Maj 2016

Amerykańska armia chce wyposażyć śmigłowce w broń laserową

Stany Zjednoczone powoli przygotowują się na rewolucję jeśli chodzi o sposób prowadzenia wojen. W niedalekiej przyszłości prawdopodobnie wszystkie rodzaje sił zbrojnych - powietrzne, lądowe i morskie - zostaną wyposażone w potężne, zminiaturyzowane systemy laserowe. Nowa technologia posiada istotne zalety (tak jak i wady) i ma w przyszłości zastąpić rakiety.

 

USA przeprowadzały już szereg testów z udziałem nowoczesnej broni laserowej. Montowano już je na pokładzie statków, pojazdów lądowych oraz dronów. W nadchodzącym okresie letnim ta futurystyczna broń zostanie umieszczona na śmigłowcu. Powszechnie uważa się, że lasery to bardzo skuteczna i precyzyjna broń, a co najważniejsze - nie jest kosztowna.

 

Za każdym razem powtarza się że wyprodukowanie jednej rakiety pochłania setki tysięcy dolarów i co oczywiste, można z niej skorzystać tylko raz. Zbudowanie działa laserowego również ma swoją cenę, ale można z niego korzystać do woli - jeden "strzał" kosztuje tylko 1 dolara. Przykładowe wykorzystanie czterech bomb do zniszczenia czterech ciężarówek pochłonie około milion dolarów. Stosowanie laserów będzie więc zdecydowanie bardziej opłacalne.

 

Jednak wdrożenie tej technologii w życie uniemożliwia fakt, iż broń laserowa nie będzie funkcjonowała w pewnych warunkach środowiskowych. Wymieńmy na przykład mgłę, opady deszczu bądź zanieczyszczone powietrze. Takie działo nie będzie mogło operować przede wszystkim na pustyni. Miną jeszcze lata zanim USA będą korzystać z laserów podczas działań zbrojnych ale warto dodać, że Izrael jako jedyne państwo na świecie jest już w posiadaniu funkcjonalnej laserowej tarczy antyrakietowej. Tzw. Żelazny Promień potrafi zniszczyć rakiety krótkiego zasięgu oraz moździerze w kilka sekund i współpracuje z pozostałymi systemami antyrakietowymi.

 

 



Podczas Euro 2016 służby spodziewają się zamachu islamistów. Będzie to najsilniej strzeżona impreza sportowa w historii

Nadchodzące wydarzenie sportowe może na stałe zapisać się w głowach wielu fanów piłki nożnej - nie chodzi o drużynę która odniesie zwycięstwo, ale zagrożenie atakiem terrorystycznym które pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Służby ostrzegają, że islamiści prawdopodobnie będą próbowali dokonać zamachu przy zastosowaniu wszelkich możliwych środków.

 

Policja podobno wkroczyła do jednej z kryjówek Salaha Abdeslama, terrorysty który organizował ostatnie ataki w Paryżu i Brukseli. W jego laptopie znaleziono szczegółowe plany kolejnego zamachu na imprezę Euro 2016. Informacje wskazują że islamiści mogą przeprowadzić ataki samobójcze, z wykorzystaniem broni palnej i ładunków wybuchowych a także broni chemicznej przenoszonej przez bezzałogowce.

Celem potencjalnego ataku terrorystów mają być kibice a najbardziej zagrożoną lokalizacją jest Stary Port w Marsylii. Jest to zresztą miasto określane jako najbardziej niebezpieczne w całej Europie, gdzie 40% mieszkańców to muzułmanie. Kluczową datą jest 11 czerwca, kiedy to ma odbyć się mecz Anglii i Rosji - państw zaangażowanych w wojnę z ISIS na Bliskim Wschodzie.

Wydarzenie Euro 2016 będzie pilnie strzeżone. Snajperzy, którzy zostaną rozmieszczeni na dachach budynków, oraz około tysiąca francuskich policjantów będzie mogło natychmiast oddać strzał do osoby która będzie próbowała dokonać zamachu. W razie konieczności na miejscu natychmiast pojawią się siły specjalne. Służby otrzymają nawet ręczne wyrzutnie rakiet ziemia-powietrze Mistral na wypadek ataku z powietrza. Media wskazują, że będzie to najsilniej strzeżone wydarzenie sportowe w historii.

