Listopad 2018

Kandydat na prezydenta USA chce wprowadzić system oceniania obywateli na wzór Chin

W Stanach Zjednoczonych trwa nieustanna walka między Demokratami a Republikanami, natomiast aktualny prezydent Donald Trump nie ma zbyt dobrej reputacji tak w kraju, jak i na świecie. Jednak już za 2 lata odbędą się kolejne wybory prezydenckie, a jeden z kandydatów proponuje wprowadzić kontrowersyjne programy.

 

Posiadający chińskie korzenie Andrew Yang, amerykański przedsiębiorca, chce dojść do władzy w możliwie najprostszy sposób, przekupując wyborców ich własnymi pieniędzmi. Jego głównym postulatem, który wywołuje sporo emocji, jest rozdawanie ludziom po tysiąc dolarów miesięcznie, czyli około 3700 złotych. Andrew Yang chce sprawić, aby taka kwota wpadała do kieszeni Amerykanów w wieku od 18 do 64 lat bez jakichkolwiek zobowiązań i na dowolny cel.

 

Kandydat na prezydenta USA określa ten program mianem uniwersalnego dochodu podstawowego. Yang twierdzi, że Amerykanom należą się te pieniądze z powodu automatyzacji zawodów, które mogą prowadzić do fali bezrobocia, a państwo podobno stać na takie rozdawnictwo.

Andrew Yang - źródło: Stephen McCarthy/Collision/Sportsfile/CC BY 2.0

Warto też wspomnieć, że Andrew Yang wystartuje w wyborach prezydenckich z ramienia Demokratów, a zatem będzie wielkim przeciwnikiem znienawidzonego Donalda Trumpa. Obietnice o rozdawaniu pieniędzy mogą zapewnić mu zwycięstwo. Jednak prędzej czy później powinniśmy spodziewać się oskarżeń, według których Andrew Yang jest chińskim agentem, bo dlaczego nie?

 

Na swojej stronie internetowej www.yang2020.com postuluje wprowadzenie programu „Digital Social Credits”. Nazwa oczywiście jest mocno zbliżona do chińskiego totalitarnego programu oceniania życia mieszkańców „Social Credit System”. Gdy poznamy szczegóły zrozumiemy, że te dwa są do siebie podobne nie tylko z nazwy. Andrew Yang chce wdrożyć program, który będzie nagradzał Amerykanów np. za uczestnictwo w ważnych wydarzeniach, czy za wzajemne udzielanie sobie pomocy. Władze będą przyznawać punkty, za które będzie można nabyć różne usługi, produkty w sklepach, wspomóc organizacje lub innych ludzi.

 

Yang twierdzi, że jego „Digital Social Credits” będzie tylko i wyłącznie nagradzał, a nie karał. Dlatego jest to kolejna kwestia, która może zadecydować o jego zwycięstwie podczas wyborów prezydenckich w 2020 roku. Niestety również ten program posiada minusy – jednym z nich jest pełna kontrola życia Amerykanów na wzór chiński, choć tamtejsze społeczeństwo i tak jest inwigilowane na wszelkie możliwe sposoby.

 

Kolejne wybory w USA już za 2 lata. Demokraci zarzucają Donaldowi Trumpowi współpracę z Rosją, ale najwyraźniej nie mają nic przeciwko, aby nowym prezydentem został człowiek o charakterystycznym nazwisku „Yang”, z chińskimi korzeniami i programem wyciągniętym wprost z Pekinu.

 



13-latek zginął w Tajlandii podczas walki bokserskiej nieletnich

W Bangkoku odbył się pogrzeb 13-letniego boksera. Jego śmierć wywołała w Tajlandii dyskusję, czy nie powinno się zakazać nieletnim uprawiania sportów walki.

Anucha Tasako zginął w wyniku krwotoku mózgowego, do którego doszło 10 listopada podczas walki bokserskiej. Pomimo zaledwie 13 lat, chłopiec zdążył wziąć udział w aż 174 walkach na przestrzeni 5 lat.

 

Ministerstwo Sportu i Turystyki Tajlandii wyszło z inicjatywą całkowitego zakazu walk dla dzieci w wieku poniżej 12 lat. Nieletni w wieku 12-15 lat będą musieli natomiast uzyskać specjalną zgodę ze strony władz.

