. Aby wyeliminować konsekwencje katastrofy, ZSRR przesiedlił wtedy 800 tys. obywateli. Wielu z nich umarło potem przedwcześnie. Trzeba jednak przyznać, że ofiarność Rosjan i Ukraińców walczących z tym tragicznym problemem była ogromna, a decyzja zasypania reaktora nad wyraz słuszna. Z pewnością to zniwelowało skażenie z miejsca katastrofy.

Długofalowe skutki emisji z Czarnobyla są trudne do ustalenia. Katastrofa w Czarnobylu wydaje nam się czymś przeszłym, co wystąpiło i jest już po wszystkim. Nic bardziej błędnego. Trzeba w trybie ciągłym pilnować reaktora i tego co się z nim dzieje. Może to potrwać jeszcze kilkadziesiąt lat, a nawet dłużej. Część okolicy Czarnobyla skażona plutonem pozostanie w takim stanie przez następne kilkadziesiąt tysięcy lat. Można więc założyć, że skutki naszej aktywności będą odczuwalne nawet wtedy gdy ludzi dawno już na Ziemi nie będzie.