 

 



Nowa umowa UE z internetowymi gigantami z USA może rozpocząć falę walki z wolnością słowa w Europie

Wszyscy obawiają się umowy TTIP, która ma dać nowe formy dominacji nad nami amerykańskich korporacji, a tu w zupełnej ciszy przeszło porozumienie w sprawie zwalczania tak zwanej "mowy nienawiści", które może być wykorzystywane do walki z przeciwnikami islamizacji Europy.

 

Przedstawiciele Komisji Europejskiej już dawno nalegali na bardziej restrykcyjne zwalczanie tych, którzy krytykują politykę topienia Europy w Islamie. W Niemczech usiłowano zastraszyć społeczeństwo, aby bało się pisać niepochlebne opinie o obcych nam kulturowo, roszczeniowych nachodźcach. W Berlinie zorganizowano pokazowe przeszukania i zatrzymania ludzi podejrzanych o wyrażanie opinii sprzecznych z oczekiwaniami władzy. Jednak to nie okazało się to w pełni skuteczne, dlatego naciskano na wzmożenie cenzury, zwłaszcza na portalu społecznościowym Facebook.

 

Kilka dni temu można było zauważyć, że po wejściu na stronę główną Facebook pojawił się nieoczekiwanie komunikat o stosowaniu plików cookie. Był to prawdopodobnie ten moment, kiedy portal ten zaczął działać w ramach unijnego prawa. Amerykańskie portale społecznościowe zobowiązały się do usuwania lub blokowania wszelkiej zawartości, która jest klasyfikowana jako "mowa nienawiści", w ciągu 24 godzin.

Według rozumienia prawodawstwa unijnego, nie wolno krytykować Islamu, ani islamistów zwanych "uchodźcami". Nie wolno też wiązać islamu z terroryzmem i nawoływać do obrony własnej ojczyzny przed wynarodowieniem i konwersją religijną. Krytyka tego wszystkiego jest uważana obecnie za niedopuszczalną "mowę nienawiści".

 

Nie wolno też krytykować pod żadnym pozorem Żydów oraz państwa Izrael. Domyślnie jest to uważane za antysemityzm i można popaść w kłopoty, ponieważ polscy prokuratorzy boją się umarzać takie sprawy w obawie przed uznaniem sprzyjania "antysemicie" co może złamać karierę w sądownictwie. Zwykle więc służby tropią takich delikwentów ze wzmożoną gorliwością. Przewodniczący Europejskiego Kongresu Żydów, Mosze Kantor, uznał porozumienie UE z internetowymi gigantami za historyczne i dodał, że "nie mogło nadejść w lepszym czasie".

 

Eliminowanie chamskich wpisów jest oczywiście koniecznością, jednak klasyfikowanie treści dopuszczalnych jest problemem, bo nie wiadomo dokładnie według jakiego klucza oceniać co jest mową nienawiści, a co nią nie jest. Zawsze pojawia się nierozwiązywalny konflikt między wolnością słowa, a dążeniami każdej władzy do jej zwalczania.

 

 



Pochodzenie martwych ryb na estońskiej wyspie Hiiumaa nadal pozostaje niewyjaśnione

Pochodzenie kilku ton martwych ryb odnalezionych w marcu br. na brzegu Półwyspu Kõpu na estońskiej wyspie Hiiumaa nadal pozostaje tajemnicą.

 

 

Winowajcy katastrofy nie zostali zidentyfikowani. Niektórzy winą za opieszałość w działaniach obarczają estońskie służby.

 

„Najprawdopodobniej są to ryby z szwedzkiego trawlera, ale Szwedzi się do tego nie przyznają i nie ma żadnych dowód w tej sprawie, świadczących przeciwko nim” – powiedział we wtorek sekretarz kontroli środowiskowych w wywiadzie udzielonym portalowi BNS.