Doktor Witaya Sungkarat ze szpitala w Bangkoku przez 5 lat prowadził badania, w których starał się porównywać rozwój mózgu młodocianych bokserów i dzieci niezaangażowanych w sztuki walki. Wyniki wyraźnie pokazują, że boks powoduje nieodwracalne uszkodzenie mózgu dziecka. 

Lekarz ma nadzieję, że tym razem uda się skutecznie zakazać dziecięcych walk, w związku z mocnymi dowodami, potwierdzającymi, że młodociani bokserzy z każdą kolejną potyczką mają coraz niższy iloraz inteligencji.

 

75-letnia babcia chłopca przyznała, że już jakiś czas temu poprosiła wnuka, by zrezygnował z walk, lecz chłopak nie posłuchał, gdyż wówczas nie miałby pieniędzy na dalszą edukację oraz utrzymanie rodziny.

 

 



Polska uległa Unii Europejskiej w sprawie cofnięcia reformy sądownictwa

Unia Europejska zarządziła koniec reformy sądownictwa w Polsce. Z prężenia muskułów polskiego rządu przed Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie zostało już nic poza kłopotem, aby teraz jakoś objaśnić swoim wyborcom, że ta klęska jest sukcesem. 

 

Rok 2018, czyli rocznicowy rok stulecia odzyskania niepodległości, zostanie zapamiętany jako rok bezpośrednich dowodów na jej utratę. Najpierw polskie władze, a wraz z nimi Polacy, zostały poddane międzynarodowej presji w sprawie ustawy o IPN, która miała za zadanie uniemożliwienie szkalowania narodu polskiego. Po kilku miesiącach kopania nas przez przedstawicieli środowisk żydowskich, w bolesny sposób przekonaliśmy się o naszej podległości wobec Izraela.

 

Podyktowana w siedzibie Mosadu nowa wersja ustawy została przeprowadzona w polskim Sejmie, Senacie i u Prezydenta, w rekordowe 9 godzin. Potem premier Mateusz Morawiecki ogłosił sukces i wieczną przyjaźń z bratnim narodem żydowskim. To "zbliżenie" trwa do dzisiaj. 

Jednak utrata niepodległości względem Izraela oraz jego państwa satelickiego USA, to nie jedyny problem polskiej suwerenności. Ze względu na podpisanie Traktatu Lizbońskiego przez Lecha Kaczyńskiego, Polska utraciła również suwerenność na rzecz Unii Europejskiej. Unijni urzędnicy postarali się w roku stulecia polskiej niepodległości, o odpowiednie zamanifestowanie naszej podległości Brukseli.

Kulminacją tego procesu jest rezygnacja z przeprowadzanej reformy sądownictwa w Polsce. Nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym umożliwiająca cofnięcie zmian w tej instytucji jest właśnie procedowana w Sejmie. Zaczęło się już również objaśnianie elektoratowi dlaczego to jest jednak sukces.

Dwie spektakularne nowelizacje polskiego prawa zostały narzucone z zewnątrz w ciągu tego roku. Trudno o lepszy dowód, że jesteśmy kolonią a nie suwerennym krajem, skoro nasze prawo jest pisane za granicą.

 

 


 



Finlandia może zażądać zwrot terytoriów zajętych przez ZSRR, w tym Karelii

Na konferencji jesiennej skrzydło partii młodzieżowej „Prawdziwi Finowie” (Perussuomalaiset nuoret) oświadczyło, że Finlandia powinna formalnie zażądać zwrotu terytoriów (w tym Karelii), zajętych przez Rosję pod koniec drugiej wojny światowej. Chcą też przywrócenia granicy z 1939. Oficjalnie o tym stanowisku poinformowały władze partii na Twitterze, tj. Henri Hautamäki, członek zarządu Perussuomalaiset nuoret i jednocześnie szef regionalnego oddziału nacjonalistycznej organizacji Suomen Sisu.

 

Oświadczenie wywołało gorącą dyskusję w sieciach społecznościowych. Zaangażowali się w nią także ludzie spoza Finlandii. Wielu komentatorów wskazuje, że Karelia i region Murmańska są w ruinie. Smutny jest też los mniejszości narodowych w Republice Karelii. Niektórzy przyrównują ten obszar do wschodniej Ukrainy i domagają się referendum.