 

19 marca br. na obszarze kilku kilometrów na północnym wybrzeżu półwyspu Kõpu znaleziono na brzegu kilka ton martwych ryb.



Głowa Kościoła Protestanckiego w Niemczech chce aby wszystkie szkoły w kraju nauczały islamu

Chrześcijaństwo w Europie najwyraźniej samo dąży do autodestrukcji. Głowa niemieckiego Kościoła Protestanckiego uważa, że w ramach tolerancji oraz wolności religijnej i wolności sumienia wszystkie szkoły powinny dogłębnie nauczać islamu. Wezwanie to spotkało się z akceptacją wśród przedstawicieli Kościoła Katolickiego.

 

Zgodnie z wypowiedzią biskupa Heinricha Bedford-Strohma, nauka islamu miałaby wręcz pozytywny wpływ na młodych muzułmanów którzy mogliby nabrać bardziej krytycznego nastawienia wobec swojej religii. Co więcej, obowiązkowy islam miałby także zapobiec radykalizacji. Jest to dość zaskakująca wypowiedź i już na pierwszy rzut oka wydaje się, że osiągnięte efekty byłyby odwrotne od zamierzonych.

 

Trudno powiedzieć dlaczego chrześcijaństwo wyraża zgodę na naukę islamu i samo zagraża swojej obecności w Europie. Warto zwrócić uwagę, że właśnie nie tylko agresywność i ekspansja wyznawców islamu jest tu problemem - chodzi tu również o wypowiedzi takich osób jak wspomniany wyżej niemiecki biskup. Należy przypomnieć, że to właśnie w Niemczech zaproponowano stworzenie tzw. europejskiego umiarkowanego islamu, lecz pomysł ten należy raczej traktować jako pewną formę obrony która jak widać i tak się nie sprawdza.

 

W Europie Zachodniej nauka islamu staje się coraz bardziej powszechna. W Niemczech, religia ta w pewnej formie nauczana jest łącznie w sześciu krajach związkowych. Wszystko wskazuje na to, że Europa przekształci się kiedyś w Eurabię gdzie biali ludzie będą stanowić jedynie mniejszość etniczną.

 

 



Protest w Czechach - mężczyzna zdjął spodnie i wstrzymał przejazd amerykańskiego konwoju wojskowego

Podczas przejazdu pojazdów opancerzonych ulicami miejscowości Vyškov w Czechach doszło do nietypowego zdarzenia. Mężczyzna w mundurze wojskowym zablokował drogę żołnierzom NATO.

 

 

Według świadków, człowiek wyszedł na ulicę, ściągnął spodnie i wypiął pośladki w kierunku Amerykanów. Dość szybko zareagowała jednak czeska policja, a delikwent został zatrzymany do wyjaśnienia sprawy.

 

Konwój amerykańskich pojazdów opancerzonych przemierza Czechy, zmierzając na ćwiczenia Saber Strike-2016, które rozpoczną się wkrótce w krajach bałtyckich.

 



Fatalna kondycja rynków wschodzących zwiastunem polskich problemów. Część 1.

Dzieje się to, co stać się musiało. Wszechobecny socjalizm zbiera swoje żniwo. Państwa rozwijające się jak i rozwinięte borykają się z zadłużeniem, deficytem i zbyt rozrośniętym sektorem publicznym. Mechanizm jest prosty: władza rozpoczyna sprawowanie swojej funkcji z niskimi podatkami i małym rządem, następnie – w którymś momencie – rozdaje pieniądze pod pretekstem pomocy najuboższym.

 

W konsekwencji wzrasta liczba biednych, budżet państwa się nie zamyka, a zwiększa się deficyt i zadłużenie kraju. Do tego dochodzą dodatkowe obciążenia: obsługa świadczeń wymaga większej liczby urzędników, a także systemów nadzoru i kontroli, a ulgi podatkowe stwarzają szerokie pole do nadużyć. Zanim się ktokolwiek spostrzeże, ograniczenie wydatków będzie już niemożliwe, a społeczeństwo w kolejnych wyborach rządowych zdecyduje się na kandydatów, którzy przelicytują poprzedników.