 

Przeciwnicy pomysłu zaczęli drwić, że Finlandia powinna podbić Arktykę i zaczęli szydzić z „światowej dominacji Finów”. Wielu uważa, w tym sam Matti Hautamäki, że aby zrealizować plan zmiany granic, należy najpierw poradzić sobie z problemami wewnątrz własnego kraju, tj. z napływem imigrantów do Finlandii.

 

Niektórzy uczestnicy sporu piszą o granicach z 1917 roku, kiedy Finlandia była częścią imperium rosyjskiego i granicach z roku 1809, kiedy kraj znajdował się pod panowaniem szwedzkim.

 

„Nie byłoby lepiej skupić się na przywrócenie samorządności w ramach istniejących granic?” - pyta Petri Mäkelä. „Czy Perussuomalaiset nuoret kwestionuje zapisy traktatu paryskiego z 1947 i / lub rozejmu moskiewskiego z 1944 roku?” – dodaje nijaki Juuso. „Co myślicie zrobić z Rosjanami, którzy tam mieszkają? Powitacie ich w fińskim systemie zabezpieczenia, czy w fińskiej armii itp.? Co powiecie o bardzo złej infrastrukturze, skąd wziąć pieniądze na remonty? Marzenia nie są złe, ale lepiej skupić się na czymś bardziej realistycznym” – dywaguje Aksu.

 

Partia Perussuomalaiset nuoret jest częścią koalicji rządzącej w Finlandii i popiera ideę eurosceptycyzmu. Opowiada się za ukróceniem polityki imigracyjnej. Podczas spotkania Donalda Trumpa i Putina w Helsinkach członkowie partii zorganizowali wiec poparcia dla prezydenta USA.

Kandydatka na prezydenta Perussuomalaiset nuoret Laura Huhtasaari proponuje wprowadzenie zakazu noszenia burki. Były przewodniczący oddziału młodzieżowego partii Sebastian Tyunkkyunen został skazany za antymuzułmańskie wpisy na Facebooku. To nie jedyny członek partii, którego ukarano za kontrowersyjne działania i wypowiedzi. Co ciekawe w szeregach organizacji działają także Rosjanie.

 



Naukowcy odkryli zaginioną bliźniaczkę Słońca

Międzynarodowy zespół badawczy namierzył gwiazdę, która jest niemal identyczną bliźniaczką Słońca. Co więcej, naukowcy uważają, że w jej otoczeniu może znajdować się również bliźniaczka Ziemi. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Astronomy & Astrophysics.

 

Słońce i jej „rodzeństwo”, czyli tysiące innych podobnych gwiazd, narodziły się w tej samej masywnej gromadzie około 4,6 miliarda lat temu. Z biegiem czasu, gwiazdy rozeszły się po całej galaktyce. Jednak badania, przeprowadzone przez międzynarodowy zespół naukowców, któremu przewodził Vardana Adibekyana z Instytutu Astrofizyki i Nauk Kosmicznych (AI) w Portugalii, pozwoliły zlokalizować jedną z nich.

 

Gwiazdę HD 186302 odkryto dzięki projektowi archeologii galaktycznej AMBRE, prowadzonego przez Europejskie Obserwatorium Południowe i Obserwatorium Lazurowego Wybrzeża, który pozwolił określić parametry atmosfery na podstawie archiwalnych widm, zarejestrowanych z pomocą spektrografów FEROS, HARPS, UVES i GIRAFFE. Naukowcy skorzystali również z danych, pozyskanych dzięki obserwatorium Gaia, aby ustalić skład chemiczny.

HD 186302 to gwiazda typu G3 i jest niemal identyczną bliźniaczką Słońca. Zdaniem astronomów, powinniśmy tam poszukać śladów życia pozaziemskiego. Vardana Adibekyana twierdzi, że skoro odkryliśmy „Słońce 2.0”, które narodziło się w tej samej masywnej gromadzie co nasze Słońce, to w jej pobliżu być może odkryjemy także „Ziemię 2.0”, która również mogła zostać „zanieczyszczona” życiem. Naukowcy z Instytutu Astrofizyki i Nauk Kosmicznych w Portugalii zamierzają rozpocząć poszukiwania planet wokół tej gwiazdy z nadzieją na kolejne przełomowe odkrycie.