 

Polska należy do gospodarek wschodzących i ma szansę, obserwując inne kraje z tej grupy, niejako z wyprzedzeniem przyjrzeć się problemom, przed którymi stanąć może i nasze państwo. Niestety, niewielu Polaków zastanawia się nad trudnymi dla społeczeństwa kwestiami, m.in. nad tym, że również i my,  podobnie jak mieszkańcy Wenezueli, możemy doświadczyć stania w kilometrowych kolejkach po żywność. Nie chcemy myśleć o tym, że i my możemy zmagać się z 60% bezrobociem, tak jak mieszkańcy Puerto Rico.

 

Przygotowywanie się na ciężkie czasy nie jest przyjemne, ponieważ wiąże się z ograniczeniem konsumpcji i koniecznością oszczędzania. Kryzys jednak zawsze przychodzi, czy nam się to podoba czy nie, a wytrwanie w nim i zachowanie komfortu życia w tych trudnych chwilach, będzie zależało od naszych przygotowań i umiejętności rozpoznania sytuacji.Zanim przejdę bezpośrednio do spraw Polski i opiszę, w którym kierunku mogą zmierzać wydarzenia w naszym kraju, nakreślę w skrócie sytuację krajów o strukturze gospodarki podobnej do polskiej. 

 

Puerto Rico

 

Puerto Rico to wyspa położona na południe od Florydy. Jest częścią Stanów Zjednoczonych, jednak nie funkcjonuje w 100% na zasadach wspólnych dla wszystkich pozostałych stanów Ameryki. Wyspa znajduje się pod jurysdykcją USA, jej walutą jest dolar amerykański, a mieszkańcy Puerto Rico są również obywatelami Stanów Zjednoczonych. Różnica polega na tym, że nie płacą podatków federalnych i mogą poszczycić się daleko posuniętą autonomią w zakresie ustawodawstwa. Status wyspy można zatem – z pewnym przybliżeniem – odnieść do członkostwa Polski w UE.

 

Problemy finansowe, które niszczą gospodarkę wyspy i powodują, że duża liczba mieszkańców ją opuszcza, wynikają bezpośrednio z rządowego rozdawnictwa. Programy socjalne i rozrośnięty sektor publiczny powodują, że podatki – pochodzące od prywatnych przedsiębiorstw czy biznesów turystycznych – nie wystarczają, aby w pełni pokryć wydatki rządowe. W konsekwencji budżet Puerto Rico ustalano każdego roku z coraz wyższym deficytem.

 

Dług publiczny, który urósł w ostatnim roku do 70 mld USD ostatecznie zdławił wzrost gospodarczy. Przedsiębiorcy w tej sytuacji zwyczajnie nie są w stanie rozwijać własnych firm. Nie mają możliwości rozszerzania zakresu produkowanych dóbr czy powiększania rynków zbytu, ponieważ podatki powodują wzrost ceny ich wyrobów. Tracą zatem na konkurencyjności i przegrywają na rynku z zamorskimi producentami czy też w walce o turystę.

 

Kolejnym, bardzo silnym ciosem uderzającym w atrakcyjność Puerto Rico jest USD. W normalnych warunkach problemy gospodarcze powinny spowodować zdewaluowanie rodzimej waluty. Sytuacja ta doprowadziłaby co prawda do zubożenia społeczeństwa, ale wzrost konkurencyjności krajowej produkcji rozszerzyłby możliwości zbytu własnych produktów oraz obniżył koszty ponoszone przez turystów. Napływ kapitału z zewnątrz pomógłby wyciągnąć kraj z kłopotów – umożliwiłby osiągnięcie ugody z kredytodawcami i przeprowadzenie reform w kraju. Niestety, silny dolar, który jest walutą Puerto Rico, skutecznie przeciwdziała takiemu rozwojowi wydarzeń, a to utrzymuje lokalną gospodarkę w depresji.

 

Mamy zatem nasilającą się emigrację obywateli wyspy na kontynent, 60% bezrobocie i zmniejszającą się przez to bazę podatkową. Nie zaradził problemom nawet status raju podatkowego, którym rząd starał się ściągnąć do siebie kapitał z zewnątrz.

 

Mimo iż Puerto Rico jest terytorium zależnym od USA, kongres nie zamierza udzielić pomocy bankrutującej autonomii. W konsekwencji wyspa skazana jest na podobny los, jaki spotkał Detroit. Rząd, aby opłacić służby mundurowe i pracowników opieki zdrowotnej, został zmuszony do wyprzedawania narodowego majątku. Pozyskane w ten sposób źródło finansowania nie zahamowało jednak ciągle rosnącego długu. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zerwanie więzi ze Stanami Zjednoczonymi, emisja własnej waluty i drastyczne zmniejszenie wydatków publicznych. Do tego rozwiązania otwarcie nawołuje i próbuje przekonać własnych obywateli obecny gubernator wyspy, Alejandro García Padilla.

 

Wenezuela

 

Wenezuela, to kraj, który może posłużyć jako modelowy przykład konsekwencji polityczno-ekonomicznych, które są efektem opanowania państwa przez socjalistów. Kraj bogaty w surowce, o dobrym położeniu geograficznym, z dostępem do oceanu i ciepłym klimatem, zapada się pod ciężarem „równości i sprawiedliwości”. Prezydent Maduro, który przejął stery po Chávezie, doprowadził naród na skraj przepaści.

 

Na skutek znacjonalizowania złóż ropy naftowej i obciążenia obcego kapitału drakońskimi podatkami, wycofały się z kraju zagraniczne przedsiębiorstwa. Jednocześnie kontrole kapitałowe i wysokie daniny publiczne skutecznie zapobiegają rozwojowi własnego sektora prywatnego. Na domiar złego, skorumpowanemu do cna rządowi pomaga lokalna mafia, która dysponuje lepszym sprzętem niż wojsko.

 

Władze odcięte od zewnętrznych źródeł finansowania, aby utrzymać system socjalny i wypłaty dla służb publicznych, drukowały coraz większe ilości waluty. W konsekwencji inflacja w Wenezueli (w czasie ostatniego 1,5 roku) sięgnęła już powyżej 1000% i przebiła polską inflację z przełomu lat 1989-1990. Bezrobocie, braki towarów na półkach i samosądy rozwścieczonego tłumu są codziennością w Karakas, stolicy Wenezueli.

 

Sytuacja w kraju jest wypadkową kilku kluczowych czynników. Chávez, poprzedni prezydent Wenezueli, przeprowadził repatriację złota z magazynów w bazie Fort Knox. Naraził się tym rządowi USA i bankierom z Wall Street, co spowodowało nasilenie ataków finansowych na kraj, które rozpoczęły się po nacjonalizacji pól naftowych.

 

Kolejnym czynnikiem, który przyczynił się do fatalnej sytuacji Wenezueli, jest rozdawnictwo rządu. Władze wprowadziły niskie ceny paliw i świadczenia socjalne dla obywateli, czym obciążyły ponad miarę możliwości budżet państwa. Jednocześnie w politycznych kręgach rozwinęła się korupcja, która zawsze łączy się z wyzyskiem i okradaniem własnego społeczeństwa przez uprzywilejowane elity z rządowymi koneksjami. Ostatnim gwoździem do trumny okazał się dodruk waluty, który pogłębił dewastację gospodarczą kraju.

 

Skalę niekompetencji w rządzeniu krajem ukazuje również problem z podażą nowych banknotów. Wenezuela nie posiada dostatecznie dużych drukarni, aby sprostać zapotrzebowaniu na nową walutę, co zmusza rząd do zlecania realizacji druku boliwara za granicą. Tu pojawia się kolejny problem – za dostawy banknotów władze muszą zapłacić w dolarach, a tych oczywiście brakuje, więc w konsekwencji zabraknie pieniędzy na dodruk waluty. Przykład Wenezueli – modelowego państwa socjalnego – pokazuje, że nawet hiperinflacja może się tam ostatecznie nie udać.