 



Polska nie podpisze globalnego porozumienia na rzecz migracji

Polska dołącza do Austrii, Chorwacji, Stanów Zjednoczonych oraz Węgier i nie zamierza podpisywać specjalnego porozumienia ONZ wspierającego migracje ludności na świecie. 

 

Globaliści z ONZ mieli nadzieję, że uda im się doprowadzić do podpisania specjalnego porozumienia na rzecz migracji, które będzie zobowiązywać sygnatariuszy do otwarcia granic i zwalczania wszelkich oznak niezadowolenia społeczeństwa z powodu multikulturalizmu. Teraz jednak kolejne kraje wycofują się z planów jego przyjęcia. 

 

Decyzja polskiej dyplomacji, aby nie podpisywać finalnego porozumienia, jest zaskoczeniem, ponieważ nasz kraj sygnował deklarację w Marakeszu, która była preludium do podpisania tego właściwego porozumienia. Jednak ze względu na to, że Polska jest uważana za kraj satelicki USA, koordynacja naszego stanowiska w zakresie migracji z centralą wydaje się racjonalna.

 

Forsowane przez ONZ porozumienie zwane Światowym Paktem dla Bezpiecznej, Uporządkowanej i Regularnej Migracji, zakłada, że migracja jest prawem człowieka i zobowiązuje państwa skupione w tej organizacji do jego przestrzegania poprzez otwarcie granic i zezwolenie na pobyt każdemu kto tego chce, bez względu na powody. Co więcej, powinno się zapewnić im utrzymanie i "godną pracę" oraz możliwość ściągnięcia całej rodziny. Generalnie chodzi o model niemiecki i takie jego konsekwencje jakie widzimy w migawkach dzisiejszych wiadomości z Niemiec. 

 

Oprócz tego dokument migracyjny ONZ zakłada przymusowe realizowanie polityki multikulturalizmu, co jest nazywane poszanowaniem dla kultury przybyszów. Zalecenia z tego dokumentu mógł pisać ktoś z sieci Sorosa - Open Society Foundations. 

Co bardzo niepokoi porozumienie zawiera wezwanie do szkalowania mediów, które nie mają linii na temat migracji zgodnej z ONZ. Proponuje się niszczenie ich ekonomiczne poprzez oddcinanie od źródeł finansowania.

 

Oprócz tego dokument proponuje wprowadzenie nowych ustaw, które pozwolą karać tak zwaną "mowę nienawiści". Innymi słowy chodzi po prostu o ordynarną cenzurę, która ma umożliwić tuszowanie wszelkich opinii krytycznych względem planowanej i przeprowadzanej podmiany społeczeństw krajów rozwiniętych przez przybyszów z Afryki i Azji.

Akurat w tym wypadku całe szczęście, że polskie władze podążają ślepo za USA i Izraelem. Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Donald Trump, od początku odnosi się krytycznie do pomysłu porozumienia sankcjonującego niekontrolowaną imigrację, a właśnie do tego doprowadzi przyjęcie dokumentu ONZ.

 

Jeśli jednak większość krajów członkowskich Unii Europejskiej przyjmie to porozumienie, to z pewnością znajdzie się sposób na wyegzekwowanie jego zapisów w Polsce za pomocą unijnych dyrektyw. 

 

 

 



Pikantna roślina może pozwolić na przełom w zwalczaniu bólu

Euphorbia resinifera – kaktusopodobna roślina, znana również jako wilczomlecz żywiconośny, może pomóc zwalczać silny ból. Aktywny składnik roślinny, rezynyferatoksyna (RTX), jest o 10 000 razy ostrzejszy od najostrzejszej papryczki na świecie i może osłabiać czucie zakończeń nerwowych.

 

Naukowcy odkryli, że po wstrzyknięciu do organizmu, rezynyferatoksyna wiąże się z TRPV1 – cząsteczką znajdującą się w zakończeniach nerwowych, które reagują na ból. Działanie substancji otwiera kanał na zakończeniu nerwu, przez który przepływają jony wapnia. Duża ilość jonów dezaktywuje nerw wyczuwający ból bez wpływu na inne neurony czuciowe.

Badacz Michael Iadarola przetestował RTX na psach, wstrzykując chemikalia w kolana zwierząt, aby złagodzić ból stawów. Eksperyment przyniósł obiecujące wyniki. Rezynyferatoksyna ma wiele zalet w porównaniu z istniejącymi silnymi środkami przeciwbólowymi: nie wymaga częstego dawkowania, celuje tylko w obszar powodujący ból i nie uzależnia.

 

Jeśli RTX stanie się powszechnie dostępny, mógłby zastąpić opioidy, które są silnie uzależniające. Obecnie uzależnienie od opoidów staje się coraz poważniejszym problemem wśród osób przyjmujących leki przeciwbólowe.

 



Konflikt w saudyjskiej rodzinie królewskiej. Zbuntowani książęta sprzeciwiają się następcy tronu

Wszystko wskazuje na to, że śmierć jednego człowieka może wywrócić do góry nogami obecny porządek w Arabii Saudyjskiej. W rodzinie królewskiej narodził się swoisty ruch oporu przeciwko następcy tronu Mohammadowi bin Salmanowi. Zbuntowani książęta chcą dokonać zmiany na najwyższym szczeblu władzy.

 

Gdy wyszło na jaw, że następca tronu najprawdopodobniej zlecił brutalne morderstwo saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggiego, Rijad spotkał się z ostrą krytyką na świecie. Niemcy nie tylko wstrzymały eksport broni do Arabii Saudyjskiej, ale nawołują też wszystkie kraje europejskie do nakładania sankcji. Zupełnie inaczej postępują Rosja i Stany Zjednoczone.

 

Donald Trump oświadczył dziś, że nie podejmie żadnych działań przeciwko Arabii Saudyjskiej. Jego zdaniem, szczegóły morderstwa pozostają niejasne, a co najważniejsze – Rijad jest dobrym sojusznikiem w zwalczaniu Iranu na Bliskim Wschodzie. W grę wchodzą także wielomiliardowe kontrakty zbrojeniowe – ich anulowanie może sprawić, że Saudowie zwrócą się do Chin i Rosji.

 

Z oświadczeniem Donalda Trumpa nie zgadza się jednak agencja CIA, która już w piątek stwierdziła, że to Mohammad bin Salman odpowiada za zabójstwo i zmasakrowanie zwłok dziennikarza Jamala Khashoggiego oraz próbę zatajenia tego faktu. Stany Zjednoczone są wyraźnie podzielone w kwestii ukarania Arabii Saudyjskiej.

Podziały widać także w Rijadzie. Rząd zrzucił całą winę na kilkunastu agentów, który faktycznie zabili Khashoggiego i może im za to grozić nawet kara śmierci. Tymczasem liczni członkowie rodziny królewskiej zaczęli się jawnie buntować przeciwko Mohammadowi bin Salmanowi i domagają się wprowadzenia zmian w kolejce do tronu. Tamtejsze źródła podają, że próba obalenia obecnego porządku może nastąpić dopiero po śmierci króla Salmana, ponieważ ten z pewnością nie zgodzi się, aby jego syn utracił swoje stanowisko.

 

Media spekulują, że władzę może przejąć 76-letni Ahmed Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana. Książę od kilku lat żyje w Wielkiej Brytanii i jest krytykiem saudyjskiego rządu, ale nic mu nie grozi, ponieważ jest chroniony przez amerykańskie i brytyjskie służby. W Stanach Zjednoczonych, część polityków popiera go w roli przyszłego następcy tronu.

 

Jak sami widzimy, konflikt w saudyjskiej rodzinie królewskiej jest trochę skomplikowany. W grę wchodzi wiele czynników. Faktem jest, że reformator Mohammad bin Salman nawiązuje lepsze relacje z Rosją na polu energetycznym i militarnym. Podobnie postępuje Turcja, której Stany Zjednoczone wielokrotnie groziły sankcjami. Naiwnością byłoby myśleć, że Zachód faktycznie zerwie relacje z Arabią Saudyjską lub zainicjuje przewrót w Rijadzie z powodu zamordowania 1 (słownie: jednego) człowieka, podczas gdy w Jemenie zabito już tysiące ludzi.

 



Rosyjscy naukowcy budują rakietowy silnik nuklearny, który ułatwi kolonizację Marsa i innych planet

Załogowe misje kosmiczne na inne planety są możliwe, choć na dzień dzisiejszy nie posiadamy odpowiedniej technologii, która nam to umożliwi. Potrzebujemy przede wszystkim odpowiedniego napędu, który przyspieszy lot do obcego świata. Tak się składa, że w Rosji trwają prace nad silnikiem nuklearnym, który może stanowić idealne rozwiązanie dla tego problemu.