 

Wietnam

 

Wietnam, w przeciwieństwie do Wenezueli, nie zmaga się z hiperinflacją, za to boryka się ze zjawiskiem deflacji. Wietnamski bank centralny starał się utrzymać parytet donga do dolara, niestety zamiast oczekiwanych efektów, poniesiono ogromne straty. Głównym powodem tego problemu była duża ilość długów denominowanych w USD, z których korzystali tamtejsi przedsiębiorcy. Mechanizm był analogiczny do tego, który dotyczy polskich kredytów hipotecznych, zaciągniętych przez nabywców we franku szwajcarskim. Przedsiębiorcy mieli wybór: wziąć kredyt w dongu na 8% lub w dolarze na 3%.

 

Wietnamczycy – sąsiedzi Chin, Korei Południowej, Japonii czy Indonezji, mają silną konkurencję ze strony sąsiadów. Korzystali więc z każdej okazji by rozwijać własny przemysł. Tańsze kredyty do finansowania kosztów operacyjnych były jedną z możliwości, na którą się zdecydowano. Dług dodatkowo otrzymał od rządu gwarancje wypłacalności, po to aby uwiarygodnić kredytobiorców i jeszcze bardziej wpłynąć na obniżenie kosztów finansowania.

 

Problemy rozpoczęły się wraz ze wzrostem notowań USD w połowie 2014 roku. Kurs dolara umocnił się średnio o 20-30% w stosunku do walut rynków wschodzących. Dla silnie zalewarowanych wietnamskich przedsiębiorców oznaczało to bankructwo. Koszty długu co prawda mocno nie urosły, ale wzrósł kurs wymiany waluty. Od początku 2015 roku bank centralny walczył o utrzymanie parytetu do USD, jednak w sierpniu dał za wygraną i pozwolił na skokową dewaluację donga. Obecnie starania banku zmierzają w kierunku utrzymania wąskich widełek kursu USD/VND, ale ostateczny wynik zmagań jest oczywisty.

 

Wietnamscy przedsiębiorcy stanęli więc przed tym samym problemem, z którym borykają się polscy frankowicze. Sytuację dodatkowo skomplikował kurczący się – na skutek kryzysu finansowego i spadku światowego popytu – wolumen sprzedaży wietnamskich produktów. Rosnące zobowiązania w dolarze i słabnący dong spowodowały brak płynności finansowej, a następnie bankructwa kolejnych przedsiębiorstw. Konieczność spłaty coraz większych długów wysysa z gospodarki walutę, a to ostatecznie powoduje jej deficyt. Sytuacji Wietnamczyków nie poprawia ani spadająca siła nabywcza ludności, ani działania rządu banku centralnego, który stara się wyprzeć wpływ USD w całym kraju.


Polska

Polską gospodarkę dławią te same problemy, które możemy zauważyć we wszystkich wyżej opisanych przykładach. Skala zagrożeń, jak i rozwój wydarzeń, są na razie mniejsze , ale wszystko jeszcze przed nami. Mamy zatem możliwość spojrzeć niejako w przyszłość i obserwować konsekwencje podobnych politycznych i gospodarczych decyzji, podejmowanych w innych krajach. W kolejnym artykule opiszę szczegółowo sytuację Polski i postaram się przedstawić możliwości rozwoju wydarzeń w naszym kraju w najbliższych latach.

 


Zespół Independent Trader



Nawałnice spowodowały niebezpieczne powodzie w Niemczech

W południowych Niemczech doszło wczoraj do katastrofy naturalnej, w której wyniku powstała nagłą powódź. Silny nurt zdewastował kilka miasteczek.

Strefa niebezpiecznej pogody utrzymuje się na dużej części Europy Zachodniej od Francji po Niemcy. Szczególnie dotknięta skutkami powodzi jest land Badenia-Wurttembergia. Ucierpiało zwłaszcza miasto Bernsbach.

Po gwałtownych nawałnicach poziom wody w niektórych rzekach podniósł się aż o 4 metry i to zaledwie w ciągu kilkunastu minut. Wiele osób zostało zaskoczonych gwałtownością kataklizmu, a przynajmniej kilka z nich zginęło. Prognozy pogody nie napawają optymizmem i może dojść do kolejnych nagłych powodzi.