 

W najnowszym wywiadzie dla Rossijskaja Gazieta, Władimir Koszlakow, dyrektor generalny Centrum Badawczego Keldysza w Moskwie powiadomił o rakietowym silniku nuklearnym, który jest rozwijany od 2009 roku i przeszedł niedawno testy lądowe. Dowiedzieliśmy się, że silnik ten, gdy będzie gotowy, znajdzie zastosowanie w misjach kosmicznych.

 

Silnik nuklearny może zrewolucjonizować misje kosmiczne z kilku powodów. Przede wszystkim skróci czas lotu. Według Władimira Koszlakowa, astronauci mogliby dotrzeć na Księżyc w kilka dni, natomiast lot na Marsa potrwałby 7-8 miesięcy. Co więcej, rosyjscy naukowcy stawiają na silnik, który będzie charakteryzował się możliwością szybkiego, wielokrotnego wykorzystania. Rakieta wyposażona w taki napęd, po lądowaniu na Księżycu lub na Marsie, mogłaby ponownie wystartować już w ciągu 48 godzin.

Koszlakow twierdzi, że rozwijany silnik nuklearny umożliwi dalekie loty kosmiczne i pozwoli realizować misje „rodem z science fiction”. Niestety nie wiadomo, kiedy nowa technologia będzie gotowa do użytku. Mogą minąć długie lata, zanim po raz pierwszy wykorzystamy silnik nuklearny w misji kosmicznej. Dobra informacja jest taka, że w Chinach i Stanach Zjednoczonych również planuje się zbudować taki napęd, a powszechnie wiadomo, że wzajemna rywalizacja może przyspieszyć prace.

 

Oczywiście sam napęd nie jest jedyną przeszkodzą dla załogowych misji kosmicznych i kolonizacji innych światów. Równie istotną i problematyczną kwestią jest utrzymanie astronautów przy zdrowiu. Co z tego, że wyślemy ludzi na Marsa, skoro prędzej czy później, nasza marsjańska kolonia wyginie przez promieniowanie kosmiczne i niebezpieczne choroby?

 

Wiadomość pochodzi z portalu tylkonauka.pl

 



Wielka Brytania przygotowuje się na pobrexitowy kryzys. Wojsko może pojawić się na ulicach

Wielka Brytania jest coraz bliżej oficjalnego wystąpienia z Unii Europejskiej. W związku z przeciągającymi się negocjacjami w sprawie zawarcia umowy, rząd przygotowuje się nawet na najgorsze scenariusze. Jeden z nich zakłada rozmieszczenie wojska na ulicach miast.

 

Siły zbrojne przygotowują plan na wypadek chaosu, który prawdopodobnie wybuchnie, jeśli Wielka Brytania nie zdoła zawrzeć jakiejkolwiek umowy, regulującej wyjście kraju z Unii Europejskiej. W takiej sytuacji, na ulicach miast może pojawić się nawet 10 tysięcy żołnierzy, którzy będą współpracować z policją.

 

Armia może zostać rozmieszczona, aby powstrzymać niepokoje społeczne, pilnować porządku, kontrolować ruch i zabezpieczyć infrastrukturę oraz dostawy leków do szpitali. Plany są opracowywane przez ponad 20 oficerów, którzy nadzorują współpracę sił zbrojnych z policją po atakach terrorystycznych.

W chwili obecnej, Wielka Brytania jest przekonana, że uda się zawrzeć umowę, regulującą jej wyjście z Unii Europejskiej. Z drugiej strony, w kraju trwa kryzys polityczny - minister odpowiedzialny za przebieg negocjacji z UE, Dominic Raab, złożył rezygnację ze swojego stanowiska w ramach protestu wobec punktów, zawartych w umowie roboczej. Co więcej, premier Theresie May grozi wotum nieufności, a część społeczeństwa i niektórzy politycy chcą drugiego referendum. Wielka Brytania ma oficjalnie opuścić Unię Europejską 29 marca 2019 roku. Gotowej umowy jeszcze nie ma, a czasu coraz mniej.