 



Nietypowe rolowane chmury widziane w Polsce na Śląsku

Jednemu z naszych czytelników udało się sfotografować rzadkie w Polsce zjawisko. Pojawiły się chmury typu Morning Glory, które regularnie występują tylko w Australii. W Europie nie notowano jeszcze ich pojawienia.

 

Chmury rodzaju Morning Glory są rzadkim zjawiskiem meteorologicznym i sporadycznie obserwuje się je w różnych miejscach na całym świecie. Często powstają falami i występują z określoną amplitudą tworząc serie rolowanych chmur. Tym razem mogli je zobaczyć mieszkańcy Śląska, a jeden z naszych czytelników zdołał nawet wykonać fotkę przedstawiającą chmury typu Morning Glory widziane dzisiaj nad Katowicami.

Chmury Morning Glory widziane z samolotu lecącego nad Australią

Jedynym miejscem na świecie gdzie można przewidzieć ich powstanie jest Zatoka Carpentaria w północnej Australii. Sprzyja temu konfiguracja lądu i morza w tej okolicy. Co roku ściągają tam setki szybowników, którzy lubią nad nimi latać ze względu na spektakularne widoki.

 

 

 



Google będzie szpiegować użytkowników Androida nowym systemem, likwidując hasła

Użytkownicy systemu operacyjnego Android mają poważne powody do zmartwień. Okazuje się bowiem, że korporacja Google już wkrótce pozbędzie się tradycyjnych haseł i zastąpi je nowym, "inteligentnym" systemem który będzie analizował dosłownie każdy szczegół aby ustalić, czy osoba korzystająca w danym momencie z urządzenia jest jego właścicielem.

 

W ramach projektu Abacus, amerykański gigant Google ma zamiar do końca tego roku usunąć ze wszystkich urządzeń z systemem Android tradycyjną, znaną od lat metodę uwierzytelniania, która polega na wpisaniu hasła. Jest to bardzo proste rozwiązanie, ale Google najwyraźniej uważa że jest też zbyt niebezpieczne. Zatem kolejny raz przekonujemy się czego można dokonać rzekomo w imię naszego bezpieczeństwa i ochrony danych.

 

Projekt Abacus sprawi, że prawdopodobnie nigdy więcej nie będziemy musieli już wprowadzać hasła w naszych smartfonach, lecz już na wstępie pojawia się problem. System o którym mowa będzie miał dostęp do wszystkich informacji. Będzie mógł przykładowo skorzystać z kamery aby upewnić się kto używa telefonu w danym momencie. Będzie mógł sprawdzić nasz odcisk palca - w końcu dzisiejsze smartfony są dotykowe. Będzie mógł także pobrać próbkę naszego głosu, jednak to ciągle jeszcze nie wszystko.

 

Aby mieć 100% pewność, urządzenie weźmie pod uwagę również naszą lokalizację i to w jaki sposób poruszamy się (!), szybkość naciskania na klawisze, nasze nawyki oraz sposób korzystania z aplikacji. Dzisiejsze smartfony gromadzą przecież ogromne ilości danych o użytkownikach, więc prawdopodobnie analizowana będzie nasza aktywność w sieci. Usuwając tradycyjne hasła Google już nawet nie kryje się z tym, że chce gromadzić wszelkie możliwe dane na nasz temat - podobnie jest z Facebookiem, lecz wielu ludzi wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego że wypisując każdy szczegół ze swojego życia sami tworzą sobie swoją własną kartotekę.

 

Telefony z Androidem będą więc analizować kto korzysta z naszego telefonu na wypadek gdyby ktoś zechciał dostać się do naszych prywatnych danych, dlatego mamy zaufać Google i powierzyć swoją prywatność tej amerykańskiej korporacji. Tylko od kiedy to korporacje chcą dbać o nasze dobro? Ludzie w większości nie wyobrażają sobie życia bez świata cyfrowego, więc plany Google należy traktować nie jako troskę o nas, lecz jako czysty biznes.

 

Wiadomość pochodzi z portalu tylkonauka.pl